Samotne wilki terroryzmu to mit

Ostatnie miesiące wniosły do debaty o współczesnym terroryzmie nowy, modny termin: a lone-wolf terrorist – pojedynczy terrorysta działający bez grupowego wsparcia. Termin ładnie brzmiący, ale fałszywy i niczego nie wyjaśniający podczas kryzyssu zamachów ostatnich miesięcy.

Lipiec i początek sierpnia 2016 roku przyniósł Europie serię ataków przygotowanych rzekomo przez samotnych terrorystów zainspirowanych ideologią i wpływami tzw. Państwa Islamskiego . Mohamed Lahouaiej Bouhlel zabił w święto niepodległości Francji ponad 80 osób i ranił setki, kiedy wjechał rozpędzoną ciężarówką w tłum. Kilka dni później afgański imigrant w Niemczech zaatakował siekierką pasażerów pociągu, raniąc kilku, zanim policja go zabiła. 24 lipca był jeszcze atak w niemieckim Ansbach i zabójstwo księdza katolickiego w Rouen. Zamachowiec wziął zakładników i poderżnął duchownemu gardło. 6 sierpnia kolejny imigrant zaatakował dwóch policjantów maczetą w belgijskim Charleroi, po czym zginął w obławie.

Wszystkie te ataki przypisano – szybko i bezrefleksyjnie – hybrydowym terrorystom: kolejnemu pokoleniu ze społeczności muzułmańskiej albo całkiem świeżym imigrantom wojennym lub ekonomicznym. W drugim przypadku piętnując na wyrost ogół społeczności syryjskiej, jako łatwy i mocno już eksploatowany medialnie cel, ale niekoniecznie będący źródłem tych ataków.

Zamachowcy mieli być samotnymi wilkami, którzy na atak zdecydowali się, oglądając relację CNN z kolejnego zamachu. Tak zawyrokowali dziennikarze, analitycy i szacowni profesorowie z katedr zajmujących się Bliskim Wschodem. Faktycznie, Mohamed Lahouaiej Bouhlel nie miał ścisłych powiązań z ISIS, ale jest to fakt drugorzędny, nie potwierdzający ogólnej statystyki służb i przebiegu śledztw, kiedy media tracą zainteresowanie danym przypadkiem.

Powtarzane wielokrotnie tezy, że oto terroryzm ewoluował z formy hierarchicznej do niezrzeszonych indywidualistów, nijak się mają do rzeczywistości, w której teraz terroryzm powstaje.

Tzw. samotne wilki na poziomie organizacyjnym nie są i nigdy nie będą członkami bojówki z legitymacją, comiesięcznym żołdem i kałasznikowem u boku, ale dzięki zdobyczom globalizacji i coraz bardziej zaawansowanej technologii, bez problemu kontaktują się z „prawdziwymi” żołnierzami świętej wojny lub każdej innej ideologii wartej uwagi, by zabijać w jej imieniu.

Tak oto boom na social media, wzrost szyfrowanej komunikacji doprowadził do tego, że zamach od początku do końca można zaplanować online, co nie znaczy – samotnie i spontanicznie. Przykład – ataki nożowników, to przeniesienie rzeczywistości izraelskich miast w skali 1:1 do Europy. Nie tyle prosta inspiracja medialna, ale sprawdzona dzięki sieci kontaktów i rozmów z Palestyńczykami taktyka.

Wesprzyj #Medium

Zdjęcie, getty images

Pośpiech analityczny, dążący do uspokojenia społeczeństwa, by umniejszyć rozmiar ataku i siłę terrorystów, niczemu dobremu nie służy. Sprowadza to na nas jeszcze większe kłopoty, kiedy nie potwierdzona w żaden sposób pewność tego, co się stało, przysłania wnioski bez poświęcenia im należytej uwagi.

Oczywiście i my, i oni gramy o podobną stawkę, ale różne efekty są spodziewane. Jak głosi stare, ale nad wyraz aktualne powiedzonko: akt terroru jest niczym a propaganda wszystkim. Mimo tego nadal potrzebujemy czasu, by dojść do tak banalnego w swojej istocie wniosku: to droga donikąd. Uspokajające banały i szybka reakcja służ podczas ataków łagodzą przecież sytuację doraźnie. To ciągle bardziej udawanie, niż prawda o tym, że panujemy nad sytuacją.

Prawo serii mówi, że „nieszczęścia chodzą parami”. To, że dane zdarzenie powtarza się częściej, niż byśmy się spodziewali, to nic niezwykłego – czyt. nasze medialne zjednoczenie, ich sukcesy militarne.

Terroryzm, teraz już powszedni, po raz kolejny od czasów lewackiego terroru lat 70 wszedł do mainstreamu, zbanalizował się do granic możliwości. Nie stał się mniej groźny, bo wyimaginowanie jednostkowy. Przeciwnie – przez życzeniowe myślenie i takie samo podejście – daje mu siłę i władzę.

Urzędnicy i analitycy ignorujący terroryzm kreowany zza szklanego ekranu i przekonujący nas, że najbardziej zagraża nam terroryzm przenoszony z Syrii i innych miejsc Bliskiego Wschodu, popełniają błąd. W Europie ciągle więcej mamy ducha ISIS zaszczepionego w głowach ludzi żądnych wojny i bezmyślnej przemocy niż czynnych bojowników. Co nie znaczy, że z czasem się nimi nie staną. Rozwiązaniem nie jest wzrost inwigilacji, czy polowanie na muzułmanów, ale monitorowanie osób, które w przeszłości już miały problemy przez zbytnią ekspresję poparcia dla skrajnych ruchów (prawicę też należy w to włączyć).

Dżihadyści na Zachodzie nie byli i nie będą nigdy „romantykami” w świętej wojnie, ku której prowadzi samoświadomość, wynikła z samej faktycznej wiary. Święta trójca globalizacji: mało transparentny Internet, ale otwartość dyskusji tamże i łatwy dostęp do wiedzy to potężna władza dla samozwańczych demiurgów chcących wziąć losy świata w swoje ręce.

I tak, dopóki świat nie potraktuje poważnie zagrożenia wynikającego, nawet nie z cyberterroryzmu, ale terroryzmu kreowanego w epoce cyfrowej, będziemy nadal łatwym, bojącym się nie tego kogo trzeba, celem. Ten duch ciągle bardziej drzemie, niż działa, ale z pewnością nie jest samotny. Jest podłączony do internetu i jeśli zechce – zaatakuje. Po raz kolejny skutecznie.


Zdjęcia użyte w artykule pochodzą z portalu www.flickr.com

The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.