Gdybyś znał przeszłość, nie nosiłbyś bluzy z napisem „śmierć wrogom ojczyzny”

Ci „bohaterowie” walczyli z bezbronnymi ludźmi, bili, okradali, podkładali bomby, mordowali tych, którzy nie mogli się obronić. Na tym polegała ich odwaga i niezłomność. Zakładam z pewną troską, iż być może niektórzy odziani w bluzy z napisem ”śmierć wrogom ojczyzny” nie mieli czasu zapoznać się z wytrwałą i bohaterską codzienną znojną pracą u podstaw swych poprzedników. A kto wie, być może niejeden z tatusiów, trzymających za rękę malutkiego synka na niedzielnym spacerze zerwałby z siebie szatę wychwalającą ONR jak koszulę Dejaniry, gdyby wiedział, gdyby znał przeszłość?

W kościele, w mediach, w polityce i na ulicy „cześć i chwała wielkiej Polsce” oraz przeróżnym jej bohaterom spod krzyża (gdyż „tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską a Polak Polakiem”, drogie dzieci). Dziś opowiem o bohaterskiej i niezłomnej walce PP (prawdziwych Polaków) z ONRu i innych organizacji kato-narodowych, u zarania ich istnienia. Zakładam bowiem, z pewną troską, iż być może odziani w bluzy z napisem ”śmierć wrogom ojczyzny” chłopcy, dziewczęta, ojcowie rodzin i menadżerowie po godzinach, nie mieli czasu zapoznać się z wytrwałą i bohaterską codzienną znojną pracą u podstaw swych poprzedników. A kto wie, być może niejeden z tatusiów, trzymających za rękę malutkiego synka na niedzielnym spacerze zerwałby z siebie szatę wychwalającą ONR jak koszulę Dejaniry, gdyby wiedział, gdyby znał przeszłość? Ci „bohaterowie” walczyli z bezbronnymi ludźmi, bili, okradali, podkładali bomby, mordowali tych, którzy nie mogli się obronić. Na tym polegała ich odwaga i niezłomność.

Miła

1 maja 1937 roku w samo południe, w Warszawie, kiedy pochód Bundu – Powszechnego Żydowskiego Związku Robotniczego na Litwie, w Polsce i Rosji (maszerowali czwórkami w kolumnach) wychodził już ze zbiegu ulic Miłej i Smoczej, rozległy się strzały. Ulica Miła – to jest ta Miła, gdzie, jak pisał Broniewski:

ani jedno drzewko nie rośnie,
na ulicy Miłej – w maju! –
ludzie nie wiedzą o wiośnie,
ale cały rok hula perspektywa
łysych gazowych latarni,
łbem waląc w mur cmentarny.

Przy tej łysej Miłej stoją kamienice trzy- i czteropiętrowe, a podwórka są ciemne i śmierdzące, więc dzieci wolą bawić się na chodnikach, wśród tłumów ciągnących dniami i nocami. Tu mieszkają sami biedacy. Na Miłej, Smoczej, Nowolipkach i Pawiej – bieda. Handelki, szewc, fryzjer, stragany na odwróconych skrzynkach, a na nich obeschnięte jabłka, cebula i woda sodowa. Rzadko dzieje się coś wesołego, szybciej jakaś bójka niż karuzela, więc kiedy 1 maja maszerują robotnicy ze śpiewem i czerwonymi sztandarami, dzieciaki stoją wzdłuż ulicy i krzyczą, machają do nich.

Jest ładna pogoda, tłok ogromny, bo po bruku szli robotnicy i przechodnie musieli się ściskać na chodnikach, mama małego Abramka wyszła z mieszkania, wzięła syna na ręce, żeby mógł zobaczyć pochód. Podniosła go wysoko, nie był ciężki, tylko wiercił się strasznie, ściskał jej szyję chudymi rączkami i krzyczał coś z radości.
I wtedy usłyszała strzały.

Karetki zabrały: Fajgę Juwanową, lat 43, ze Smoczej 39, postrzeloną w czoło i kolana, Luzera Nisenbauma, lat 17, krawca z Niskiej 16, postrzelonego w ramię, szewca Hersza Dromlewicza, lat 43, ze Smoczej 55, z raną postrzałową okolicy oka, i Abrama Engelszena, postrzelonego w obojczyk, który nawet nie był na ulicy – wyglądał przez okno swojego mieszkania przy Smoczej 50. I jeszcze dzieciaki: ośmioletniego Gerszona Perelmutera z Muranowskiej 34, postrzelonego w łopatkę, sześcioletnią Chaię Wagmanównę z Sochaczewskiej 6, ranną w rękę, i Abramka Szenkiera, pięciolatka ze Smoczej 57. Abramek zmarł w karetce, w drodze do szpitala na Czystem.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Świadkowie mówili, że strzelali jacyś mężczyźni w gabardynowych płaszczach, później rzucili petardę, ale w tym zamieszaniu i krzykach nikt nie pomyślał, żeby ich łapać, szybko wtopili się w tłum i uciekli w kierunku Woli.

Mama Abramka też trafiła do szpitala. Zupełnie zwariowała, kiedy trzymany na rękach synek w jednej sekundzie przestał w kółko trajkotać, śmiać się i pokazywać kolejne transparenty. Straciła rozum, kiedy nagle małe ciało zwiotczało, cała była wymazana jego krwią i wyła jak zwierzę, klęczała nad ciałem synka, lekarze z pogotowia nie mogli oderwać jej od dziecka, musieli dać jej zastrzyk i zabrali na obserwację.

Pogrzeb odbył się dopiero 5 maja. Miał być o trzynastej, ale koło piątej trzydzieści rano pod kamienicę przy Smoczej podjechał samochód policyjny, obudzili rodziców Abramka: właśnie odbywa się pogrzeb waszego synka. Ciało było już na cmentarzu przy Okopowej, Towarzystwo „Ostatnia Posługa” wszystko przygotowało. Pogrzeb był szybki, nad grobem tylko najbliższa rodzina, matka, która kilka razy zemdlała, i ojciec, który nie mógł odmówić kadysz, bo głos mu się łamał. Policja bała się zamieszek, więc pogrzeb przeprowadzono pół jawnie, sąsiedzi i znajomi rodziny musieli zostać za płotem, o 6.30 było już po wszystkim.

Po kilku dniach dochodzenia policja zatrzymała na uniwersytecie studentów: matematyki – Henryka Tatura, medycyny – Janusza Olejniczaka i Jana Smoleńskiego, oraz prawa – Konstantego Okińczyca. Wszyscy z ONR. Przyszły adwokat albo sędzia i lekarze zostali aresztowani pod zarzutem użycia broni 1 maja 1937 roku w czasie pochodu Bundu.

Abramek był najmłodszy

Abramek Szenker miał pięć lat, kiedy zginął, i był najmłodszy pośród Polaków narodowości żydowskiej zabitych do 1939 roku z racji pochodzenia. Chociaż w październiku 1937 roku w Ogrodzie Krasińskich wydarzyło się coś, co mogło zmienić tę statystykę.

Adela Waszówna, służąca Dawida Menachera z Pawiej 20, jak zwykle po obiedzie, spacerowała z trzyipółrocznym synkiem pracodawcy. Była czternasta, w ogrodzie mnóstwo niań z dziećmi, Adela pchała wózek alejkami i obserwowała, jak to miała w zwyczaju, towarzystwo. Przez to zapewne nie zwróciła uwagi na idących za nią mężczyzn. Nagle grupa otoczyła ją, jeden z nieznanych jej chuliganów oblał wózek i dziecko benzyną, a drugi – rzucił zapałkę.

Adela widzi, jak zaczyna się palić kocyk, płaszczyk i rajstopki na małym, wrzeszczy, biega w kółko, dopiero przechodnie wyciągnęli dziecko, płaszczami zdusili płomienie. Poparzone dziecko odwieziono do prywatnej lecznicy, sprawcy zbiegli.

16 listopada 1935, koło 18 wieczorem, pod synagogą na przedmieściach Sosnowca, Na Pogoni, wybucha bomba. Siła wybuchu wyrwała drzwi i kawał muru. Na ulicy bawiły się dzieci, troje zostało rannych. Do szpitala na Pekinie odwieziono Trajmana, Zaubermana i Rozenbluma. Najciężej ranny czternastoletni Moszek Rozenblum, którego odłamek trafił w brzuch. Zmarł następnego dnia po południu.

Tu już nie mieszka żaden Żyd

(…) W maju 1936 można już śmiało powiedzieć, że w Woli Kuraszowej nie mieszka żaden Żyd. Że wioska jest czysto polska. Ale do nocy z 30 na 31 grudnia 1935 był jeden dom, w którym od piętnastu lat mieszkała żydowska rodzina Florenc. Hersz Florenc zamieszkał w Woli Kuraszowej z żoną Miriam, po roku urodził się Zemwel, a później jeszcze Malka, Motel i Izrael. Florenc prowadził sklep, w dzień w jednej izbie można było kupić zapałki, ocet, naftę i cukierki, a wieczorem rozkładało się sienniki i ze sklepu robiła się sypialnia. Byli jedyną żydowską rodziną w Woli Kuraszowej, nie można powiedzieć, żeby mieli zatargi z sąsiadami, przeciwnie – Hersz dawał i na zeszyt i sam płacił w terminie za ser czy masło.

Kiedy w środku nocy drewniane ściany zaczęły się trząść pod kamieniami, nie wiedzieli, co się dzieje. Ciemność, tylko od pieca idzie cieniutka łuna, gdyby Hersz leżał już pod pierzyną skończyłoby się to pewnie inaczej, ale znowu siedział i marnował naftę i oczy – czytał jakieś papiery.

I kiedy usłyszał trzeszczące deski w drzwiach i przekleństwa – wypadł przez okno i poleciał do wsi szukać ratunku. Może gdyby nie poleciał, tylko chwycił siekierę – teraz to on stałby przed sądem oskarżony o morderstwo? Ale biegał od chałupy do chałupy, błagał o pomoc, walił pięścią w pozamykane okiennice.
Nikt w Woli Kuraszowej nie pomógł Florencom.
Może sami się bali otworzyć sąsiadowi w nocy?

Kto był u Florenca w domu?

Na pewno Kazik od Madejów i Pieniących Jasiek. Ale musiało ich być więcej, bo sami, i to jeszcze pijani, nie daliby rady zdemolować całego domu, zniszczyć i pokraść towaru. No i nie daliby chyba sami rady zatłuc kamieniami Miriam? Miała trzydzieści osiem lat, była zdrowa i silna. Na pomoc rzucił się czternastoletni Zamwel, miał rękę wyrwaną w stawie barkowym, stracił przytomność, pewnie myśleli, że nie żyje i dali mu spokój.
Dwunastoletnia Małka i dziesięcioletni Motel umrą dopiero w szpitalu, w ostatni dzień roku 1935. Izrael, sześciolatek, jeszcze nie Izrael tylko Srulek, najmłodszy, rozpieszczony trochę przez mamę, dostał kilka razy kamieniem w głowę, ale musiał widzieć, jak bili mamusię, jak leżała na ziemi. I jak Małka i Matel i Zamwel…

Kiedy Hersz wrócił do domu nie mógł go znaleźć, leżały ciała Miriam i dzieci, tylko najmłodszego nigdzie nie było. Znalazł go wciśniętego pod łóżko, mały nie płakał, nie mówił, patrzył tylko i trząsł się.

I tak mu zostało do rozprawy, do maja. Wzięli go do szpitala, do Radomia, siedział na łóżku i krzyczał, kiedy tylko zostawał sam, chował się pod łóżko i tam w kącie kiwał się całymi dniami. Nic nie można było z tym zrobić.
Hersz też nie dawał rady, trudno mu było zebrać myśli, odpowiadać na pytania sądu, jak biegał po nocy, jak znalazł ciała żony i dzieci…

A Madej i Pieniący, którzy w śledztwie przyznali się do wszystkiego, przed sądem zgodnie zeznali, że nie pamiętają nic z tej nocy, że byli pijani, i nie wiedzą, kto ze wsi pozabijał żydowską rodzinę. Prokurator żądał dla nich jak najsurowszej kary – nie można inaczej zatrzymać „zdziczenia i zatrucia atmosfery nienawiścią rasową” wołał na sali sądowej w Radomiu, wiedząc, że w Kielcach właśnie trwa rozprawa o serię zamachów terrorystycznych na sklepy żydowskie (bojówki ONR wrzucały do sklepów bomby z cuchnącymi płynami), że z Niemiec codziennie dochodzą nowe wiadomości, w które trudno uwierzyć.

Oskarżony Jan Pieniący skazany został na dwanaście lat więzienia i utratę praw obywatelskich przez lat dziesięć, a Kazimierz Madej na sześć lat więzienia i pięć lat utraty praw.
(…)

Jankiel Szmulewicz, lat dwanaście, był jedynym świadkiem napadu na dom swojej rodziny w nocy z 15 na 16 października 1936 roku. Jedynym, bo jego siostra, sześcioletnia Fajga, nie chciała powiedzieć nic przesłuchującym ją śledczym. Rodzeństwo, siedzące na podłodze w zdemolowanym pokoju, znalazł wczesnym rankiem 16 października włościanin ze Stawów. Jechał do miasteczka i chciał na drogę kupić machorki od Mojżesza Szmulewicza, ojca dzieci. Ale sklep był zamknięty. A do tej pory zawsze był otwarty. Do Moszka szło się po machorkę, po naftę, można było zapukać i w nocy, bo Szmulewiczowie mieli sklep w domu. Więc kiedy chłop zobaczył zamknięte drzwi, rozwłóczone z dachu snopki, kiedy nikt nie odpowiadał na jego wołanie i jakoś tak cicho było u Szmulewiczów, dym nie szedł z komina, wszędzie kamienie, wyrwane z płotu sztachety, zrobiło mu się dziwnie zimno. Obszedł chałupę dookoła i wszedł od kuchni.

Jankiel z żoną, Rachelą, prowadzili gospodarstwo (jednomorgowe) i sklepik we wsi Stawy, gmina Mierzwin, powiat jędrzejowski. Stawy to malutka wioska, nie było chederu, więc żeby jedyny syn Szmulewiczów, Jankiel, umiał modlić się i czytać po hebrajsku, Szmulewiczowie przyjęli do siebie mełameda – trzydziestopięciolatka Mosze Konigsztajna, inwalidę wojennego, bez ręki, który zatrudniał się u żydowskich rodzin jako nauczyciel najmłodszych chłopców za kąt do spania i jedzenie. Ze Szmulewiczami żyła matka Mojżesza, siedemdziesięciopięcioletnia Chana. A tej nocy oprócz Chany, Racheli, Mojżesza, nauczyciela dzieci i samych dzieci, była w Stawach jeszcze Myrla Kaufman, siostra Racheli. Miała dwadzieścia cztery lata, trzy miesiące temu wyszła za mąż, przyjechała do siostry, może potrzebowała porady w jakiś kobiecych sprawach? Kiedy sąsiad i klient Szmulewiczów pchnął drzwi do domu, zapomniał, że chciał machorki, żeby w drodze do Jędrzejowa kurzyć papierosa.

W przedsionku leżał Mosze Konigsztajn z mózgiem na wierzchu. Nie zdążył nawet wstać z ławy, na której spał.
W stołowym leżała babcia – Chana Szmulewicz. W sypialni Mojżesz, Rachela i Myrla. Zabici byli strzałami w głowę, Myrli strzelono w usta, Rachela musiała jeszcze żyć po strzale, bo była dobita pałką. Do Mojżesza strzelano dwa razy. I to uratowało życie Jankiela, bo kiedy morderca przystawił rewolwer do jego czoła, usłyszał tylko ciche – „cyk”. Kule się skończyły. Jankiel dostał w głowę kolbą, stracił przytomność, ale żył. A kiedy się ocknął, w domu nie było już nikogo z obcych. Tylko mamusia leżała na pierzynie, z rozrzuconymi rękoma i miazgą zamiast głowy. A pod pierzyną leżała cichutko Fajga.  Ani Jankiel, ani Fajga, nie mogli nic mówić. Siedzieli na podłodze, ściskali się z całej siły i czekali. I takich znalazł ich sąsiad.

Prawie wszyscy sprawcy morderstwa należeli do jednej rodziny z sąsiedniej wioski.

Tadeusz i Mieczysław Kosińscy i Stanisław Cichoń mordowali, Edward i Władysław Kosińscy – kradli. Rozprawa odbyła się przed sądem w Kielcach 21 kwietnia 1937 roku. Prokurator, na podstawie artykułu 225 par. 1 k.k. żądał dla oskarżonych o morderstwo kary śmierci. Ostateczne wyroki zapadły przed Sądem Apelacyjnym w Krakowie w lutym 1939 roku. Tadeusz Kosiński został skazany na karę śmierci (wyrok wykonano), Mieczysław Kosiński i Stanisław Cichoń – na dożywotnie więzienie, Edward i Władysław na dziesięć lat więzienia.

Rodzina Szmulewiczów pochowana została w zbiorowym grobie na żydowskim cmentarzu w Jędrzejowie.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +105, liczba głosów: 141)
Loading...

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Marcin Lachowicz
The following two tabs change content below.
mm

Anna Karolina Kłys

Ur. 1969, dziennikarka radiowa i telewizyjna. Od 1991 r. związana z pierwszą prywatną rozgłośnią w Poznaniu, Radiem S (obecnie Radio Eska). Pracowała jako prowadząca programy, reporterka i wydawca. Zaangażowana w sprawy społeczne (m.in. Amnesty International, Objector). Od 2003 roku zajmuje się fotografią. Opublikowała wywiad-rzekę z Bohdanem Smoleniem "Niestety wszyscy się znamy" (2011), "Brudne serca" (2014), "Tajemnica Pana Cukra" (2015).