Mordercza logika (nie-zaistniała) w obronie życia poczętego

Z ogromnym zainteresowaniem przysłuchiwałem się debacie sejmowej nad projektami ustaw o „ochronie życia poczętego” oraz o „obronie życia i zdrowia nienarodzonych dzieci poczętych in vitro”. Naprawdę chciałem usłyszeć i zrozumieć ich argumenty. Wiem, że przekonania osób pro-life są inne od moich, wiem że wyrastają na gruncie innych wartości, ale jakoś tak, empatycznie, chciałem żeby im się udało… powiedzieć coś, co ma logiczny sens.

Drżałem o to nawet i powtarzałem sobie w duchu za nimi ich zdania, ściskając kciuki i wspierając, jak mama syna na szkolnej akademii.
Bo gdyby im się udało to, uff… to oznaczałoby, że mamy z kim i o czym rozmawiać. Bo jeśli zrozumiałbym ich tok rozumowania, mógłbym z nimi polemizować. Co ja mówię. Mógłbym skrytykować wnioski i pozwolić by skrytykowano moje. A wreszcie, mógłbym nawet uznać, że się w czymś nie zgadzamy, ale potrafimy zrozumieć.
Widzisz więc, drogi czytelniku, że motywacje moje mimo, że egoistyczne, były też romantyczne.
Niestety, poległem.

Problemem tej tak zwanej „konserwatywnej” strony sporu jest niezdolność do formułowania logicznych wniosków, opartych na podstawie przesłanek.

Co w tym artykule postaram się pokazać.
Ale najpierw zacznijmy od… terminologii.

Rozumowanie przez zaprzeczanie – czyli problem kierowcy nie-trzeźwego

Zgoda, co do stosowanej w danym obszarze terminologii podstawowych pojęć, jest kluczowa, jeśli chcemy wejść w jakąkolwiek polemikę z dowolnym adwersarzem. Problem pojawia się wtedy gdy przy rozmowie o regułach dzielenia, nasz rozmówca uznaje liczbę trzy za cztery, a zero za siedem (czyli w pewnym sensie zbiór pusty za pełny).
Tak samo jest w przypadku zaprzeczeń. Rzeźba nie-wykonana znaczy tyle i dokładnie tyle, że rzeźba ta nigdy nie zaistniała (zbiór w pewnym sensie pusty zatem). Gol nie-strzelony świadczy tyle i dokładnie tyle, że gola tego nie było. Zdjęcie nie-zrobione to zdjęcie, którego nie ma i nigdy nie było. Dziecko nie-narodzone to dziecko jakie (zbiór pusty czy pełny)?
No, z dzieckiem powiecie, to jest tak, że ono już tam częściowo jest – to nie sprawa zero-jedynkowa. To kiedy ona, ta sprawa, wynosi zero? A kiedy 0,1? Umówmy się co do terminologii. I tu jest szkopuł, bo zadanie powyższego pytania prowadzi nas do polemiki na logiczne i/lub oparte na wiedzy argumenty. A tu chodzi o coś innego.

Z zaprzeczaniem przymiotników odczasownikowych jest pewien problem – rzeczownik do nich dodać można właściwie w każdym momencie i w dowolny sposób, definiując zupełnie nowe zjawiska.
Rzeczownik „dziecko” plus przymiotnik „nienarodzone”? Proszę bardzo, nie ma problemu. Umówmy się, że oznacza coś, co istnieje od momentu poczęcia. Ten sam rzeczownik plus przymiotnik „niezapłodnione” (ładne połączenie prawda?) niech oznacza plemnika od momentu wytryśnięcia.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Dziecko „niewytryśnięte” jest w konsekwencji wszelkim czymś tam od momentu rozpoczęcia spermatogenezy. „Niezamierzone” dziecko to byt istniejący od (kluczowego) momentu pierwszej randki, a „niewpadnięte na to, że w ogóle o coś chodzi” istnieje od naszego własnego urodzenia.

Piękne! Generalnie wszyscy jesteśmy czymś „nie”.
Ja na przykład jestem prezydentem nie-wystartowanym (choć chciałbym mieć te same prawa w kwestii zaprzysięgania sędziów Trybunału Konstytucyjnego). Mój przyjaciel jest gwiazdą rocka nie-wyćwiczoną, spotkał się bowiem z kumplami na jednej jedynej próbie (choć kłócił się co do nazwy zespołu). Pies mój był pierwszym na świecie mówiącym psem nie-prawdziwym (a szkoda). Wujek mój jest przeważnie kierowcą nie-trzeźwym (i ostentacyjnie domaga się swoich praw – kierowcy – a jakże!)
Ten potencjał „nie” to potęga! Choćby w kwestii wywołania epidemii zombie (nie-zaistniałej, oczywiście).

Zatem ustalmy o czym mówimy. Bo ja na przykład skręcam się i zwijam z żalu gdy słyszę o dodawaniu rzeczownika „dziecko” do wszystkiego co się rusza (lub niekoniecznie rusza) i proponowaniu mi „rozmowy” na ten temat. Zapadam w infinite loop.

To jest trup – czyli dowód z wiary

Wyobraźmy sobie taką oto sytuację. W 2021 roku poseł Marcin Małecki wraz z partią Godność Rodziny zgłasza projekt ustawy „O prawie rodziny do godnego pogrzebu”, w której to ustawie widnieje taki oto zapis: §1 Jeśli pacjent się nie rusza to znaczy, że jest martwy.
Na mównicę wchodzi poseł Kosiniak-Kamysz z PSL (dość już podstarzały) i mówi:
– Klub PSL nie będzie miał w tej kwestii dyscypliny partyjnej. Kwestia bowiem tego, czy pacjent jest martwy czy nie, jest kwestią wiary i własnego sumienia posłów.
Tadam! Bęc! – chciałoby się zakończyć.
– Co za bzdury! – powiesz – Przecież każdy lekarz wie, że pacjent nie jest martwy! Tak nie można!!
No właśnie. I tu się pojawia mój problem. No bo na jakiej to podstawie lekarz stwierdzi, że pacjent żyje? Osłucha go? Zbada puls? A może zrobi EEG – badając czy u pacjenta występują fale mózgowe wskazujące na czynności mózgu?
Ech. Wszystko to niestety metody naukowe.

I klops. Bo Poseł Małecki, zgodnie z dobrymi tradycjami posłów wielu wcześniejszych kadencji, odrzuca wszelkie dane naukowe, upierając się, że skoro on w to wierzy, to to dowodzi prawdziwości jego argumentacji. Więcej nawet. Zapytany, a skąd on tak wierzy, dlaczego właściwie i jak? Czemuż to twierdzi, że pacjent „nieruszający się” to jest trup, odpowiada: „to tajemnica wiary”.

No nie da się z tym gościem rozmawiać.
Na szczęście wszyscy wiemy przecież, że pacjent „nieruszający się”… ale zaraz skąd wiemy?
Klops.

Dlaczego ten powyższy przykład wydaje nam się tak absurdalny?
Nie dlatego, że nie wierzymy by coś takiego się stało, bo nie znamy możliwości i poziomu szaleństwa posła Małeckiego. Nie. Dlatego raczej, że w kwestiach stwierdzania zgonu ciała nikt nam nie przetrącił w dzieciństwie kręgosłupa logicznego. Nikt nas ideologicznie nie urabiał.
Tymczasem w kwestiach ożywania, a jakże, hulajdusza, ktoś ciągle sączył nam od dziecka wyobrażenia o nieśmiertelnej duszy, która pojawia się (pstryk!) w momencie poczęcia (co miało tą samą wartość dowodową jak bajki o pewnej starej babie latającej na miotle). Ktoś ciągle odpowiadał na słuszne i logiczne pytania dziecka:
– „A kiedy sama dusza się rodzi zanim się „pstryknie”?
– „To tajemnica wiary!” – Tak jakby to był jakiś argument.
W kwestiach ożywania zatem, wpojono nam system nielogicznych i nie mających podstaw twierdzeń.
…Chociaż, jak tak się dobrze zastanowić to, wiadomo przecież, że chomiki i świnki morskie po śmierci idą do nieba (ale tylko te, które miały szczęście umrzeć, jak byłeś dzieckiem).
Wszystko powyższe zrobiono, nam dzieciom, zanim osiągnęliśmy wiek, w którym stajemy się zdolni do samodzielnego, logicznego myślenia.
Zobacz mój wykład na ten temat tutaj:
https://www.youtube.com/watch?v=fL7_N6Nit6Y&feature=youtu.be
Argument z wiary to argument z d. – przepraszam, że się wyrażam.  Argument z „tajemnicy” to argument z jeszcze głębszych miejsc – zapytajcie każdego specjalisty od logiki.

Argument z etykiety – czyli (złośliwe?) rozumowanie przez analogię

Przychodzi Zosia do przedszkola i mówi:
– A ja mam w domu tygrysa!
– Co masz? Co masz?? – pytają z niedowierzaniem dzieci.
– Mam tygrysa. Prawdziwego! Wczoraj skoczył i zjadł moją siostrę! (no, tu wiemy, że Zosia trochę koloryzuje)
– No coś, ty – śmieją się dzieci – nie możesz mieć w domu tygrysa! Jak masz to pokaż!
– Proszę – tu Zosia wyjmuje zdjęcie, na którym widnieje piękny pręgowany kot domowy.
– No ale to przecież kot!! – wybuchają dzieci.
– Nie. Tygrys. – upiera się Zosia – Wczoraj byłam z mamą w ZOO i widziałam. Tam był taki sam tylko, że większy.
Zatrzymajmy się tu.
Uśmiechasz się pobłażliwie? Myślisz sobie „no tak, dzieci tak mają, gdy są małe”?
Tak. Mają tak.
Kot i tygrys mają kilka cech wspólnych – choćby podobne miłe futerko, sposób poruszania się, i wielkie fajowe opuszki palców w sam raz do całowania (no tak, zagalopowałem się).

Posiadanie jednej lub kilku podobnych cech nie jest jednak argumentem mówiącym o identyczności. Takie rozumowanie to rozumowanie przez analogię. Błąd logiczny, który popełniają dzieci w wieku trzech lat.
Czy jednak poseł Marek Jurek jest dzieckiem w wieku trzech lat? Co poseł Marek Jurek ma na myśli mówiąc, że usuwanie płodu, który jest uszkodzony i nie przeżyje po urodzeniu (o ile się w ogóle urodzi) jest powrotem do Eugeniki?

Wracając do idei tego artykułu wyrażonej na jego początku: naprawdę próbowałem szanownego pana posła zrozumieć. Naprawdę chciałbym być w stanie z nim porozmawiać. Ale trzyletniemu dziecku można co najwyżej powiedzieć „tak kochanie, to twój ukochany tygrys, idź już spać”.
Ale staram się i nadal nie rozumiem. Być może naiwny jestem wierząc, że szanowny pan poseł Marek Jurek nie mówi tego złośliwie. Nie przytacza wyciągniętej z tego samego miejsca co „argumenty z tajemnicy” etykiety „eugenika” i nie szasta nią po to, żeby zwyczajnie nas zastraszyć. Żeby właśnie uciąć jakąkolwiek możliwość dyskusji, którą ktokolwiek zechciałby z nim podjąć. Bo ja się na przykład nie piszę na zabawę „w przerzucanie”. Dość już za mnie tego robi była (równie szanowna) premier Ewa Kopacz.

Drobne wsparcie dla autora

Więc starałem się, uwierzcie mi. Próbowałem mu jakoś pomóc. Szeptałem pod nosem „no dawaj, dawaj, powiedz coś sensownego, teraz, jedziesz z argumentem…” Ale niestety. Nie udało się.
Myślicie że się naśmiewam? Że jestem zacietrzewiony? Nie. Ja naprawdę chcę z kimś móc porozmawiać (poza psychiatrą, tak wiem).

Siódemka ma prawo do bycia liczbą parzystą – argument z przyrodzonych praw.

Śmieszne, prawda? Nie no przecież nie można nadać prawa siódemce…
Nie, nie. Nie rozumiemy się. Ja żadnego prawa nie nadaję. Twierdzę raczej, że takie prawo owa siódemka ma. Ona je ma i basta. Dlaczego? Bo ma. A dlaczego ma? Bo ma.
No co za bzdury!
Zatem skąd się biorą prawa?
Mnie nie pytaj. Ja jestem tylko nędznym psychologiem. Musielibyśmy zapytać filozofa prawa, albo dobrze wyedukowanego w historii prawa, prawnika. Wiem jednak jedno, że te „prawdy”, mówiące o tym, że ktoś ma do czegoś prawo, ustanawiają ludzie – zwykle z jakichś powodów.
Czekałem więc na te powody. Usilnie nasłuchiwałem. – Dowiem się – myślałem – dlaczego zarodek prawo „ma”.
– No przecież odpowiedź jest prosta! – powiesz – Wszak zarodek to człowiek.
O! I wreszcie mamy o czym porozmawiać. Teraz tylko – bardzo cię proszę – nie użyj argumentu z… „tajemnicy”, a z pewnością nasza rozmowa będzie pasjonująca i… miła.

Każde życie musi być chronione – no… tak mniej więcej

No, to nie jest problem z niezdolnością do sensownej rozmowy. To raczej uwierająca mnie jak kamień w bucie kompletna niekonsekwencja. Błąd logiczny wykraczający poza tu i teraz.
Bo jeśli mówię, że każdy ma prawo do obrony koniecznej to nie oznacza przecież „a nie, pan jest rudy, panu to prawo nie przysługuje”. Brzmi podle prawda?
Z obrońcami życia jest jakby inaczej. Są niby tymi obrońcami, ale tak jakby nie za bardzo. To znaczy bardzo są, ale nie za bardzo bardzo. Wiem, że to pogmatwane.
Dla mnie też to jest trudne, gdy ktoś chroni prawa zarodka do życia, a w duszy ma głębokiej cielaczki, świnki i koniki idące na ubój. Co ja tam wymyślam, psy i koty też ma gdzieś. No dobrze zejdźmy z przyrównywania paru tysięcy komórek do całkiem rozwiniętych ssaków. Zaprzęgnijmy do równania duszę – tak na chwilę.
Jak dużo praw w tym równaniu mają choćby zgwałcone kobiety? Czy widać u tych osób troskę o dzieci niepełnosprawne (kiedy ostatnio podwyższono nędzny zasiłek dla ich rodzin?) lub osoby stare. Może walczą – ci sami ludzie – o byt bezdomnych?
No chyba, że ja się domyślam czegoś nadmiernie w słowie „życie”. Być może popełniam tu błąd logiczny? Nie przeczę. To z pewnością błąd nadmiernych oczekiwań.

No i jak widać, nic z tego nie wyszło. Córcia na akademii pomyliła tekst, synek beczał jak śpiewał. Zaciskanie kciuków nie pomogło. Wiem, mama jak swoje to kocha i dalej przysięga, że było pięknie. Ja mam tu jednak problem, bo to ani moje, ani mamą nie jestem.
Klops.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +22, liczba głosów: 32)
Loading...

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Jerry Lai