Jaok przepytany: zapowiada wydanie książki i wyjawia, co dalej z Pyta.pl

Nie nazwałby się youtuberem, bo uważa to określenie za nieco pejoratywne, ale kanał, który do niedawna współtworzył to kawał historii polskiego internetu, a nawet dziennikarstwa. Rozstał się z resztą chłopaków z Pyta.pl w mało przyjaznej atmosferze, czego świadkami mogli być… wszyscy. O tym rozstaniu, ale także pracy w mediach, prowokacjach dziennikarskich, narkotykach i powstającej książce miałem okazję porozmawiać z Mikołajem Januszem, szerzej znanym jako Jaok.

Wojtek Żubr Boliński: Wiesz, że będę pytał o całe to bagno, które dzieje się ostatnio, w kontekście twojego rozstania z Pytą?

Mikołaj Jaok Janusz: Pytaj, o co chcesz. Wiesz, jakbym nie chciał odpowiadać na jakieś pytania, a sam bezkompromisowo pytał ludzi o wszystko, co mi przyjdzie do głowy, to byłbym hipokrytą, nie?

Wiadomo już, że rusza twój nowy program w Superstacji – „Pytowy Janusz” (wywiad był przeprowadzany jeszcze przed pierwszym odcinkiem – przyp. WŻB). Co robisz obecnie poza tym?

Piszę książkę. Bardzo późno się za nią wziąłem – z wydawnictwem byłem dogadany już w lutym. Przez pracę w AntyRadiu w ogóle tego nie ruszyłem, a zacząłem niewiele ponad miesiąc temu, więc piszę dość intensywnie. Robiłem też ostatnio materiały już do Superstacji. Aplikowałem do paru miejsc i wygląda na to, że wszędzie się dostałem. Będę musiał coś odstrzelić, bo inaczej będę spał pięć godzin na dobę, nie mając czasu na cokolwiek poza pracą.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Dostałeś się wszędzie, bo popularność ostatnio jakby wzrosła?

Możliwe. Chociaż, czy ja wiem… Nie bywam na imprezach. Na koncertach bardzo rzadko. Ostatnio prawie w ogóle nie ruszam się z domu. Fakt, jak już prowadzę jakiś koncert, to wokół pojawiają się fani. Ale specjalnego wzrostu popularności nie odczuwam. Wiem, do czego pijesz – możesz robić kreatywne rzeczy latami i jakoś bardzo nikt nie zwraca na ciebie uwagi, a zdarzy jakiś „skandal” i od razu robi się głośniej (śmiech).

Wiesz, że prawdopodobnie agencje reklamowe teraz rekomendują klientom współpracę z Jaokiem, bo „ostatnio o nim głośniej”?

Może, ale wiesz co? Jakie chłopaki (z Pyty – przyp. WŻB) mieli wyczucie! Nikt nie wiedział nic o tej Superstacji, a takie rzeczy dogaduje się przecież długo.

Teraz mogło powstać takie wrażenie, że właśnie się rozstaliśmy, oni nagrywają jakieś filmiki z obrażaniem ludzi, a ja się dogadałem z telewizją (śmiech). To zbieg okoliczności.

Trochę Ci to „pytowe” obrażanie nie leżało, co?

Bardzo nie leżało. Reporterów uczy się takiej zasady, że nie wolno powtarzać odpowiedzi swojego rozmówcy. Koza miał taki patent, że zawsze to robił. Jak się pani dzisiaj czuje? Bardzo dobrze. A, bardzo dobrze? On to jeszcze robił tak prześmiewczo, a jak trafiał na ogarnięta osobę, to po tym pytaniu następowało cięcie. Podejrzewam wtedy, że po prostu ktoś się nie przejął jego ciśnięciem albo go zgasił. Lepiej już takiego pytania nie pokazywać w ogóle. No ale Koza nie jest reporterem.

Całkiem niedawno chłopaki wrzucili materiał, w którym podchodzą do Bogu ducha winnych ludzi, którzy przyszli się bawić na marsz zombie… To są właśnie rzeczy, które jakoś nie za bardzo mogę im wybaczyć. Ani jeden, ani drugi, kurwa, nie widzi, jaką to ma moc oddziaływania i jaką można w ten sposób komuś zrobić krzywdę.

Jeżeli podchodzisz do jakiejś laski, która w ogóle nie wie, jak zareagować, nie wie, że może powiedzieć, że nie zgadza się na wykorzystanie swojego wizerunku, może ma jakieś kompleksy, czy coś. Mówisz jej, że jest gruba i brzydka, a potem robisz cięcie i nawet jej nie dajesz szansy odpowiedzieć. Potem ogląda to 200 000 osób. To przecież można mieć traumę do końca życia.

A ludzie często się denerwują przed kamerą, głupieją i nie wiedzą jak zareagować. To nie chodzi o to, żeby pokazać, że jesteś od kogoś lepszy, tylko to ma być taka rozmowa, w której ta druga osoba ma stanąć w obronie swoich radykalnych poglądów i trochę sama dojść do wniosku, że to bez sensu.

Koza jest w Pycie od początku?

To on założył stronę o nazwie Pyta.pl. Na początku chciał robić filmy; to miało być coś zupełnie innego, niż finalnie było. Potem poszedł na jakąś demonstrację, żeby obrażać tam ludzi, a to dlatego, że jarał się gościem, który nazywa się Yucko the Clown. Szukał kogoś do nagrywania i trafiliśmy na siebie na forum suchar.net – to były czasy kiedy jeszcze fora były dość popularne. Ja chciałem robić to troszkę inaczej, pójść w stronę gier słownych i pytań wytrącających z równowagi. Pyta zawsze była kompromisem między podejściem moim i Kozy.

Kiedy to było?

W 2005 roku Koza wykupił domenę, promocyjnie. Musiał szybko wymyślić nazwę i wymyślił Pyta.pl, co wzięło się z tego, że jego ojciec często śpiewał piosenkę „Młody ułan pyta” (śmiech). I tak już zostało. No ale jasne, że to bazuje na wiadomym skojarzeniu – niby nie chuj, ale tak naprawdę jednak chuj.

Skoro to Koza jest założycielem Pyty, rozumiem, że chłopaki będą dalej funkcjonować i działać bez ciebie?

Ciężko powiedzieć, że jest założycielem, bo tak naprawdę to kwestia tej domeny – trzymaliśmy się po prostu nazwy i tyle.

Kiedy ja się pojawiłem, zaczęło to wszystko wyglądać tak, jak jest powszechnie kojarzone.

Ludzie kojarzą Pytę głównie z tobą, to ty częściej pojawiałeś się za mikrofonem…

Tak, Koza chwycił za mikrofon dopiero, kiedy pracowaliśmy dla Figurskiego w RBL TV, bo zasady były tam takie, że dzięki temu mógł więcej zarobić. Potem tak już zostało. Mniej więcej w czasie, kiedy ja zacząłem samodzielnie montować, nasze drogi zaczęły się powoli rozchodzić. W zasadzie od dwóch lat nagrywam swoje rzeczy z Młodym, czyli Marcinem Drabkiem. Marcin to były techniczny Tymona Tymańskiego. Z Kozą od dłuższego czasu widywałem się sporadycznie. Raz marsz KOD nagrywałem z Meru – taki gość, zgłosił się z internetu.

To o tyle zabawne, że jak coś nagrywam z którymś z nich, to pojawiają się głosy, że wreszcie Pyta w starym stylu, a jak wyszedł materiał Kozy i Grzesia – że jednak to nie to samo. Wiesz, to ludzie wybierają, co jest Pytą, a co nią nie jest.

Pod koniec chyba się nawet nie kryliście specjalnie z tym, że wasze rzeczy są nagrywane osobno?

Racja, nagrywaliśmy oddzielnie, Koza wysyłał mi swoją część, ja to sklejałem.

W którym momencie zaczęło ci przeszkadzać to – powiedzmy – toporne poczucie humoru i obrażanie ludzi?

Dopóki nagrywaliśmy wspólnie, po każdym materiale były ostre debaty na temat tego, co ma wejść, a co nie. Kozę temperowałem też przy samym nagrywaniu. Rozhulał się bardziej, kiedy pojawił się Grześ, a ja zacząłem montować. Kiedy nabyłem tę umiejętność, Koza stracił swój atut. Kiedyś jak ktoś potrafił montować, to była rzadkość. Dziś każdy może się tego nauczyć, wszyscy poszli do przodu, a Koza nie uczył się niczego nowego. Różnica między nami jest taka, że jak pracowaliśmy razem w Rock Radiu, to ja naprawdę pracowałem, a on, kurwa, nie.

To co robił?

Ja robiłem telefoniczne wkręty, a Koza miał kręcić video ze studia. To taki zabieg podnoszący słuchalność w sondażach, dzięki któremu ktoś na przykład z Łodzi mówi potem, że słucha Rock Radia, mimo, że tam ono nie odbiera, ale on kojarzy je z YouTube’a. On tych filmów nie robił, po prostu. Jak podliczyli go pod koniec roku, to z 320, które miały być zrobione, było 60. No i mu podziękowali. Potem słyszałem czasem, że to ja optowałem za tym, żeby go zwolnić. Innym razem Koza opowiadał, że robił to specjalnie – wiesz, walka z Babilonem (śmiech).

Od początku było was dwóch, czy na starcie był z wami Rafał Grad?

Na samym początku był Koza i taka grupka jego znajomych z liceum. Nagrywali jakąś fabułę, która się nigdy nie ukazała. „Pyta the Movie” to się chyba nazywało. Na jedno ze spotkań Koza przyprowadził Grada, przedstawił go i powiedział, że świetnie udaje Hitlera – taka rekomendacja.

Grad odszedł, bo przestaliście się dogadywać?

Głównie to było to Rock Radio – my zaczęliśmy tam pracować, a on nie i tak jakoś zaczęło się rozchodzić. Ale cały czas jestem z nim w bardzo dobrym kontakcie. Gadaliśmy przez telefon dosłownie chwilę przed tym wywiadem.

Ok, a jak do Pyty trafił Grzesiek?

Poznałem go na Zacieraliach, chyba w 2013. Nagrywał wtedy z Bartkiem Walaszkiem „Kaliber 200V” – serial dla RBL TV, z którego wzięli się Bracia Figo Fagot. Oni mieli tam jakieś wewnętrzne konflikty i nastąpiło płynne przejście Grzesia do nas. Jakoś tam się niby kolegowaliśmy, ale nigdy nie spędzałem z nim dużo czasu. On ma takie poczucie humoru – cały czas ruchanie i opierdalanie pały.

Najpierw skumał się mocno z Gradem. Potem z Gradem się przestali kumać i skumał się z Kozą. Wtedy zawiązał się konflikt, w którym oni byli po jednej stronie, a Grad po drugiej. To eskalowało i Grad musiał odejść, zwłaszcza, że Koza był wtedy tym jedynym montującym, więc miał kartę przetargową. Ja starałem się wtedy być neutralny, choć muszę przyznać, że w Gradzie wkurzała mnie jego upartość. Jak już pracowaliśmy w Rock Radio, zaczęliśmy robić film „Broilery nieuprzejmości”. Zapytaliśmy go, czy wchodzi w to z nami; nie chciał. Jakoś po tym w sumie zakończyła nam się współpraca.

Ale rozumiem, że to Grad jest Żydem z Twojej piosenki? Bo o ile dobrze pamiętam, to oprócz udawania Hitlera, udawanie Żyda też wychodzi mu całkiem dobrze.

(śmiech) Tak. Chociaż to ja byłem pierwszym Mordechajem Blumsztajnem, ale nie byłem wiarygodny w tej roli. Okazało się, że Grad jest w tym świetny, więc on został Mordechajem. Z tym, że potem miał dość i nie chciał grać już tego Mordka. A szkoda, bo naprawdę mu to wychodziło.

Kto zarządzał waszym Facebookiem i YouTube’m?

Było różnie. Koza prowadził FB Pyty, aż skasowali nam profil, bo wrzucał zdjęcia cycków. Dostał ostrzeżenie, że mogą nas za to zbanować, ale stwierdził, że jak zasłoni sutki miniaturami swojej głowy, to będzie spoko i przekonywał mnie, że można. Okazało się, że nie można i w końcu Facebook skasował nam ten profil. Drugi założyłem ja. Koza nie chciał już być adminem – mówił, że nie będzie się kontrolował. I jak było na nim około stu tysięcy fanów, to chłopaki wrzucili film typu Q&A (question and answers) ze Zbyszkiem Frydlem.

O ile na YouTube nie ma jakichś specjalnych restrykcji, tak na Facebooku jest mnóstwo ograniczeń dotyczących wulgarności, obsceniczności i tak dalej. Tamten film łamał je wszystkie na maksa. Został więc skasowany. Grześ, który był drugim adminem, dostał bana. Ja dostałem maila z ostrzeżeniem, że jak będziemy wrzucać takie rzeczy, skasują nam drugi profil. Zostałem z uprawnieniami admina jako jedyny, ale po jakimś czasie chłopaki chcieli zrobić adminem fejkowy profil Zbyszka Frydla, żeby znowu coś tam wrzucać. Tłumaczyli, że tym razem to będą linki do filmów i że tak można. Znowu to samo? Ni chuj, nie daję żadnych uprawnień, bo znowu rozpierdolą profil.

W rewanżu wywalili mnie z naszego konta na YouTube, które w ostatnim czasie prowadziłem tylko i wyłącznie ja. Złamali nasze status quo. Cała ta sytuacja wraz z ich filmem z marszu zombie, gdzie totalnie obrażali ludzi, doprowadziły ostatecznie do naszego rozejścia.

Co było dalej?

To o tyle jest zabawne, że nagrali wtedy taki materiał, w którym jadą po mnie przez 45 minut. Obejrzałem do szóstej. Potem matka do mnie zadzwoniła, żebym obejrzał końcówkę, bo na rodzinę mi wsiadają. To obejrzałem. I na samym końcu Grześ tam mi daje rady, jak to być dobrym ojcem i w ogóle. Ale także odpowiada na komentarze ludziom, mówiąc, że wcale nie jest gruby, tylko umięśniony. Po tym, jak na marszu zombie wyzywali laski od grubych na oczach tysięcy widzów na YouTube. Kiedy ludzie zaczynają pisać „ty sam jesteś gruby”, to on się tłumaczy, że wy się nie znacie, jesteście głupi, bo ja wcale nie jestem gruby, tylko umięśniony. No przecież to aż się prosi…

Czyli teraz chłopaki mają wasz kanał na YouTube, a ty profil na Facebooku?

Tak, do tego to ja jestem właścicielem praw do znaku, do logo i tak dalej. Ale nie mogę tego używać, bo zostałbym przecież po prostu zakrzyczany…

Że robisz Pytę sam?

Nawet nie to, ale sam fakt, że wtedy próbowałbym załatwić sprawę jakoś zgodnie z prawem, za pomocą prawnika, czy coś w tym rodzaju. Często pojawia się taki argument, że powinno się napić wódki, dać sobie po ryjach i pogodzić. A ja nie chciałbym żyć w kraju, gdzie się rozwiązuje tak konflikty, że ludzie się po prostu napierdalają.

Ale żyjesz.

Straszne (wzdycha), no trudno. W każdym razie odpuściłem ten temat. Niech tam sobie nagrywają, co chcą – nie robię akcji o prawa autorskie, czy używanie logo i nazwy. Koza doskonale wiedział, że zastrzegam Pytę, ale nie brał w tym udziału, bo uznał, że to niepotrzebne. Teraz tak trochę może nawet złośliwie… Mam te prawa i chuj (śmiech), skoro zrobiłeś tak brzydko, to jest impas. To on nie odbierał telefonu, jak chciałem z nim uregulować kwestie hajsu. Jakby zadzwonił choćby teraz i powiedział „ogarnijmy kwestię pieniędzy, w końcu zakładałem ten portal”, to byśmy się dogadali.

Jak to jest z tymi zarzutami o pieniądze?

Nie wierzę, że Koza w to wierzy. Za bardzo zna się na YouTube. Wiesz, przez zmiany algorytmów YT ostatnio podskoczyły nam zyski i maj był takim pierwszym miesiącem, gdzie zrobiła się z tego duża kwota, to znaczy odczuwalnie większa od poprzednich.

Ile?

Około 1500 zł – nadal nie jest to coś, za co można się utrzymać. Zawsze było tak, że ta kasa trafia do mnie i dzielę ją w proporcjach: po 35% dla nas i 30% dla Grzesia. Jako że Koza nie chciał nigdy kasy w przelewach, bo wiadomo – zawsze minus na koncie – za ostatnią transzę faktycznie wisiałem mu kasę. Tylko się po prostu do dziś nie spotkaliśmy. Nawet mu pisałem, żeby do mnie podbił. On wtedy zaczął liczyć. Wziął sobie majowe estymacje, czyli kwotę przewidywaną, nie rzeczywistą – przy czym maj był tym miesiącem lepszym od poprzednich – i pomnożył przez 12 miesięcy. Wyszło w sumie na to, że wiszę mu jakieś kilka tysięcy, co jest nieprawdą.

Ale skoro twierdzisz, że Kozie nie chodzi o hajs, to skąd wziął się ten temat po stronie chłopaków?

Zawsze się taki temat przyklei. Wiesz, wszystkie reklamy, które robiła Pyta, to reklamy chłopaków. Jakaś gra, jedna, druga. Ja wszystkie odrzucałem.

Dlaczego?

To były małe pieniądze, a jak robisz reklamę, jednocześnie obniżasz wartość czegoś – wolę tę swoją markę budować, a potem dostać jakieś zlecenie, jak na przykład praca w telewizji, czy tam w radio. Ewentualnie raz na ruski rok wziąć coś dużego, jak na przykład kiedyś Philipsa, z którego była całkiem niezła kasa. Wolę wziąć rzadziej większą akcję reklamową, niż się rozdrabniać, bo to się nie opłaca wizerunkowo, a i ja mogę się z tym jakoś źle czuć. Natomiast panowie chcieli to tak przedstawić, że to ja jestem niby ten komercyjny, bo pracuję w mediach. A ja pracuję w mediach, bo mnie nie wyrzucają z tych mediów, w przeciwieństwie do Kozy. Chłopaki nie powiedzą wprost: „jesteśmy zazdrośni”, czy coś takiego. Ludziom zawsze łatwiej uwierzyć, że jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, zawsze chodzi o pieniądze, dlatego Panowie postanowili tak sprawę przedstawić. Tak jest prościej.

A jeżeli ludzie nie znają chłopaków, ani mnie, to tak naprawdę możesz powiedzieć cokolwiek, a ostatecznie ludzie powiedzą, że prawda leży po środku. Jest takie absurdalnie bzdurne powiedzenie.

Ok, a dlaczego chłopaki nie robią niczego mediach, jak ty. Brak propozycji? Brak samodyscypliny?

Chyba nie mają propozycji. Wiesz, do niedawna jak zaczynaliśmy pracować gdzieś w mediach, to zawsze razem. Zaczęliśmy kiedyś od Tele 5 – Koza chyba ze cztery, może pięć odcinków wytrzymał.

Dlatego, że trzeba było być grzeczniejszym, niż w internecie?

Raczej dlatego, że trzeba było tam po prostu przychodzić. W ogóle to nie była do końca Pyta, raczej taka Pyta w wydaniu dozwolonym od lat 12. To nie było najmocniejsze, ale o tyle dobre, że szlifowało nam warsztat. Wtedy przecież byliśmy totalnie zieloni. No i Koza po kilku odcinkach odpadł, bo trzeba było być punktualnym. Potem było RBL TV i Figur (Michał Figurski – przyp. WŻB), który był po prostu oazą spokoju i pozwalał nam na wszystko, a przy Kozie robił się czerwony (śmiech). Potem Rock Radio. Po jakimś czasie przestałem podchodzić do tego w ten sposób, że musimy wszędzie pracować w pakiecie – każdy sobie rzepkę skrobie. Zresztą panowie mieli własne ambitne plany, chyba nadal mają, nie wiem. Kiedyś robili na przykład coś o nazwie „Plon TV”. Chciałem im przy tym pomagać, ale nie chcieli. Zrobili jakąś grandę i trwało to chyba jeden odcinek. Co chwila coś jest, jakaś marka ubraniowa miała być…

…a z drugiej strony zarzucają ci, że masz parcie na szkło, tak?

No tak. Ale to dlatego, że mi wychodzi, a im nie. A nie dlatego mi wychodzi, że jestem jakiś lepszy, tylko dlatego, że zapierdalam. Siedzę, montuję, piszę, robię.Tylko i wyłącznie tyle. Patrz na Bartka Walaszka. Jak Bracia Figo Fagot wracają z trasy, to on zamyka się w swoim studyjku, siedzi i klei te kreskówki, te wszystkie swoje rzeczy. Z kolei Piotras bardziej skupia się na całym tym życiu towarzyskim. Wiadomo, kto długoterminowo wyjdzie na tym korzystniej.

Bardzo dydaktyczne to, co mówisz. Bez pracy nie ma kołaczy.

Wiesz, są też ludzie, którzy funkcjonują w mediach, a część swojej wartości w branży zawdzięczają temu, że uczestniczą w imprezach, pokazują się, spotykają się z odpowiednimi ludźmi i tak dalej. Ale to jakby inny typ człowieka. Ja jestem takim bardziej żuczkiem – trochę nagrywam, ale znacznie więcej czasu spędzam na produkcji, tworzeniu od kuchni. Montuję, zajmuję się dźwiękiem.

Wolisz być odpowiedzialny za wszystko, czy pracować w zespole?

Zdecydowanie wolę pracować z ludźmi, tylko że niestety dużo od nich wymagam. Najczęściej kończy się tak, że biorę na siebie za dużo. Potrafię na przykład nie zastanowiwszy się nad tym, powiedzieć: „dobra, ja to zrobię”, potem siedzieć po nocach, kiedy inni nie mają co robić. Ale staram się tego oduczyć, bo to wręcz takie nerwicowe jest.

To bierze się stąd, że jak coś komuś powierzasz, to boisz się, że nie będzie zgodne z twoją wizją?

Wiesz, ja nie jestem mistrzem montażu, robię to dopiero dwa lata. Wcześniej zajmował się tym Koza. Tym bardziej uwielbiam taką sytuację, że ktoś robi coś za mnie i robi to dobrze. Robiłem niedawno taką serię „Street Fight” z Łukaszem Skalikiem z Epic Makers. On robił tam ostatnie cięcia, jakieś wygładzenia montażowe, a do tego całą oprawę, grafikę i tak dalej. No i ja się absolutnie nie upierałem przy tym, żeby samemu to robić, wręcz byłem bardzo szczęśliwy, że on robił to za mnie, bo to było lepsze. Po prostu. Pewnie, że w mojej wymarzonej redakcji chciałbym dowodzić. Przez pięć lat byłem managerem w firmie zajmującej się targami, dowodziłem ekipą ludzi. Uważam, że jestem dobrym szefem – sprawiedliwym, dobrze rozdzielającym pracę.

Apodyktycznym?

Nie. Jestem na pewno uparty w niektórych Kwestiach. Przyczepię się zawsze, jak coś jest robione na odjeb się. Właśnie Koza zawsze tak miał, że zawsze przekonywał, że to jest jakaś wizja, jakaś tam taktyka i jaki błąd by nie był, to zawsze jest kwestia, że to było specjalnie. Natomiast zazwyczaj, jak człowiek mówi ci sam, że nie miał czasu, albo że to na ostatnią chwilę, albo że miał za mało czegokolwiek, to wiesz, że to się nie broni. Pyta przez pewien czas była na takim progu – z jednej strony pewne wymagania były już profesjonalne, a z drugiej strony ludzie zajmujący się pewnymi rzeczami mieli umiejętności wręcz mega nieprofesjonalne i to powodowało, że ci, którzy pracowali więcej i się rozwijali, musieli przez to robić jeszcze więcej, bo coraz bardziej odbiegali od tych, którzy się opierdalali. Ale absolutnie nie uważam się za despotę.

Zawsze raczej jestem mało asertywny i daję sobie wciskać jakieś kity. Wielokrotnie godziłem się na jakieś rzeczy, których później żałowałem, tylko dlatego, żeby mieć święty spokój.

A jeśli chodzi o Twój nowy program w Superstacji – tam będziesz odpowiedzialny za co i w jakim stopniu?

Merytorycznie – w 100% za wszystko. Jeśli chodzi o technikalia i organizację jest producentka, wydawcy, świetny zespół techniczny. Do tego są materiały robione przez Superstację, z których mogę brać, czerpać, wybierać sobie fragmenty.

To będą wejścia na żywo, prawda?

Tak.

Robiłeś już telewizję na żywo?

Tylko radio.

Jest stres?

Nie. Stres jest tym większy, im więcej osób patrzy bezpośrednio na ciebie. W telewizji może patrzeć na mnie z 200 000 ludzi na żywo, a i tak to jest mniejszy stres, niż kiedy na przykład prowadzę koncert. Wtedy widzisz tych wszystkich ludzi, oni reagują od razu. Trzeba to robić jak Lemmy. On miał po prostu ustawiony wysoko mikrofon, patrzył w sufit i przez większość czasu ich wszystkich nie widział. Ja też, jak mnie bierze stres, po prostu wbijam wzrok gdzieś wysoko i sobie gadam, tłukę swoje i tyle. Jak już przejdzie ci moment takiego zawahania, ludzie tak naprawdę przejmują twoją pewność siebie i – nie znając cię – dają ci duży kredyt zaufania. Jak już się oswoisz i zamiast myśleć, czy oni na pewno tutaj są w stanie cię wysłuchać, wyjdziesz do nich z takim tupetem, zaczniesz im przedstawiać swój punkt widzenia, to najczęściej po prostu uznają, że ok, że może być, kupujemy to. Na początku trzeba się przełamać, potem jest już z górki.

Większość pytowych materiałów kojarzy się z polityką. Śledzisz na bieżąco?

Nie. Zupełnie nie. Kiedyś było inaczej – oglądałem codziennie jakieś dwa, trzy serwisy informacyjne. To była taka moja cecha immanentna. Ludzie mówili, że Jaok jak nie obejrzy wiadomości, faktów i wszystkiego na raz od Polsatu po TVN, to nie może spać. Ale jak popracowałem w Agorze, to przestałem oglądać jakiekolwiek informacje.

Dlaczego?

Zobaczyłem, jakie to wszystko jest na niby.

Przechodząc płynnie do poglądów, mnie osobiście Pyta kojarzyła się zawsze lekko konserwatywnie, może przez osobę Grada…

No tak, on mocno szedł w tym kierunku. Koza zawsze lubił podkreślać, że on jest takim endekiem, narodowcem, ale nigdy nic za tym nie szło poza podkreślaniem. Ale wydaje mi się, że takie wrażenie, że Pyta jest prawicowa, może nawet skrajnie, powstało przez to, że kiedyś demonstracje były organizowanie głównie, a może nawet tylko przez środowiska lewicowe. Było ich bardzo dużo, były bardzo prężne. A po naszym pierwszym marszu zauważył nas jakiś jeden serwis internetowy, który pisał o „faszystowskiej prowokacji Pyty” (śmiech). Nie chcę o tym za dużo mówić, bo o tym będzie w książce, ale strasznie nam się spodobało, że zostaliśmy tymi faszystami. Na tyle, że w tę właśnie stronę postanowiliśmy prowokować. To był tak naprawdę trolling, który wtedy jeszcze nie nazywał się trollingiem. Stawaliśmy się trochę tym, co ludzie chcieli w nas widzieć. Byliśmy eleganckim, wygodnym wrogiem dla młodych, zaangażowanych politycznie ludzi. Przynajmniej mieli z kim walczyć.

Byliśmy już nazywani wszystkim: lewakami, faszystami, pedałami, Żydami, sługusami Watykanu, sługusami TVN-u. Nie ma praktycznie grupy, która kojarzyłaby z jakimiś silnymi antagonizmami, do której byśmy już nie byli przyporządkowani. Zależnie od tego, jak się wiatr polityczny zmieniał i od tego, co akurat wychodziło na ulice.

A ty osobiście jak byś się określił? O ile w ogóle…

Określiłbym się jako (tu następuje długie przeciąganie sylab) prawica liberalna gospodarczo. Szacunek dla terytorium, własności, rodziny, wolny rynek, ograniczone podatki, tworzenie warunków rozwoju przedsiębiorczości. Ale chyba nie ma odpowiadającej mi światopoglądowo partii w Polsce. Platforma kiedyś mocno wspierała wolny rynek, a potem doszli do władzy i dojebali podatek od umowy o dzieło taki, że nawet nam się dostało.

Kiedyś Philips zaproponował, że zapłacą tylko jednemu z nas i on niech to podzieli. A że to ja zawsze byłem od formalności, to przelali kasę na mnie. Okazało się, że 50% ulga kosztu uzyskania przychodu znika przy przekroczeniu jakiegoś tam progu i ja go przekroczyłem właśnie przez ten deal. Dojebali mi 11 000 podatku, przy czym rok wcześniej miałem 50 zł zwrotu. Dzięki wspólnemu rozliczeniu małżeńskiemu jakoś mojej żonie udało się to obniżyć do 7 000. Jak powiedziałem o tym chłopakom, myślałem, że coś może dorzucą, ale nie. No i spoko, nie było tematu. Ale czasem sobie teraz myślę, że jakbym tak sobie usiadł – nie wiem po co, pewnie byłoby mi głupio, ale gdybym… usiadł i ich tak sumiennie podliczył, to może by się zaraz okazało, kto co komu wisi (śmiech).

Dobra, ale znowu wracamy do chłopaków. W kwestii gospodarki wolny rynek, a obyczajowo – pewnie dość luźno?

Ciężko powiedzieć, czy do końca. Na przykład kiedyś miałem dość liberalne poglądy, jeśli chodzi o dragi, a teraz mam mniej. Kiedyś przez chwilę było u mnie z tym tematem grubiej. Doszło do mnie, że może się to skończyć bardzo źle. Poznałem ludzi, dla których tak się właśnie skończyło. Spójrz, marihuana kiedyś była mega lekka. Obecnie tak się zmieniła, że ostatni raz – chyba z trzy lata temu – jak spróbowałem trawy, to byłem wyjebany w kosmos jak po jakichś grzybach. Widzę ludzi, którzy regularnie palą trawę – mają zjebaną pamięć krótkotrwałą, nie potrafią się do niczego zebrać.

Bardzo nie lubię takiego tworzenia ideologii przez zwolenników palenia – że trawa leczy raka i w ogóle robi cuda. Jest to używka i jest jakoś tam niebezpieczna. Jak każda używka. Aczkolwiek posiadanie powinno być według mnie depenalizowane.

Nie masz wrażenia, że kiepska jakość chociażby marihuany wynika właśnie z tego, że jest nielegalna, a handlem zajmuje się półświatek?

To jest moim zdaniem mit. Byłem parę lat temu w Amsterdamie i tak właśnie myślałem, że naturka, że prawdziwa marihuana, że będzie spoko i fajnie, a nie jakieś gówno rosnące na granulacie pod żarówką. Zapaliłem takiego jointa z takiej holenderskiej naturki i musiałem wyjechać szybko do jakiegoś parku, bo szum miasta mnie przytłoczył. W ogóle dragi bardzo mocno na mnie działają, ale na przykład amfetamina działała na mnie odwrotnie – uspokajała mnie. W USA na przykład są lekarstwa na ADHD, które zawierają amfetaminę, może coś w tym jest. Faktycznie mogłem po tym nie spać, mogłem dłużej pracować, ale nie byłem wcale pobudzony; raczej zamulony. A coś w rodzaju ADHD to ja mam od podstawówki, przez co miałem przejebane. Zawsze dobre oceny, tylko z zachowania słabo (śmiech). 

Ha, zawsze jak widzę lub słyszę Tymona Tymańskiego, to zastanawiam się, czy to ADHD, czy pojemne nozdrza (śmiech).

No tak. Tymon nic nie bierze, gwarantuję ci. Dużo czasu z nim spędziłem; Tymon jest czysty. Taki już jest. Pamiętam jak gadał kiedyś z jakąś kobietą. Ja wyszedłem po kawę, on coś tam dalej gada, gestykuluje. Wracam z tą kawą, a on robi pompki, jednocześnie nadal do niej mówiąc. Naturalnie jest taki nakręcony. Kodym kiedyś opowiadał, że jak Tymonowi się coś zdarzyło zażyć, to go strasznie mocno klepało, jak mnie. Może jest to jakaś cecha charakterystyczna.

Z jakiegoś powodu kiedyś sobie ubzdurałem, że dragi na mnie słabo działają. Wylądowałem przez to na obserwacji na Sobieskiego. Miałem stresujący okres w pracy, problemy ze spaniem, takie tam.

Poszedłem do lekarza internisty, a on przepisał mi tabletki na sen, które nazywają się Nasen. To podobno mocno działa za pierwszym razem, więc na dzień dobry powinno się wziąć połowę dawki. A ja sobie myślę „mniej niż dwa chuja da” i wziąłem dwie. Na jakąś grupę ludzi ten środek działa wyjątkowo mocno, okazało się, że jestem w tej grupie. W zasadzie nie robiłem nic dziwnego, ani niebezpiecznego, tylko gadałem totalnie od rzeczy i miałem halucynacje. Nie poszedłem spać, tylko łaziłem po mieszkaniu i gadałem bzdury od czapy. Wróciła moja ówczesna dziewczyna, zobaczyła, co się dzieje i znalazła pudełko po tych pigułkach. Przestraszyła się i zadzwoniła po karetkę. Ze szpitala wypuścili mnie rano i powiedzieli, że karetka była niepotrzebna; wystarczyło kazać mi się położyć. A ja widziałem jakieś latające pióra dookoła. Ale powiedzieli też, że to się często zdarza, że ludzie popełniają taki właśnie głupi błąd z tym środkiem.

Wspomniałeś, że w pewnym momencie było u ciebie grubiej w temacie dragów. Jak bardzo?

Nie chciałbym znowu wystrzelać się z tego, co będzie w książce (śmiech). W ogóle to była taka akcja, że wiedziałem jak działa speed. Wiedziałem jakie są negatywne konsekwencje, zjazdy i tak dalej. Nie wyobrażałem sobie, jak chyba większość ludzi, jak się można od tego uzależnić. No i miałem w końcu dzwona na motorze. Skutek – pęknięte żebra i krwiak w kolanie. Żeby było śmieszniej, to policja mi zajechała drogę, wpadłem na radiowóz. Zaczynaliśmy wtedy kampanię reklamową „Księcia i Żebraka” (audycja w radio – przyp. WŻB), więc było ciśnienie na przychodzenie do pracy. Nie, żebym zwalał winę na kogokolwiek, że kazali mi przychodzić. Po prostu ja sam postanowiłem udawać, że nic mi nie jest. Tylko że nie bardzo mogłem się w ogóle poruszać. Kojarzyłem takiego ziomka, który regularnie walił tego speeda, wiedziałem też, że to znieczula, uśmierza ból i pozwoli mi jakoś tam funkcjonować. Dałem mu 250 zł i powiedziałem, żeby załatwił mi za tyle. Kiedy to przyniósł, okazało się, że wyszło tego całkiem sporo. Przez cały ten czas, kiedy miałem rozbite kolano i pęknięte żebra, brałem to sobie i jakoś tak zostało.

Nagle się zorientowałem, że minęły cztery miesiące, jestem już zdrowy, a nadal wciągam. Wtedy zacząłem trochę ściemniać wszystkim wokół i samemu sobie, że wszystko w porządku, ale w końcu dałem się nakłonić, żeby pójść do poradni. Normalnie, do państwowej.

Psychiatra pytał, ile waliłem – stwierdził, że na tyle krótko, że mogę spróbować to rzucić. Zapisał mi valium. Po odstawieniu leżałem sobie po prostu w wyrze i śniły mi się jakieś złe sny z ptakami, a jak się robiło za bardzo tripowo, to brałem to valium, ale wziąłem je jakieś może trzy razy. I jeśli chodzi o jakieś fizyczne uzależnienie, to tyle. A psychiczne, to wiadomo – długa praca nad sobą, i terapia podczas której wychodzą dodatkowo jakieś inne rzeczy. Zaczynasz się zastanawiać nad różnymi jazdami, jak na przykład, że kiedyś tam nie zachowałeś się do końca tak, jak powinieneś. Myślę, że fakt, że mam rodzinę przeważył – wiesz, w pewnym momencie nie da się tego ukrywać. Albo rybka albo pipka; albo przestajesz brać, albo po rodzinie. Wybrałem rodzinę, no i dobrze. Tak jak ci powiedziałem, nie bywam nigdzie. Nie chodzę na imprezy, przestałem oglądać piłkę nożną – to też zawsze świetny pretekst, żeby się spotkać z kolegami i nasrać.

Fajnie, że o tym mówisz, bo jak powiedziałeś kiedyś na YT, że byłeś na terapii, to w oczach przeciętnego odbiorcy pojawił się obraz Jaoka, który pewnie furał wszystko, co popadnie już od dziecka; teraz go połamało i zniszczyło, więc musiał iść się leczyć. A przecież jest zupełnie inaczej, a sama historia nie jest taka długa.

No tak, to wszystko było dość niedawno. Od dwóch lat nie biorę nic, alkohol piję bardzo sporadycznie i bardzo niewiele. Swoją drogą, nie pomyślałbym, że to może być tak odbierane, że samo pójście na terapię może się tak źle kojarzyć. Spotykałem się długi czas z dziewczyną, która była DDA i też chodziła na terapię, co było naturalne i pomagało jej. Chodzili tam ludzie, którzy nawet nie byli uzależnieni, byli tylko z rodzin nałogowców. Taka terapia to rodzaj miejsca, gdzie jest ktoś, kto zadaje ci właściwe pytania, a ty sam sobie szukasz na nie odpowiedzi. Jak już nie możesz się od tych odpowiedzi sam przed sobą wymigać, to zaczynasz dochodzić do jakichś tam pozytywnych wniosków. Nie wiedziałem nawet, że ludziom to się tak kojarzy, że trzeba jakoś strasznie ćpać, żeby tam pójść. Im szybciej ktoś pójdzie, tym lepiej. Jak ktoś ma 25 lat, regularnie ćpa i pije, to na 90% prędzej czy później będzie potrzebował terapii, albo po prostu nie dożyje do jakiegoś późnego wieku, dostanie zawału, cokolwiek.

Swoją drogą ciekawe jest, że jak idziesz na coś takiego, to ci się wydaje, że ja to się w ogóle nigdy nie przyznam i to się rozejdzie zaraz po kościach. Po pewnym czasie zaczynasz mieć potrzebę mówienia o tym, bo czujesz, że możesz kogoś ostrzec. Poczucie humoru w Pycie też było takie, że ludzie mogli odnieść wrażenie, że dosyć entuzjastycznie się wypowiadam o dragach. Było parę takich sytuacji, że zobaczyłem, jaki mogę mieć wpływ na młodszych od siebie ludzi. Postanowiłem wtedy, że nie będę udawał, że nie miałem z dragami nic wspólnego. Że są według mnie spoko, tylko mi się znudziły. Niech choć jedna osoba przeze mnie sobie tak pomyśli i się w to wpierdoli, to już będzie to na moim sumieniu. Słyszałem taką teorię, że jak jakiś czas nie bierzesz, to już możesz o sobie powiedzieć, że nie jesteś uzależniony, że to przechodzi. Ale są dwie szkoły; w Polsce raczej o dragach wyznaje się zasadę, że dziwką raz, dziwką zawsze. Nie chcę się nad tym zastanawiać, po prostu unikam miejsc i okazji.

Burzysz teraz trochę pewien wizerunek, który nawet nie wiem, czy wiesz, że możesz mieć. Wizerunek właśnie takiego Jaoka, śmieszka z Pyty, rokendrolowca, który nie stroni i przez całe życie nie stronił od tych wszystkich rzeczy. A taki wizerunek chyba dużo łatwiej zbudować, niż potem się go pozbyć. Pamiętasz Wasz film „Sobota”?

Tak, sam napisałem scenariusz. Ludzie myśleli, że naprawdę tam wciągałem jakiś narkotyk, a to była jakaś tam tauryna wysypana z czegoś. Z kolei klonazepam, który tam gryzę w samochodzie, to był tak naprawdę aviomarin – cholernie gorzki. Okazało się, że wielu ludzi totalnie uwierzyło, że to wszystko prawda. W oryginale nasze trzy postacie, to był pedofil, nazista i ćpun. Tylko mój epizod nie został tam złagodzony. Może i łatwo zbudować ten wizerunek ćpuna, o którym mówisz. Przez jakiś czas w ogóle robiłem to bardzo świadomie. Może mi to imponowało, a może to przez fascynację Motorhead?

W każdym razie bardziej ćpałem w opinii odbiorców, niż w rzeczywistości. A to, że istnieje coś takiego jak wizerunek, który żyje sobie własnym życiem, zupełnie poza mną? Do dziś nie potrafię tego pojąć, a wtedy pewnie nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. W rzeczywistości nigdy nie prowadziłem po alkoholu, a w tym filmie zaczynam dzień od browarów i wsiadam za kółko.

Tym bardziej uważam, że jeśli ktoś mnie lubi, a potem ogląda taki film i jest w stanie w niego uwierzyć, to ja czuję się zobowiązany powiedzieć publicznie, że okazało się jednak, że narkotyki są – słuchajcie – szkodliwe. Wtedy to było pewnie jakieś takie pokazywanie fucka i bunt przeciwko dorosłym. Ale – powtarzam – okazało się, że narkotyki jednak szkodzą.

Miałem cię zapytać o twoją książkę, ale skoro już kilka razy wspomniałeś, że nie chcesz zdradzać o czym jest, to już mogę się mniej więcej domyśleć, o czym jest (śmiech).

Zaraz, zaraz – powiedziałem to dokładnie dwa razy, akurat w przypadku tematów, które mnie dotyczyły bezpośrednio. Natomiast na pewno nie chciałbym pisać w wieku, w którym jestem żadnych dzienników, czy autobiografii. Osobiście pojawiam się w tej książce głównie po to, żeby jakoś spiąć te wszystkie anegdoty. Jest to książka o prowokacjach dziennikarskich. O telefonach, wywiadach, obserwacjach z tym związanych. Na przykład to, że Stefan Niesiołowski nigdy nie rozłącza połączeń telefonicznych. Jak do niego zadzwonisz, to odkłada telefon i się po prostu nie rozłącza. O, widzę, że się zainteresowałeś, to właśnie takie małe smaczki. Jak masz ochotę, to możesz sobie włączyć nagrywanie i będziesz miał potem nagraną na przykład godzinę Stefana Niesiołowskiego, oglądającego wiadomości, gadającego z kimś tam w domu.

Wydawca książki już jest?

Piszę tę książkę tylko dlatego, że jestem za mało asertywny i nie potrafiłem odmówić. Najpierw się znalazł wydawca, sam się do mnie zgłosił. Teraz wydzwania i pogania, bo już dawno powinienem mu ją oddać.

Chciałem to nazwać „Sztuka walenia w chuja”, ale się nie zgodzili. I znowu ludzie będą mnie mieli za wariata, bo nie dość, że piszę tam też o narkotykach, to jeszcze używam w niej alter ego. To tak na wszelki wypadek, żeby najgrubsze rzeczy, przez które mógłbym komuś podpaść, zwalić na alter ego właśnie. Będą myśleli, że mam rozdwojenie jaźni.

Od tych narkotyków!

Wiadomo. Ale tak jest – jak coś jest zasygnalizowane, ludzie sobie dopowiedzą resztę. To jak z tym, że jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Tutaj łatwo wbić wszystko w taki schemat: Jaok brał narkotyki, od tego zwariował i dostał rozdwojenia jaźni… Mam w książce trochę grubych rzeczy, wole przypisać je tej drugiej osobowości.

Na jakim etapie jest książka? Tak procentowo?

75%

Data wejścia na rynek?

W październiku.

Czy to już oficjalna zapowiedź książki Jaoka o prowokacjach dziennikarskich?

Gadałem z wydawcą wczoraj i go pytałem, czy jakby ktoś mnie pytał, to już mogę mówić. Powiedział, że tak, ale przez tę Superstację jakoś mi to wyleciało z głowy i jeszcze nikomu nie mówiłem.

Ha, jestem pierwszy?

No tak! W ogóle nie wspominałem chyba nikomu.

No i zajebiście!

[AKTUALIZACJA], czyli co z tą Pytą?

Między przeprowadzeniem wywiadu, a opublikowaniem go miałem z Jaokiem kontakt telefoniczny. Okazało się, że w stosunku do tego, co można przeczytać powyżej, coś się zmieniło. Co takiego? Otóż Jaok, jako posiadacz praw do marki ma zamiar ruszyć z Pytą bez Kozy i Grzegorza.

Jaok, co się zmieniło? Dlaczego zmieniłeś zdanie?

Na początku uwierzyłem w to, że zostałem z Pyty wyrzucony, ale zacząłem się nad tym zastanawiać. Trochę z głupoty, trochę może – wygodniej byłoby powiedzieć, że ze skromności – z asekuranctwa wszystko co robiłem, sygnowałem jako „Pyta.pl”, a nie jako „Jaok”. Zawsze przedstawiałem to wszystko jako twórczość grupową – przy czym rzeczywiście jej większość była moja, mam do tego prawa. Zacząłem też myśleć, pod jakim szyldem mam nagrywać dalej? Seba, z którym nagrywam podcasty, powiedział mi: „Jaok, albo się od tego odetnij zupełnie, albo o to zawalcz”. Odpowiedziałem, że już się odciąłem, na co on wypomniał mi, że gdybym się rzeczywiście odciął, nie odpowiadałbym w sieci na te wszystkie komentarze dotyczące Pyty. Pomyślałem sobie: „kurwa, właściwie to dlaczego ja mam to oddawać?”

Stwierdziłem, że sprawdzę, jak zareaguje YouTube i na tej podstawie zdecyduję. Napisałem do nich. Zażądali dokumentów dotyczących praw autorskich, wysłałem im je. Założyłem drugi kanał – jeszcze niewidoczny, nazywa się Pyta.pl – kiedyś nazwy z kropką były niedozwolone (kanał Pyty nazywa się Pytadotpl – przyp. WŻB) – i wrzuciłem tam te filmy, które są moje. YouTube uznał mnie właścicielem praw do nich.

W samej Pycie nie chodziło i nie chodzi o biznes, ale o rodzaj sportu ekstremalnego oraz oczywiście jakiś rodzaj promocji – ta miała być i będzie spieniężana jednak gdzie indziej – przez prace w mediach komercyjnych. Natomiast na YT teraz nie będzie żadnych niedomówień. Tamte filmy na starym kanale wciąż zostają. Nie zarabiam na nich, ale chłopaki też nie mogą, ponieważ nie są ich. Jeżeli je usuną, ja mogę je opublikować, natomiast na tym nowym kanale najważniejsze będą nowe materiały od Pyta.pl w nowym składzie. Skład nie jest jeszcze do końca potwierdzony, ale oficjalne info pojawi się wkrótce. Wiesz, na początku uwierzyłem w to, że wyrzucenie mnie z kanału przez gościa, który w takich tematach jest recydywistą…

Recydywistą?

Dokładnie. Znasz „Kapitana Bombę”? Grzegorz robił to razem z Walaszkiem, twórcą tej kreskówki. Walaszek podpisał umowę, w której oddał prawa do „Kapitana” stacji 4fun.tv. Nie pytaj mnie, dlaczego; nie wiem, nie wnikam. Kiedy się rozstawali, Walaszek myślał, że będzie to robił gdzie indziej, ale stacja zareagowała jednoznacznie – albo u nas, albo wcale. Wiesz, nie ma co na nich krzywo patrzeć; to firma, przedsiębiorstwo – ma zarabiać. Mieli prawa, więc chcieli z nich korzystać, wiadomo. Walaszek wtedy jeszcze nie animował sam, wynajmował grafików. Grzegorz, jak wspominałem, robił z Walaszkiem serial „Kaliber 200V” dla 4fun.tv (dokładniej dla należącego do nich RBL.tv). Znał więc i ekipę od „Kapitana Bomby” i ludzi ze stacji. Zgłosił się na ochotnika, że będzie robił kreskówkę zamiast Bartka Walaszka. Wszyscy się radośnie zgodzili i było dobrze, dopóki nie okazało się, że scenariusz jest chujowy. Widzisz więc – próba przywłaszczenia sobie przez niego Pyty, to nie pierwsza akcja tego typu w jego wykonaniu. Stwierdziłem: „kurwa, jakiś typ, który sprzedaje warzywa po miastem – nie ujmując niczego sprzedawcom warzyw – ma zabrać mi coś co tworzyłem przez tyle lat razem z moim socjopatycznym operatorem? No nie.”

Czuję się tego autorem, czuję się kompetentny, żeby dalej to prowadzić… Wylizałem rany i stwierdziłem, że jednak warto zawalczyć. Zwłaszcza, że YouTube uznał moje prawa autorskie.

Chłopaki jak chcą, to niech sobie działają dalej, tylko niech uważają, żeby przypadkiem nie działali pod marką, która podlega ochronie prawnej – zwłaszcza, gdyby ktoś zlecił im reklamę. Wygląda w każdym razie na to, że będziemy mieli happy end. Nie wiem jeszcze jak sytuacja z Gradem, złożyłem mu propozycję. Mamy zajebiście zdolne, młode osoby (w tym wspomniani Młody i Meru), planujemy zrobić wielkie otwarcie – uroczyste upublicznienie nowego kanału. Nie wiem jeszcze, kiedy nagramy pierwszy nowy materiał – pewnie wystarczy poczekać na jakąś demonstrację, ja tymczasem dogram wszystko w sprawie książki i programu w Superstacji. W każdym razie Pyta wróci i to – kurwa – w wielkim stylu. Myślę nawet, że gdyby poprzednie materiały montował ktoś inny, niż Koza, byłyby może lepsze; on zawsze był cholernym leniem. No, to chyba tyle w kwestii uzupełnienia.

Jak Grad zareagował na propozycję?

Jesteśmy w dobrym kontakcie i nie trzeba go przekonywać, kto w tym pytowym sporze ma rację. Z tym, że nie chcę za dużo zdradzać za niego. To rozstanie z Pytą było dla niego na tyle nieprzyjemnie, że nie widzi obecnie powodu, żeby wchodzić w to teraz cały na biało, i to w momencie, kiedy wszyscy rzucają w siebie kupą i jest mnóstwo syfu wokół. Ale absolutnie nie wyklucza, ma dać mi znać do końca miesiąca. W każdym razie nieśmiertelnik z napisem „Pyta.pl” został przez niego przyjęty.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +33, liczba głosów: 39)
Loading...