Szklana klatka dla różowej księżniczki. List do redakcji

Kobieta szczęśliwa ma faceta. Gdy rodzi dzieci zapomina o pracy, siłowni, makijażu, wypadach w góry. Karmi cycusiem i skupia się na mlecznej wyspie. Smutne, że młodzi ludzie ciągle uznają te podziały, schematy, stereotypy – pisze nasza Czytelniczka w odpowiedzi na tekst Agnieszki Stupkiewicz-Turek „Śmierdzące jajo. Od urodzenia aż do śmierci”.

Szanowni Państwo,

Z dużym zainteresowaniem przeczytałam tekst Agnieszki Stupkiewicz-Turek „Śmierdzące jajo. Od urodzenia aż do śmierci”. Niestety, ze smutkiem, muszę przyznać autorce rację.

Jestem matką. Młodą matką – bo od niedawna. Starą matką – bo urodziłam parę lat po 30-tce. Bliźniaki, więc spotykam się z pytaniami, czy są z in vitro. O ile dla lekarza ten fakt może mieć znaczenie, o tyle nie rozumiem, dlaczego przypadkowe osoby chcą grzebać w mojej macicy i okolicznościach zapłodnienia.

Gwoli ścisłości – z in vitro nie są. Mają ojca, z którym nie jestem. Więc spotkałam się na placu zabaw z pytaniem: „Czy to pani wina?”. Bo przecież bycie samą, musi być „winą”, nie wyborem. Musi być nieszczęściem, bo kobieta szczęśliwa ma faceta. Bycie szczęśliwą bez faceta nie jest możliwe. Dlatego kobiety pocieszają samotne koleżanki: „Nie martw się, jeszcze znajdziesz tego jedynego”. Nie pocieszają: „Nie martw się, będziesz szczęśliwa czy znajdziesz, czy nie”.

Moje dzieci to bliźnięta, różnej płci. Ubieram je na przemian oboje na niebiesko, oboje na różowo, oboje na biało, oboje na czarno. Co słyszę? „Ty tak serio ubierasz chłopca na różowo, czy to jednak dziewczynka?” „Pomyliłaś dzieci i dlatego tak go ubrałaś?”. Bo przecież chłopiec różowy być nie może, nie i już. Nawet jeśli ma kilka miesięcy. Czytam: „kupię karuzelę dla chłopca”, więc zapytałam, czym się różni od dziewczęcej. Odpowiedź: „nie chcemy różowej”. Widzę zasłonki w samochodziki z kreskówki: „zasłonki dla chłopca”. Co ciekawe, w tradycji chrześcijańskiej to niebieski, kolor maryjny, jest przypisywany kobietom. Ale co o tym mogą wiedzieć rzesze „dorywczych” katolików, których religijność często ogranicza się do ślubu kościelnego w ciąży, chrztu, oraz do stwierdzeń, które słyszę: „Nie chrzcisz dzieci? A co będą robiły w szkole, gdy inne będą uczyć się kolęd?” Bo zaiste, w tym sedno wiary.

Wesprzyj #Medium

Czasem zaglądam na fora dla matek. Przepraszam – dla „mam”. Mamuś”. „Brzuchatek”. Nie ma for dla „matek”. Odkąd zajdziesz w ciążę i urodzisz dzieci, masz być „mamusią” dla całego świata. Karmić „cycusiem” i swoim „mleczkiem”. Przebywać z dziećmi „na mlecznej wyspie”. „Cycolimy się” a potem bawimy „zabaweczkami”. „Obiadki” z „marcheweczką” „zjemy” bo „mamy 6, 7, 8 miesięcy”. MY. Nie: moje dziecko ma 6 miesięcy. My mamy. My chodzimy. My śpimy. Czasem nie rozumiem niektórych zdań, gdzie pierwsza osoba liczby pojedynczej przeplata się z liczbą mnogą. Właściwie kto co jadł i kto ma ile zębów – dziecko, czy szczerbata matka.

Bo po urodzeniu dzieci, nie jesteś już samodzielną jednostką. „Jak możesz balować na siłowni?” –słyszę. „Masz czas na sport?” „Na makijaż?” To nic, że zawsze miałam makijaż i czas na to. To nic, że zawsze chodziłam na siłownię. Gdy w ciąży, leżąc, mówiłam, że marzę o powrocie na siłownię, słyszałam: „Odechce ci się, zobaczysz, że wszystko się zmienia”. Gdy nic się we mnie nie zmieniło i wreszcie minęło 6 tygodni po cesarce, więc radośnie mówiłam, że wracam, słyszałam: „Ale to już? No chyba jeszcze nie teraz”. Bo po co. Powinnam skupić się na „mlecznej wyspie”, nie na sobie.

Jakie słyszę komplementy? „W ogóle nie widać, że masz dzieci”. To ma znaczyć – dobrze wyglądasz. Czytaj: matka wygląda źle. Bo jest matką. Spełniła swoje posłannictwo, rozmnożyła się, nie musi się starać. A raczej musi, ale żeby sprzątać i gotować. Przerażają mnie ostatnio rozpowszechniane na portalach społecznościowych „złote” myśli z peanami na cześć KOBIET, które „pracują” w domu. Kobiet. Nie osób zajmujących się wyłącznie domem. Kobiet. Podkreślanie, że to też praca. Bo u osób aktywnych zawodowo, zajmowanie się domem, to nie praca. Pewnie przylatują ptaszki jak do disnejowskiej księżniczki. No właśnie, księżniczki, która nie ma charakteru, a jest po prostu ładna i czeka na swojego księcia. A czekając sprząta, choć z pomocą zwierzątek.

Gdy mówię, ze chcę szybko po urlopie macierzyńskim wracać do pracy, słyszę, że jestem porzucającym dzieci potworem bez serca i nie chcę się poświęcać. Bo właśnie to jest sednem: poświęcenie, dla męża, dla dzieci. Nie, nie chcę się poświęcać. Chcę się realizować. Być szczęśliwa. Z dziećmi. Nie poświęcać się im, ale rozwijać, razem z nimi.

Smutne jest to, że młodzi ludzie, którzy teoretycznie powinni już wiedzieć, że nie płeć determinuje nasz los, ciągle uznają te podziały, schematy, stereotypy. Ciągle żyjemy pod presją bycia „seksowną” na rozmowie kwalifikacyjnej, na co dzień, w pracy, w domu. Czy mężczyźnie ktokolwiek mówi, że ma być ponętny, sexi? Nie, on ma być profesjonalny, elegancki. A kobieta…? Ma być „kobieca”. Pani premier, na najwyższym urzędzie w państwie, ma być kobieca. Więc dostała broszkę. Bez niej, pewnie rządziłaby gorzej i wyglądała zupełnie inaczej. Czy ktoś sobie przypomina jakiekolwiek zmiany image’u mężczyzn –polityków, aby dodać im „męskości”?

Uwielbiam samotne wypady w góry, ale i tu dowiaduję się, że nie powinnam, bo „kobieta jest domatorką, a mężczyzna lubi przestrzeń”. Pewnie dlatego potem nie umie wstawić pralki, bo jej bęben to przestrzeń ograniczona. Tłumaczę koleżankom, które skarżą się na mężów-leni: pranie to żadna filozofia, zamiast urabiać sobie ręce po łokcie, powiedzcie mężowi, żeby je zrobił. (Tak, mężowi. Nie wiem, dlaczego, ale osoby w związkach partnerskich rzadziej skarżą się na takich nierobów). Nie, bo on źle wkłada kolory. Tym bardziej bym powiedziała, żeby każdy prał swoje rzeczy. Jak mu kilka razy zafarbują, to się nauczy. Ale nie, nie, „to już ja wolę sama”. Zrobić wszystko za męża i za synka. Wychować kolejne pokolenie niebiescy kontra różowe. Pan i władca kontra usługująca księżniczka.

Dużo mówi się o szklanym suficie. Mam jednak nieodparte wrażenie, że wiele kobiet w ogóle w górę, na ten sufit, nie patrzy. Zamykają siebie – i chcą zamknięcia innych kobiet – nie pod szklanym sufitem, ale w szklanej, bo już nawet nie złotej, klatce.

 

Imię i nazwisko autorki do wiadomości redakcji.