Wyplenianie komucha! PiSowskie praktyki dekomunizacji

https://www.flickr.com/photos/paszczak000/

Niedawne wejście w życie tzw. „ustawy dekomunizacyjnej „autorstwa Prawa i Sprawiedliwości rozpaliło na nowo tlący się od 1989 r. spór o znaczenie polskiej polityki historycznej. Nie od dziś wiadomo, że mało co rozgrzewa tak umysły Polaków, jak spór o historię i jej dziedzictwo. Niestety histeria, jaka ogarnęła w tym przypadku zarówno prawą jak i lewą stronę sceny politycznej kolejny raz pokazuje jak niska jest świadomość historyczna elit oraz ogółu społeczeństwa.

W świetle podpisanej przez Prezydenta Andrzeja Dudę ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 roku o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, samorządy dostały 12 miesięcy na zmianę nazw o charakterze komunistycznym. Jeśli nie podołają zadaniu, podjęcie decyzji będzie leżało w kwestii wojewody. Ten zaś po zasięgnięciu opinii Instytutu Pamięci Narodowej wyda zarządzenie zastępcze. Tyle brzmiącej sensownie teorii. Wszak w naszych miastach wciąż można spotkać ulice poświęcone Armii Czerwonej lub postaci wątpliwego bohatera, jakim był Karol Świerczewski.

Niestety, w świetle debaty na temat dekomunizacji ulic, mamy coraz częściej do czynienia z absurdami przeplatanymi ignorancją historyczną. Prym w tym zakresie wiodą przeważnie działacze PiS, którzy wraz z wejściem ustawy postanowili rzucić się w wir oczyszczenia przestrzeni polskich miast nie tylko z pozostałości po dawnym systemie, ale i z wszelkich pamiątek związanych z przeszłością ruchu lewicowego w Polsce. Retoryka szeroko pojętej dekomunizacji od wielu lat jest jednym z filarów obozu prawicy pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego.

Lustracja, likwidacja przywilejów osób wywodzących się z dawnego obozu władze, okrzyki „precz z komuną” wznoszone podczas wielu uroczystości, to tylko niektóre z zabiegów stosowanych przez polską prawicę. Zabiegi te mają na celu nie tylko odciągnięcie uwagi opinii publicznej od realnych problemów, ale i wytworzenie poczucia świadomości mocnego podziału społeczeństwa na dobrych i tych złych, czerpiących garściami z dorobku dawnego systemu. Atmosfera paranoi wytworzona wokół debaty nad dekomunizacją ulic jest jednym z przykładów prób wpływania na opinię publiczną.    

Wystarczy przytoczyć zaledwie parę faktów z ostatnich tygodni. W Poznaniu jeden z młodych radnych PiS argumentował zmianę patrona placu noszącego imię Ludwika Waryńskiego podkreślając, że opowiadał się on za stroną socjalistyczną, nie zaś niepodległościową. Natomiast burmistrz Łochowa w kujawsko-pomorskim uważa Waryńskiego za postać rodem z PRL. Trudno zdecydować, co bardziej czyni z Waryńskiego komunistę w uznaniu prawicowych polityków. Być może jest to wykorzystanie jego postaci przez PRL- dla przykładu – na banknotach stuzłotowych lub zaangażowanie w działalność ruchu robotniczego w okresie zaborów. Tego samego ruchu, którzy przedstawiciele podczas demonstracji wznosili transparenty Precz z wojną i caratem! Niech żyje wolny polski lud!

Inną postacią, która nie podoba się prawicy jest Stefan Okrzeja, bojownik Polskiej Partii Socjalistycznej, powieszony za działalność antycarską na stokach Cytadeli Warszawskiej w 1905 r. W tym przypadku uznawanie go za jeden z symbol minionego ustroju kłóci się m.in. z przyznaniem mu przez prezydenta Ignacego Mościckiego Krzyża Niepodległości z Mieczami oraz Orderu Odrodzenia Polski. Wątpliwie komunistycznie zabarwiony jest również fakt przyjęcia jego postaci na sztandary przez 28 Dywizję Piechoty Armii Krajowej. Dla współczesnych dekomunizatorów, Okrzeja to zwyczajny symbol dawnego systemu będący „czerwonym pachołkiem” lub najwyżej pejoratywnym „lewakiem”. Warto pamiętać, że właśnie do mitu II Rzeczpospolitej i Polskiego Państwa Podziemnego tak chętnie odwołują się dziś przedstawicieli polskiej prawicy. Przypominanie, że przedstawiciele tych dwóch bytów podziwiali dokonania Stefana Okrzei spotyka się z nerwowym uśmiechem lub grobową, kłopotliwą ciszą.

Absurd goni kolejny absurd. W Gdyni podejrzani są „Czerwoni Kosynierzy” – ochotniczy oddział złożony z mieszkańców tego miasta, stawiający bohaterski opór Niemcom we wrześniu 1939 roku. Być może niechęć dekomunizatorów budzi słowo „czerwoni”, w końcu wszystko, co zabarwione tym kolorem w ich ocenie przesiąknięte musi być komunizmem.  W Pile prezydent Piotr Głogowski proponuje konsultacje społeczne dotyczące zmiany nazwy m.in. ulicy Bolesława Limanowskiego. Prezydent wywodzący się z szeregów Platformy Obywatelskiej najwyraźniej przespał parę lekcji historii, na których powinien dowiedzieć się o Limanowskim choćby tyle, że ten nestor polskiego socjalizmu po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku zasiadał w Sejmie i Senacie, a na przykład w 1934 roku,  z rąk władz Uniwersytetu Warszawskiego otrzymał tytuł doktora honoris causa. Tylko te parę faktów powinno zapalić u trzeźwo myślącego człowieka ostrzegawczą lampkę w związku ze stawianiem takiej postaci na równi ze zbrodniarzami komunistycznymi. Niestety, u wielu wykształconych i inteligentnych przedstawicieli polskich elit politycznych tak się nie dzieje.

Wesprzyj #Medium

Gorzko zabrzmi stwierdzenie, że przez 26 ostatnich lat państwo polskie nie wypracowało odpowiednich mechanizmów, które skutecznie mogłyby zapobiec takim zdarzeniom. Działalność Instytut Pamięci Narodowej, mającego w założeniu stać na straży rzetelnego kultywowaniu historii naszego kraju poddawana jest coraz większym naciskom ze strony polityków. Jednak nawet w środowisku prawicowych historyków odzywają się głosy rozsądku, że nie należy wrzucać wszystkich przedstawicieli lewicy na przestrzeni ostatnich 150 lat do jednego worka. Podkreślają to nawet dyżurni historycy obozu rządzącego jak prof. Antoni Dudek i prof. Jan Żaryn. Niestety ich głos ginie w pędzie dekomunizacji, która ma na celu kolejny raz obrzydzenie ogółowi obywateli pierwiastków socjalnych i wszelkich ideałów związanych z lewicą, szczególnie tą przedwojenna i niepodległościową. Trudno wymagać od szarego obywatela znajomości meandrów historii Polski. Winę za to ponoszą m.in. poprzednie rządy, dla których polityka historyczna była raczej kulą u nogi, a dbanie o dobry i rzetelny program nauki historii w szkołach zajmował ostatnie miejsce w szeregu priorytetów. Cieszą jednak oddolne inicjatywy podejmowane przez mieszkańców różnych miast. Wystarczy wspomnieć np. o kampanii Łapy precz od Dąbrowszczaków, która postawiła sobie za cel przywrócenie pamięci o polskich żołnierzach walczących, jako pierwsi z faszyzmem podczas wojny domowej w Hiszpanii.

Najwyższy czas, żeby środowiska lewicowe w Polsce przestały się wstydzić własnej historii i zaczęły czerpać z bogatej tradycji przedwojennych.

Już Jan Józef Lipski pisał o tym w swoim głośnym eseju „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy” na początku lat 80. Można mieć nadzieję, że inicjatywy takie jak te podjęte wokół ulicy Dąbrowszczaków w Warszawie staną się papierkiem lakmusowym do działań na rzecz przywrócenia rzetelnej debaty nad dorobkiem naszej trudnej historii. W innym wypadku będziemy mieli do czynienia z takim zawłaszczaniem polityki historycznej, jak dzieje się to przy okazji wejścia w życie tzw. „ustawy dekomunizacyjnej”. Barejowska schizofrenia, jaką obserwujemy przy okazji ostatnich wydarzeń, w którymś momencie może przestać śmieszyć. Tylko wtedy bitwa o kształtowanie rzetelnej pamięci historycznej będzie już przegrana.

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Kamil Porembiński
The following two tabs change content below.