Przez pseudo-katechetów typu Terlikowski tysiące ofiar molestowania milczy

A gdyby tak spojrzeć na molestowanie jako na chorobę wieku dziecięcego? Chorobę bardzo groźną, gdyż trudną do wykrycia i zostawiającą głębokie rany – czasem trwałe kalectwo. Gdybyśmy podeszli do molestowania epidemiologicznie i spróbowali opracować przesiewowe metody wykrywania tej choroby? Przy skali zjawiska właściwie należałoby zapytać, czemu ciągle nie mamy takich metod!? Może winni są zatwardziali ideolodzy w stylu Terlikowskiego?

Moje dzieci nie dostaną edukacji seksualnej ani ode mnie, ani od szkoły. Jeśli szkoła będzie próbowała taką wiedzę im przekazać, to je z niej zabiorę – mówi człowiek, który mieni się etykiem. Znany szerzej jako Terlikowski – czyli fałszywy i samozwańczy kaznodzieja polskiej sceny publicznej.

Przypominam sobie te słowa z przerażeniem i zastanawiam się, z czego mogą wynikać? Czy z zaślepienia, skrajnej nieodpowiedzialności, która każe Terlikowskiemu stawiać wyżej własne fantazmaty nad rzeczywistością, czy też z krótkowzrocznej i szkodliwej strategii politycznej? Gdyby Terlikowski miał jedynie wpływ na swoją rodzinę i swoje dzieci, mógłbym im co najwyżej współczuć, ale Terlikowski ma wpływ na kształtowanie postaw całego społeczeństwa, które idzie za nim sądząc, że to droga do Boga. Jest więc Terlikowski niebezpieczny, a jego ofiarami są dziesiątki tysięcy molestowanych w Polsce dzieci, które przez działania takich ludzi jak on nie mają żadnych narzędzi obrony przed dorosłymi.

Opowiem „etykowi” Terlikowskiemu o ośmioletniej Agnieszce. Otóż traf chciał, że gdy Agnieszka przygotowywała się do swojej pierwszej Komunii Świętej, do kuchni, w której uczyła się paciorków, wszedł jej ojciec i zamknął drzwi. Powiedział, że tak jak Ojca w Niebie tak i jego trzeba słuchać we wszystkim – jak Boga. Następnie zmusił ją do odbycia pełnego stosunku płciowego – innymi słowy bezlitośnie ją zgwałcił. Później gwałcił ją regularnie przez lata, tłumacząc, że to wyraz miłości i że wszyscy tak robią, a w miarę upływu czasu, gdy Agnieszka robiła się starsza, że jeśli komuś powie, to zostanie wyśmiana, a rodzina zniszczona. Skąd miała wiedzieć mała Agnieszka, że to, co się z nią dzieje jest złe, skoro jej ojciec mówił, że dobre?

Jak pan, panie Terlikowski myśli, dlaczego Agnieszka nie poszła do nikogo, żeby się poskarżyć na ojca, żeby poszukać pomocy?

Powiem panu. Otóż Agnieszka próbowała zakomunikować otoczeniu, co z nią robi tata, ale nie miała odpowiednich słów. Zamiast nazwać rzeczy po imieniu, zaczęła się okaleczać, pisała wiersze pełne metafor śmierci i ciemności, wycofała się, zamknęła w sobie i myślała o samobójstwie. Mało tego, Agnieszka zwracała się do rówieśników i do nauczycieli ze skargą, ale zamiast powiedzieć po prostu: tata odbywa ze mną stosunki, mówiła: tata jest dla mnie niedobry. Zamiast mówić: tata mnie gwałci, mówiła: tata się tak dziwnie porusza. Agnieszka nie znała słowa molestowanie. Nie wiedziała, że to coś, co w nią ojciec wkłada to penis i że to jest gwałt. Nikt jej tych słów nie przekazał.

 

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

betlej pay pal

Może to pana zainteresuje, bo to będzie w tej opowieści najtragiczniejsze – ojciec Agnieszki zachowywał się dokładnie tak, jak pan: był osobą pobożną, bardzo religijną, rodzina Agnieszki regularnie chodziła do kościoła, w którym dziewczynki stały w czystych sukienkach. Ojciec Agnieszki – jako człowiek pruderyjny – dokładnie tak samo jak pan postanowił, że ani on, ani szkoła Agnieszce wiedzy o seksualności człowieka nie przekaże. Agnieszka pamięta, że próbowała pytać rodziców o „te sprawy”, ale ojciec odsyłał ją z kwitkiem, mówiąc, że – uwaga! – jest na to jeszcze za mała! Za mała, żeby o tym rozmawiać, wystarczająco duża, żeby z nią to robić. Co pan na to, panie Terlikowski? Czyż pana to nie bawi? Być może gdyby dać ojcu Agnieszki ogólnopolskie łamy prasowe, byłby równie zaciekłym przeciwnikiem edukacji seksualnej w szkole, co pan.

Dziś Agnieszka jest dorosłą kobietą i ma odwagę mówić o tym, co ją spotkało. Ma też słowa. I wie pan, co mówi? Otóż mówi, że dopiero w szkole poznała słowa, które pozwoliły jej nazwać po imieniu jej krzywdę. I dopiero dzięki tej wiedzy udało jej się przerwać horror. Poprosiłem ją o komentarz do pana słów zacytowanych powyżej i wie pan, co powiedziała?

Agnieszka Pajurek: Odmawianie dzieciom edukacji seksualnej jest niemoralne! I skrajnie nieodpowiedzialne. Jeśli dzieci nie będą wiedziały od małego to nie będą miały obrony. Edukacja jest potrzebna, żeby dzieci wiedziały, co się z nimi dzieje. W ogóle nie rozumiem podejścia pana Terlikowskiego. Czy to nieświadomość, czy to głupota, czy ma jakiś interes w tym?

Słowa Agnieszki stawiają pana, niby-etyka, w kłopotliwym świetle.

Na blogu niechcetego.blogspot.com pojawiają się ciągle nowe historie dzieci molestowanych przez opiekunów. Jak pokazują badania takich dzieci są w Polsce dziesiątki tysięcy. Ocenia się, że nawet dwie na dziesięć dziewczynek i jeden na dziesięciu chłopców ma doświadczenie złego dotyku. Wiele osób z tym doświadczeniem mówi, że u nich w rodzinie, tak jak i w pańskiej, nigdy się o „tych sprawach” nie rozmawiało.

Zastanawiam się, skąd bierze się pana głupi sprzeciw wobec edukacji i sądzę, że może on wynikać z pańskiego braku edukacji w tym zakresie. Zapewne w pana domu nie mówiło się o „tych sprawach”. Wychowali pana zwyczajni, porządni ludzie, którzy uważali, że o tym się nie mówi. Kiedyś tak było. Zakładam, że był pan zdrowym chłopcem, więc zaczął się pan onanizować w wieku dwunastu lat i musiał się pan z tym kryć po kątach. W religijnym domu „marszczenie Freda” musiało u pana wywołać potężne wyrzuty sumienia. Musiał pan być przerażony, że może zostać nakryty przez mamę, która była dla pana święta. Słowa księdza, który uznawał onanizm za straszny grzech wzmagało w panu poczucie winy, a dodatkowo słyszał pan, że od masturbacji wysycha rdzeń kręgowy, ślepnie się i rosną włosy między palcami. Seksualność zaczęła się panu kojarzyć z występkiem, z ukrywaniem się, ze wstydem, z niezdrowym podnieceniem, gdy kolega przyniósł „zdjęcia gołej baby”, oraz z nerwową masturbacją, po której zawsze miał pan poczucie winy.

Wychodząc z takiej perspektywy rzeczywiście trudno sobie wyobrazić, żeby dziś ktoś miał przyjść do szkoły i pokazywać pana synom, jak się masturbować. Trudno zaakceptować, żeby jakiś obcy facet czy baba miała z pańskimi córkami rozmawiać o pochwie i prezentować banany jako rekwizyty penisa. Na to nie będzie pana zgody.

Tyle tylko, panie Terlikowski, że to myślenie jest wyjątkowo niedojrzałe, całkowicie błędne i ma swoje korzenie w pańskim młodzieńczym masturbacyjnym zawstydzeniu. Edukacja seksualna nie jest promocją masturbacji, ale ważnym elementem profilaktyki zagrożeń.

Seks to przyjemność, sposób cementowania więzi i płodzenia dzieci, ale seks to także potężne, trudne do kontrolowania namiętności oraz istotna sfera przestępczości i przemocy. Myślę, że pan to rozumie. Może łatwiej by się było panu zgodzić na edukację seksualną w szkole, gdyby zrozumiał pan, że edukacja dzieci w zakresie seksualności człowieka ma je nauczyć, jak unikać zagrożeń, jak rozpoznawać własne potrzeby i mądrze nimi sterować, tak by nie krzywdzić innych. Edukacja seksualna może też być użyta jako narzędzie do wczesnego wykrywania ofiar molestowania.

Przedstawię panu dylemat moralny do rozstrzygnięcia:

Dowiaduje się pan, że w szkole podstawowej 15% dzieci cierpi z powodu molestowania. Nie wie pan jednak, jak te dzieci odróżnić od innych. Ma pan wybór: nie interweniować i zostawić sytuację bez zmian, jako że seks to prywatna sprawa tych dzieci i ich opiekunów, lub też wprowadzić do szkoły edukatorów seksualnych, których zadaniem będzie stopniowe zdobycie zaufania dzieci i wychwycenie tych, które mogą cierpieć z powodu molestowania.

Co pan zrobi?

Przed tym pytaniem stoi dziś Polska.

W niedzielę telewizja TTV wyemitowała kolejny odcinek mojego programu Betlejewski Prowokacje, w którym badam reakcje przypadkowych ludzi na nieoczekiwane sytuacje. Tym razem postanowiłem zbadać, jak dorośli radzą sobie z rozmowami o seksie z dziećmi. Wniosek jest raczej smętny: albo unikamy tych rozmów, odsyłamy dzieci bez odpowiedzi, nie mamy właściwych słów lub ironizujemy. Rzadko zdarzają się ludzie, którzy zwyczajnie i spokojnie potrafią odpowiedzieć na pytania. A te pytania się pojawiają, gdyż są zupełnie naturalne. Sądzę, że ten stan rzeczy wynika właśnie z tego, że i nas, dorosłych, nikt o seksie nie uczył. Ten stan zawdzięczamy tępemu uporowi takich ludzi jak pseudofilozof Terlikowski.

My, Polacy, znamy podstawowe fakty – wiemy, że dzieci są w Polsce molestowane. Nie robimy jednak nic, by tym dzieciom pomóc. Czy to jest sytuacja, którą można nazwać właściwą moralnie?

Może zamiast sprzeciwiać się edukacji – co już samo w sobie brzmi jak średniowieczna postawa – powinniśmy uznać edukację seksualną za ratunek dla dzieci prześladowanych, oraz ważny sposób kształtowania postaw antyprzemocowych?

Spójrzmy na molestowanie jak na chorobę, która dotyka dzieci – chorobę okrutną i trudno wykrywalną. Dzieci miewają szkorbut, świnkę, polio, ale dotyka ich też molestowanie. Wiemy, że u 10%, czy nawet 15%, dzieci występuje ta straszna choroba, która może powodować trudne do zagojenia rany i poważne komplikacje w życiu dorosłym. Czyż naszym zadaniem nie powinno być niezwłoczne zastosowanie programu wychwytywania dzieci dotkniętych tą chorobą i poddanie ich leczeniu?

Postuluję wprowadzenie przesiewowych badań molestowania w całej populacji dzieci w wieku szkolnym. Potrafimy przesiewowo badać słuch. Czy nie moglibyśmy zacząć badać molestowania?

Gdyby sobie wyobrazić, że edukacja seksualna to nie zajęcia z trzepania kapucyna nad rozkładówką playboya, tylko budowanie zaufania pomiędzy wychowawcą a dzieckiem w rozmowie o sferach seksualnych, przełamywanie wstydu i poczucia winy, oraz oswajanie dziecka ze słownictwem pozwalającym wyrażać emocje i opisywać zjawiska, wtedy może nagle zmienia nam się spojrzenie. Może zyskujemy pole do przeprowadzenia przesiewowych badań molestowana w sposób delikatny i nieinwazyjny. Aż strach pomyśleć, ile dzieci moglibyśmy uratować.

Gdybyśmy potrafili rozmawiać z dziećmi na temat seksu, pokazywali dzieciom, że nie ma się czego wstydzić, oraz że są dorośli, którym można zaufać, wtedy wiele z molestowanych dzieci potrafiłoby poprosić o pomoc. Gdybyśmy uczyli je mówić, wiele z nich potrafiłoby przerwać zmowę milczenia trwającą wokół ich koszmaru. Wydaje mi się, że jest to bardzo chrześcijańskie zadanie.

Wesprzyj autora Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +129, liczba głosów: 139)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z publicznego Facebooka pana Tomasza Terlikowskiego