Dlaczego wojna w Syrii to tragedia, która nie ma końca?

https://www.flickr.com/photos/imcomkorea/

Syryjska wojna domowa będzie trwać nadal, z powodu ciągnących się represji, rosnących podziałów, upadku Iraku, ogromnego udziału sił zewnętrznych oraz dramatycznej przeszłości.

Tekst powstał na podstawie artykułu jest Atul Singh. 

Przekładu dokonał Jędrzej Jaxa-Rożen. 

25 września Samantha Power, ambasador USA przy ONZ, emocjonalnie powiedziała, że “to, co Rosja wspiera i robi [w Syrii] to nie są działania antyterrorystyczne; to barbarzyństwo.” W poprzednim wydaniu The World This Week napisałem, że zawieszenie broni w Syrii nie potrwa długo. Jednak nie spodziewałem się, że rozwój sytuacji będzie tak nagły.

Od samego początku kruchemu rozejmowi zagrażały ciągłe walki, a uczestnicy porozumienia przerzucali się oskarżeniami. 19 września w ataku na skład Syryjskiego Arabskiego Czerwonego Półksiężyca oraz konwój humanitarny ONZ w Aleppo zginęło ponad dwudziestu cywili. USA oskarżyły o to Rosję, podczas gdy ta ostatnia głośno zaprzeczała, jakoby to ona ponosiła odpowiedzialność.

ONZ określiła atak na konwój jako “gorszący, barbarzyński i najwyraźniej zamierzony.” Stephen O’Brien, koordynator pomocy humanitarnej, powiedział: “Jeżeli ten brutalny akt okaże się celowym wyszukiwaniem pracowników pomocy humanitarnej, będzie to zbrodnia wojenna.” Jednak mimo całego swojego oburzenia ONZ zawiesiła wszystkie konwoje z pomocą dla Syrii.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Konflikt w Syrii nie słabnie, kraj nadal spływa krwią. Bomby, kule, rakiety, moździerze, tortury, egzekucje, poniewierka i głód to obrazy dnia powszedniego. Zawieszenie pomocy humanitarnej tylko pogłębi dramat tej sytuacji. Brutalność walk w Syrii jest tak duża, że jedynym sposobem uratowania życia jest ucieczka.

Przed wybuchem wojny domowej ludność Syrii liczyła 22 miliony. Według ONZ, od marca 2011 zginęło ponad 250,000 ludzi—inne szacunki wahają się między  400,000470,000—a ponad milion zostało rannych. Jednocześnie około 4,8 miliona ludzi uciekło z kraju, a dalsze 6,5 miliona zostało uchodźcami wewnętrznymi. Jest to największy kryzys uchodźczy na świecie.

Syryjska wojna domowa to katastrofalny i niezwykle skomplikowany konflikt. Według Roberta Mardiniego, dyrektora Międzynarodowego Czerwonego Krzyża na Bliski Wschód, “setki zbrojnych ugrupowań, niezliczone linie frontów o lokalnych, regionalnych i międzynarodowych wymiarach” oraz zbyt wielu sponsorów uruchomiły “tsunami cierpienia.”

Co właściwie się tam dzieje?

Aby zrozumieć teraźniejszość, musimy zanurzyć się w przeszłość. Niecałe sto lat temu tereny, na których leży dzisiejsza Syria, były częścią imperium osmańskiego. Mimo wzajemnych uprzedzeń, zazdrości i rywalizacji w miarę pokojowo współżyli tam szyici, sunnici, wyznawcy kościoła syryjsko-prawosławnego, greckiego kościoła prawosławnego, asyryjskiego kościoła katolickiego, chrześcijanie-maronici, Ormianie, Kurdowie i Żydzi.

Do XIX wieku Imperium Osmańskie osłabło i władza przesuwała się na poziom prowincji. Później nadeszła I wojna światowa i Ottomanowie dołączyli do przegranego obozu państw centralnych. Lawrence z Arabii wspierał arabskie powstania, a przy stole dyplomatycznym Mark Sykes i François Georges-Picot z werwą zajmowali się podziałem tureckich włości. Jednak po zwycięskiej wojnie obietnice arabskiej niepodległości bardzo szybko zostały zapomniane i zastąpiła je władza mocarstw – Anglii i Francji. Miejsce dotychczasowej nieruchawej administracji lokalnych notabli zajęła scentralizowana władza stolic nowo utworzonych krajów. Dominacja elit, które objęły władzę w stolicach zapoczątkowała trwający po dziś dzień łańcuch przemocy.

W wydaniu The World This Week z maja 2015 napisałem, że obserwujemy bliskowschodnią wersję wojny trzydziestoletniej. Ta pierwotna zakończyła się pokojem westfalskim, który utwierdził rozciągający się na cały świat system nowożytnych państw. Dziś niewielu ludzi dostrzega, że bieżące konflikty w Iraku i Syrii podważają samą istotę westfalskiego systemu.

John Feffer, guru polityki zagranicznej, niedawno zauważył w Fair Observer że “wiele państw trzyma się niemal tylko na napięciu powierzchniowym” i wystarczy kropla, aby ta fasada prysła. Wskazał, że nacjonalizmy i religijne ekstremizmy wprowadzają we współczesny świat podziały i chaos. Posunął się nawet do twierdzenia, że Syria jest koszmarem grożącym wielu państwom, ponieważ to, co ją rozrywa, może okazać się zaraźliwe.

Z całą pewnością komentarz Feffera o napięciu powierzchniowym w przypadku Syrii brzmi prawdziwie. Kiedy Francuzi w 1946 rezygnowali z kolonialnej władzy, kraj łączyło niewiele poza wolą jego autorytarnych władców. Jeden zamach stanu gonił kolejny. Syryjscy przywódcy próbowali nawet w1958 połączenia kraju z Egiptem – bolała ich bowiem przegrana z Izraelem w 1948 i obawiali się rosnącej siły komunistów, a w tym czasie akcje egipskiego prezydenta Gamala Abdela Nassera stały wysoko. Przeciwstawiając się Anglikom i Francuzom podczas Kryzysu Sueskiego w 1956, Nasser stał się bohaterem całego arabskiego świata.

Nie trzeba dodawać, że Zjednoczona Republika Arabska nie przetrwała długo. Nasserowska centralizacja władzy i dominacja Egipcjan nie poszły w smak syryjskiej generalicji. Zakaz funkcjonowania partii politycznych zniszczył dotychczasowy syryjski pluralizm i zwiększył ryzyko wojskowego przewrotu. W 1961 rzeczywiście do niego doszło i unia się rozpadła. Od tamtej pory Syria miała istnieć jako niezależne państwo.

Kolejny zamach stanu w marcu 1963 wyniósł do władzy partię Baas, której miejscowi działacze powtarzali tym samym lutowy przewrót w Iraku. Partia Baas wierzyła w nacjonalizm, socjalizm i pan-Arabizm, ale rzeczywistość rządów okazała się bardzo różna od wyznawanych przez partię ideałów.

W łonie partii istniało wiele podziałów. Jak u bolszewików, i tam toczyła się wewnętrzna walka o władzę, a wkrótce nawet partia miała się doczekać własnego Józefa Stalina. Syryjskim Stalinem został Hafez al-Assad, który władzę uzyskał po dobrze zorganizowanym puczu w 1970. Jak jego sowiecki odpowiednik, Assad pozostał przy władzy do śmierci. Jednak w odróżnieniu od Stalina pozostawił po sobie faktyczną monarchię, gdzie cała władza pozostała skupiona w rękach jego rodziny.

Na ironię zakrawa, że zarówno Hafez al-Assad jak Saddam Hussein byli baasistami pochodzącymi z mniejszości narodowych. Pierwszy był alawitą rządzącym krajem w większości sunnickim, drugi był sunnitą z klanu Tikrit, rządzącym krajem w większości szyickim. Obaj najbardziej ufali członkom własnych klanów i odpowiednio obsypywali ich zaszczytami. W rzeczywistości pomimo całej socjalistycznej retoryki obaj przywódcy władzę sprawowali jak bossowie sycylijskiej mafii, zamierzając ją przekazać tylko własnym synom.

Tak jak Saddam stosował tortury, morderstwa, więzienia i nawet broń chemiczną, aby utrzymać w ryzach opierające się grupy w rodzaju Arabów z Niziny Mezopotamskiej czy Kurdów, również Assad brutalnie eliminował przeciwników swojego reżimu. Za największe zagrożenie uznał Bractwo Muzułmańskie, a atak na Akademię Artylerii w Aleppo z 1979 roku dał mu idealny pretekst do działania.

Rifaat al-Assad, brat Assada przez lata wystawnie mieszkający w “alei kradzionych pieniędzy” w Paryżu, popierał politykę eksterminacji. Co ciekawe, inspirował go nie kto inny, jak właśnie Stalin. Po próbie zamachu na Hafeza al-Assada, Rifaat uderzył mocno. Przeprowadził masakrę w więzieniu Tadmur, z zimną krwią mordując od 500 do 2000 więźniów politycznych. Od tamtej pory reżim Assada prowadził planową politykę likwidacji przeciwników, gdzie byle donos wystarczył aby kogoś uwięzić, torturować i zabić. Nie szczędzono przy tym kobiet i dzieci.

W 1982 islamiści urządzili w Hamie zasadzkę na oddział wojska i ogłosili wezwanie do powszechnego powstania. W odpowiedzi reżim w ciągu 27-dniowej kampanii wymordował od 10 do 40 tysięcy ludzi za pomocą lotnictwa, obracając miasto w gruzy. Zdziczałe psy jeszcze przez kilka miesięcy żywiły się ludzkimi zwłokami. Tragedia Hamy złamała kręgosłup oporu, po niej władza jeszcze bardziej wzmocniła swoje panowanie, oplątując kraj gęstą siecią tajnych agentów i kreując wokół Assada kult jednostki.

Kiedy Irak wpadł w tarapaty po inwazji na Kuwejt w 1990 roku, Assad nadal się umacniał. Wspierał Palestyńczyków, interweniował w Libanie i prężył muskuły wobec Izraela. Jego władza była tak absolutna, że jej przejęcie przez syna przebiegło bez najmniejszych zgrzytów.

Początkowo wyglądało, że Bashar al-Assad ma łagodniejszy charakter niż jego ojciec. W roku 2000 zwolnił 600 więźniów politycznych. W 2001 zdelegalizowane dotąd Bractwo Muzułmańskie ogłosiło, że wznawia działalność polityczną. W tym samym roku wizytę w Syrii złożył papież Jan Paweł II. Podobnie zrobił skryty katolik Tony Blair, szukając syryjskiego wsparcia dla wojny z terrorem.

Miodowy miesiąc nie potrwał jednak długo i wkrótce Syria ponownie znalazła się w niełasce. Stany Zjednoczone nałożyły na nią sankcje, a Izrael uderzył na palestyński obóz pod Damaszkiem. Kiedy w 2005 zamordowany został premier Libanu Rafik Hariri, syryjska armia musiała podwinąć ogon i wycofać się z Libanu. Jednak przywódcy nie zrezygnowali ze swoich ambicji i w 2008 Syria powróciła na scenę, ustanawiając nawet z Libanem stosunki dyplomatyczne, po raz pierwszy od niepodległości. W 2009 w Damaszku ruszyła giełda i wyglądało, że dynastia Assadów jest nie do ruszenia.

W rzeczywistości pomimo pozorów siły reżim Assada stąpał po kruchym lodzie. Dziesiątki lat represji zrodziły resentyment. Ludzie mieli dość władzy otwarcie stawiającej lojalność ponad kompetencję. Fatalna jakość usług publicznych, powszechna korupcja i wysokie bezrobocie dodatkowo powiększały niezadowolenie. Kiedy w 2011 wybuchła arabska wiosna, Syryjczycy wyszli na ulicę.

Nieomal odruchową odpowiedzią reżimu było wysłanie wojska. Tym razem jednak ludzie odpowiedzieli zbrojnie. Wraz ze wzrostem przemocy podziały nabrały religijnego zabarwienia. Po latach wykluczenia sunnici chwycili za broń, aby zrzucić dominację alawitów. Chrześcijanie, szyici i inne mniejszości najczęściej niechętnie, ale jednak poparły reżim Assada. Kurdowie nie oglądając się na nikogo zaczęli tworzyć autonomiczną przestrzeń zarówno w Syrii, jak i w Iraku.

Syryjski chaos stał się wybawieniem dla Państwa Islamskiego (PI). Organizacja ta powstała w Iraku po zniszczeniu kraju przez amerykańską inwazję. Przesiąknięta ideologią i niekompetentna administracja Busha rozmontowała iracki aparat państwowy, zastępując go wspieraniem wybranych grup. W rezultacie szyci, którzy teraz doszli do władzy, uznali że to dobra okazja, aby wziąć rewanż na sunnitach, tworzących kręgosłup reżimu Saddama. I to właśnie pośród tych sunnitów PI znalazło największe poparcie, stopniowo przenosząc się na teren Syrii.

Brutalność PI wkrótce przesłoniła stosowanie broni chemicznej przez reżim Assada. W swoich początkach Państwo Islamskie nie było aż tak krwiożercze. Sunnickie potęgi jak Arabia Saudyjska, Kuwejt i Turcja skrycie sprzyjały tej organizacji. Kiedy Assad wspierał się na Iranie i Hezbollahu, PI podczas natarcia na Kobane korzystało z bezczynności tureckich czołgów.

Wraz z intensyfikacją wojny domowej gwałty, tortury, obcinanie głów, ataki na szpitale i bomby beczkowe stały się codziennością. Strony konfliktu prześcigały się w okrucieństwach. Zawierano i zrywano rozejmy, podobny los spotkał porozumienia pokojowe.

28 lutego znęcałem się nad fałszywymi przesłankami i życzeniowym myśleniem jednego z takich porozumień. Jak Neville Chamberlain, dyplomaci pracujący nad nim ogłosili zawarcie “pokoju w naszych czasach” wciąż trzymając się westfalskiego dogmatu państwa z kolonialnymi granicami. Nawet pobieżny rzut oka na dowolną mapę pokazująca terytoria kontrolowane przez różne grupy jasno pokazuje, że w przypadku Syrii, Iraku i nawet Libanu granice nie mają dziś znaczenia. Jak wtedy napisałem, “naiwne linie na piasku zostały zmyte przez burzliwą falę krwi.”

Kurdowie nie zamierzają zrezygnować ze swojego de facto niezależnego państwa, które uzyskali po dekadach ucisku. Sunnici raczej nie porzucą idei wspólnoty ponad granicą syryjsko-iracką. Mniejszości jak alawici, izmaelici i chrześcijanie raczej niechętnie będą widzieli sunnicką dominację w demokratycznej Syrii. Odwrotna sytuacja jest w Iraku, gdzie amerykańska z ducha konstytucja napisana przez harvardzkiego eksperta od żydowskiego prawa nie zyskała oszałamiającej popularności.

W syryjskim konflikcie mamy teraz wiele zazębiających się współzależności. Państwo islamskie walczy nie tylko z zaprzysięgłymi nieprzyjaciółmi jak iraccy szyici i Kurdowie, ale również z innymi dżihadystami jak skoligacona z Al-Kaidą Jabhat al-Nusra. Zbrojne ugrupowania się mnożą, a ich interesy, przekonania i cele są trudne lub wręcz niemożliwe do pogodzenia.

Co więcej, w syryjskie sprawy nadal ingerują zewnętrzni gracze z Rosją na czele. Syria była do niedawna rosyjskim sojusznikiem i prezydent Rosji Władimir Putin, były pułkownik KGB, jest zdecydowany nadal wspierać swojego jedynego sprzymierzeńca na Bliskim Wschodzie. Iran i Arabia Saudyjska kontynuują swoje zaangażowanie. Ostatnio również Turcja dołączyła do zamieszania, wnosząc niejasne idee i mgliste plany. A w międzyczasie wujek Sam drapie się w głowę i nie może się zdecydować, co właściwie ma zrobić.

Jak każdy widzi, sytuacja w całym regionie jest tragiczna. Nic dziwnego, że w tej sytuacji Syria wydaje się być skazana na wojnę domową przez lata.

Wesprzyj autora Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: 0, liczba głosów: 8)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Morning Calm Weekly New