Izrael i Arabia Saudyjska na drodze ku strategicznej normalizacji

Od kilkunastu dobrych miesięcy obserwujemy nowe otwarcie w relacjach między Izraelem i Arabią Saudyjską. Pytanie, które sobie wszyscy zadają brzmi: czy jest to jednoznaczne z mozolnym procesem, który będzie zakończony oficjalnym traktatem pokojowym?

Saudyjczycy w Tel Awiwie normą?

Pomiędzy Izraelem a Arabią Saudyjską w 2016 roku zaczęły, częściej niż do tej pory, podróżować delegacje biznesowo-zapoznawcze. W prasie pojawiło się wiele sympatycznych artykułów. Wszystko działo się w świetle jupiterów i z pełną asystą mediów. Ale pewnikiem jest przecież, że kraje rozmawiały wcześniej już nie jeden raz, tylko nikt o tym nie mówił publicznie zbyt otwarcie.

Anwar Eshki, prezydent The Middle East Center for Strategic and Legal Studies w Dżudzie, w lipcu tego roku, przewodniczył delegacji Saudyjczyków, którzy byli w Izraelu. Eshki przez całą podróż (i po jej zakończeniu) powtarzał, że to jego prywatna inicjatywa i nie ma ona nic wspólnego z oficjalnym stanowiskiem władz w Rijadzie. Miała ona rzekomo odbyć się na zaproszenie władz Autonomii Palestyńskiej, a Eshki spotkał się też z Izraelczykami, by umożliwić potencjalną współpracę obu krajów w zwalczaniu terroryzmu. Może przy asyście USA, może bez niej. Kwestia do ustalenia.

Pierwszoplanowo miało rozchodzić się o wznowienie rozmów między Izraelem a Autonomią Palestyńską. Wizyta Saudyjczyków wywołała reperkusje i gorące dyskusje w Królestwie i poza nim, i trzeba było łagodzić nastroje nieustanną troską o Palestyńczyków. Saudyjskie MSZ w związku z falą nienawistnych uwag pod swoim adresem wydało oficjalną notę:  „Ludzie tacy jak Anwar Eshki nie reprezentują nas, ani nie mają żądnych związków z rządem Królestwa. Działania Anwara Eshkiego nie są refleksją polityczną Saudyjczyków”.

Tak oczywiście może być. Kraje wcale nie muszą zawierać między sobą oficjalnych umów, by podjąć współpracę, a jako pretekst mogą wykorzystywać nieszczęsnych Palestyńczyków. Saudyjczykom zależy na tej współpracy. Podobnie jak władzom w Jerozolimie. Jeszcze w stolicy Izraela, były saudyjski generał mówił, że Państwo Palestyńskie w akceptowalnej dla stron formie ukróciłoby irański terroryzm i wpływy tak Hamasu w Strefie Gazy, jak i Hezbollahu w Libanie. To miód na serce premiera Netanjahu, który nie słynie przecież z sympatii do władz w Teheranie i prowadzonej przez nich polityki. Pomimo oficjalnego zaprzeczenia władz obu krajów jest kilka rzeczy, które mogą wskazywać, że Izrael i Arabia Saudyjska zaczynają szukać czegoś, co wykracza poza dotychczasową, ukrywaną współpracę. Jeśli krajom zależałoby tylko i wyłącznie na wymianie doświadczeń wojskowo-militarnych, nikt nie angażowałby w to ani prasy, ani nie upubliczniał wizyt. Wszystko odbyłoby się jak zwykle, za zamkniętymi drzwiami.

Oficjalna prasa w Królestwie: Żydów da się lubić, też oficjalnie

Siham Al-Qahtani, jedna z saudyjskich felietonistek i członkini Klubu Literackiego w Dżudzie, w jednym z ostatnich tekstów zadała kłam bardzo powszechnemu w Królestwie twierdzeniu o specyficznej naturze Żydów, jakoby predysponowani byli do zachowań, o które oskarżano ich przez wieki. Dżudda na tle innych miast Arabii Saudyjskiej uchodzi za dość liberalne i otwarte miasto, jakby spłynęła na nie łaska portowego położenia. Arabia Saudyjska jest krajem, gdzie antysemickie karykatury to chleb powszedni w codziennych gazetach.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Jakie to stereotypy pielęgnują Saudyjczycy? Nie ma tutaj wielu niespodzianek. To niemal lustrzane odbicie tego, co znamy z chrześcijaństwa z wieków przeszłych. W Koranie znajdziemy obwinianie Żydów o zabijanie niewiernych dla własnych celów, skrytobójstwo proroków, zobaczymy ich jako winnych wojen czy cwanych lichwiarzy. Nic, czego my nie widzieliśmy w naszej europejskiej historii, ale co w warunkach Bliskiego Wschodu, a tym bardziej wahabickiej Arabii, jeszcze trudniej przedyskutować i wprowadzić do dyskursu XXI wieku jako przeszłość, nad którą warto pochylić się z właściwym krytycyzmem. To oczywiście nigdy się nie zdarzy. W kulturze tak nastawionej na honor jak saudyjska, takie zachowanie byłoby ujmą.

Zawsze łatwiej było pośród Arabów szukać winnego spoza własnego religijnego zaplecza, na zewnątrz. Stąd szeroko rozwinięta tradycja i wiara w „żydowski spisek” przeciwko „biednym Arabom”, oparta na mocnym gruncie ignorancji i zabobonności. Stąd też przeświadczenie, że Żydzi byli zaangażowani w morderstwo trzeciego kalifa Usman ibn Affana (kalifa prawowiernego), pod którego władzą zdobycze terytorialne Arabów (jeszcze nie Saudów przecież) sięgnęły dużych połaci Egiptu i Persji, nie mówiąc o opanowaniu podstępem brytyjskiego Mandatu Palestyny na poczet współczesnego Izraela.

Siham Al-Qahtani pisze, że kolektywna pamięć arabska po dziś dzień zachowała bardzo silne, negatywne stereotypy o Żydach. Może miałaby szansę zatrzeć się z biegiem czasu, ale nie pozwolili i nie pozwolą na to politycy, myśliciele i duchowni, którym polityka typu: „my kontra nasz wróg”, odpowiada. Takie podejście pozwalało i pozwala ciągle wyjść gładko z niejednej opresji i odwrócić uwagę od wewnętrznych problemów na rzecz wyimaginowanego, ale użytecznego wroga.

Inny dziennikarz, Jasser Hidżazi, skwitował to jeszcze krócej: My, Saudyjczycy, musimy porzucić naszą nienawiść i wrogość w stosunku do Żydów. (…) Od dzieciństwa, jak każde arabskie dziecko, dorastałem w nienawiści do Żydów. Ta niechęć, uzasadniona bywała dwojako. Z jednej strony trwałość wiecznie niezakończonego procesu pokojowego między Palestyńczykami a Izraelczykami, a z drugiej przypisywanie Żydom, jako społeczności, wszystkich złych cech, jakie może mieć jeden pojedynczy człowiek. (…) Zamiana antysemickiego dyskursu jest krokiem w stronę prawdziwej koegzystencji. Powinniśmy czerpać z sukcesu i doświadczenia Żydów – dodaje Pisarz i profesor Uniwersytetu w Rijadzie Ibrahim Al-Matroudi w „Al-Riyadh Daily”.

To wszystko brzmi zachęcająco jako wstęp do budowania mostów czy strategicznych sojuszy – opinie wydają się być szczere. Jest tylko jeden problem: ciągle są to wywody intelektualistów, ludzi ze świecznika, nie statystycznych osób. Arabom ciągle trudno znaleźć równowagę między Żydami jako takimi (niemal odruchową odpowiedzią na Bliskim Wschodzie, będzie: „nic nie mam przeciwko żydom czy innym wierzeniom, ale…”), a Izraelczykami, którzy wydają się być gwałtownymi ludzi, czyhającymi na ich ziemię i niepodległość. Wszyscy bez wyjątku – wystarczy poczytać dyskusje, jakie toczą się pod newsami z Izraela w arabskich gazetach.

Antyizraelski rasizm świata arabskiego jest ignorowany i przez to ma się tak świetnie. Podczas igrzysk w Rio wywiązała się dyskusja na ten temat, po tym jak Libańczycy odmówili jazdy tym samym autobusem co Izraelczycy, a egipski judoka odmówił podania ręki rywalowi z tego kraju.

Może rację ma izraelski komentator David Rosenberg, który uknuł takie porównanie: Kiedyś pierwsza czarna rodzina miała odwagę, by wprowadzić się do białej okolicy po zniesieniu segregacji, tak my też możemy kupować nieruchomości i uczynić je naszymi domami, ale nie będziemy częścią sąsiedztwa (tj. Bliskiego Wschodu), dopóki nie zmieni się podejście naszych sąsiadów do nas.

Rosenberg nie zapomina oczywiście o grzechach swojego państwa wobec Palestyńczyków i nacjonalistycznej polityce Netanjahu, ale i on wie, że zbyt częstą skazą poglądu Arabów na temat Izraelczyków jest zwykły antysemityzm i nic innego.

Wróćmy do Saudyjczyków. Oni, w taki trochę propagandowy sposób, może nawet zbyt nachalny, ale w warunkach palącej potrzeby, starają się odwrócić politykę, w której wcześniej normą był antysemickie karykatury niczym ze „Der Stürmera”. Wszystko dla dobra wahabickiej dynastii, która robi co w jej mocy, by nie dopuścić Iranu do panowania na Bliskim Wschodzie. Nawet jeśli działa u boku kraju, który chwilę temu jawił się jako „mały szatan” Bliskiego Wschodu.

W bieżącej walce o władzę i nowy porządek na Bliskim Wschodzie, nikomu nie chodzi o przyjaciół, ale o sojuszników. Oś gry przebiega po linii: pieniądze, terytorium i całkowite przepisanie umowy Sykes-Picot. Jej efekty ostatnio w sądzie chce weryfikować nawet prezydent Autonomii Palestyńskiej, mający w planach pozew przeciw rządowi brytyjskiemu. Nie mówiąc już o Saudyjczykach, którzy chętnie weszliby w rolę gracza z „tylnego siedzenia” na Bliskim Wschodzie. Jakie ma być miejsce dla Izraela w tej układance i jak oni chcieliby się w to zaangażować na dłuższą metę? Trudno jednoznacznie prorokować, pewnikiem dla wszystkich są tylko rozmowy o Iranie i współpraca z USA.

red. Ewa Lenna Rosowska
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: -2, liczba głosów: 4)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Ron Almog
The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.