Jaka piękna katastrofa

https://www.flickr.com/photos/alexwhite/

Wiadomo, że decyzja Brytyjczyków o wyjściu z Unii Europejskiej, podjęta w czerwcowym referendum, będzie brzemienna w skutki. Mimo, że od feralnego głosowania minęły już cztery miesiące, wciąż nieznana jest pełna skala katastrofy. Niektórych szkód nie da oszacować a priori. Szczególnie tych dotyczących utraty wpływu na świecie, w kontaktach ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami, państwami UE czy wspólnoty Commonwealth’u. Inne straty dadzą się łatwo skalkulować. Szczególnie te wymierne – wyrządzone brytyjskiej gospodarce. 

Izolacjonizm, groźna tendencja, mająca odwrócić bieg globalizacji, już daje pierwsze efekty: wrogość wobec imigrantów czy wzrost nacjonalizmu. Można łatwo zatrzasnąć drzwi przed uchodźcami czy pracownikami z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak po latach braku jednolitej wizji rozwoju gospodarczego Zjednoczonego Królestwa, które jest uzależnione – jak nigdy dotąd – od międzynarodowych korporacji i kapitału zagranicznego, trudno będzie przeciąć więzy finansowe. Wielu popleczników Brexitu łudzi się, że splot relacji biznesowych świata i Wielkiej Brytanii jest na tyle silny, iż mimo wyjścia nie zmieni sytuacji ekonomicznej kraju. Zwolennicy pójścia samotną drogą chcieliby mieć ciastko – zamknąć granicę przed wszystkim co obce i zjeść je – chroniąc dostęp do wspólnego rynku dla brytyjskich produktów. Nietrudno zgadnąć, że taka kalkulacja jest z góry skazana na porażkę.

O przykłady nietrudno. Na początku września szef Niemieckiej Izby Handlowej, Eric Schweitzer zagroził, że z powodu niepewności co przyszłej drogi, obranej przez Brytyjczyków, wiele planowanych inwestycji na Wyspach, zostanie wstrzymana lub odwołana. Również rząd japoński wysłał ostrzeżenie pod adresem Zjednoczonego Królestwa i Unii Europejskiej. W razie opuszczenia przez Wielką Brytanię ram Wspólnoty, japońskie instytucje finansowe przeniosą się na kontynent, aby zapewnić sobie dostęp do rynku europejskiego. Znamienna była też reakcja prezydenta Obamy, który na szczycie G20 w Hangzhou przyznał, że wiele amerykańskich inwestycji w Wielkiej Brytanii będzie musiało być przejrzane na nowo w obliczu Brexitu. Nie ma wątpliwości, że nowy lokator – a raczej lokatorka – Białego Domu, podziela w tym zakresie zdanie ustępującego.

Nie tylko władze państwowe czy administracyjne przestrzegają Brytyjczyków przed opuszczenie Unii Europejskiej. Lista korporacji przemysłowych i instytucji finansowych jest znacznie dłuższa. Otwierają ją dominujące w londyńskim City amerykańskie i europejskie bank inwestycyjne. Ostrożne szacunki dziennika Financial Times mówią, że Londyn jest odpowiedzialny za 20% przychodów światowego sektora finansowego. Tak zwane „twarde’ wyjście Wielkiej Brytanii (bez taryfy ulgowej – póki co najbardziej prawdopodobna opcja) będzie kosztować budżet kraju 40 miliardów funtów przychodów, 10 miliardów utraconych podatków oraz 75 000 miejsc pracy. Tsunami może się przetoczyć również przez sektor przemysłowy. Połowa japońskich inwestycji w Unii Europejskiej skupiona jest na Wyspach. Koncerny samochodowe: Nissan, Honda czy Toyota traktowały do tej pory montownie w Zjednoczonym Królestwie jako przyczółek do ekspansji na europejskim rynku. Czy istnieje jakiekolwiek racjonalne tłumaczenie dla dalszego podtrzymywania ich działalności w obecnych lokalizacjach, jeśli wspólny rynek będzie zamknięty dla produkcji „made in UK”?

Wielka Brytania od lat jest uzależniona od inwestycji zagranicznych, które uzupełniają słabości rodzimych instytucji finansowych. Jak ładnie ujął to w słowa Mark Carney, kierujący Bankiem Anglii, Zjednoczone Królestwo musi polegać na „uprzejmości obcych” (ang. kindness of strangers), aby zasypywać deficyt handlowy – 5,2% PKB w roku 2015. Powód zależności jest banalny. Wielka Brytania nie jest w stanie sprostać światowemu popytowi na swoje produkty. Udział kraju w światowym eksporcie spadł od lat 80-tych XX wieku z ponad 5 do 2,6%, osiągając wielkość generowaną przez sześciokrotnie mniej liczną populację Belgów. Największym ciosem dla gospodarki okazał się okres Wielkiej Recesji oraz spowolnienia, które nastąpiło po niej. Zjednoczone Królestwo utraciło wówczas najbardziej liczące się rynki zbytu w szybko rozwijających się państwach tak zwanego BRIC: Brazylii, Rosji, Indii oraz Chin. Uszczerbku nie da się uzupełnić w szybkim tempie. Miejsce Brytyjczyków i to mimo dewaluacji wartości funta o 20%, zajęli: Koreańczycy, Japończycy, Niemcy, a nawet Włosi.

Uzależnienie do zagranicznych funduszy ulokowanych w sektorze finansowym i produkcyjnym utrzymuje gospodarkę kraju na powierzchni, mimo że wskaźniki są najgorsze spośród państw z grupy G7. Zagrożenie Brexitem przekreśla lata tworzenia zachęcających warunków, i dobrej atmosfery, dla światowych inwestycji. W dobie globalizacji przeniesienie hal fabrycznych trwa szybko, pieniędzy – mgnienie oka.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Polacy często narzekają na proces prywatyzacyjny lat 90-tych. Trudno uwierzyć, że identyczny problem mieli Brytyjczycy. Zagraniczni inwestorzy przejęli przemysł samochodowy, stoczniowy, komputerowy, stalowy, maszyn precyzyjnych czy chemiczny. Korporacyjne giganty początku XX wieku, perły w koronie brytyjskiego przemysłu, jak Rover czy Imperial Chemical Industries, przestały istnieć. Reasumując Wielka Brytania stało się rywalem dla kontynentalnych konkurentów, dzięki niskim kosztom i taniej sile roboczej. Ważnym przymiotem – szczególnie dla firm amerykańskich – był brytyjski system prawny. Zaś koronnym argumentem – gwarantowany dostęp do wspólnego, europejskiego rynku. Wraz z wystąpieniem z Unii Europejskiej ten ostatni atut traci uzasadnienie.

Podobna rzeź niewiniątek dotknęła sektor finansowy. Giganci, pamiętający jeszcze czasy, gdy nad Imperium Brytyjskim nie zachodziło słońce, po deregulacjach sektora za czasów Margaret Thatcher, zostali wykupieni przez konkurentów ze Stanów Zjednoczonych i kontynentalnej Europy. City zatraciło swój wyspiarski charakter, stając się przystanią dla międzynarodowych drapieżników. Teraz okres prosperity może się skończyć. Jeszcze przed referendum władze Unii Europejskiej, chcąc osłabić pozycję londyńskiego City, próbowały zmienić reguły gry w zakresie usług finansowych, przenosząc ciężar operacji na nominowanych w euro papierach wartościowych do krajów, w których obowiązuje wspólna waluta. W obliczu Brexitu powyższa inicjatywa jedynie zyska nowych zwolenników, co ostatecznie zmusi międzynarodowe instytucje finansowe do opuszczenia Londynu.

Wydaje się zasadnym stwierdzenie, iż prosta chęć ograniczenia emigracji na Wyspy Brytyjskie – za czym faktycznie głosowała większość zwolenników Brexitu – w krótkim czasie doprowadzi do finansowej i przemysłowej katastrofy. Z punktu widzenia stabilności państwa dalsze prężenie muskułów i grożenie przez panią premier Theresę May szybszym wdrożeniem Artykułu 50 nie dodaje punktów w negocjacjach z Komisją Europejską. Tak zwany „hard Brexit”, opcja której z pewnością powinni uniknąć Brytyjczycy, staje się najbardziej realna. Wojna z partnerem handlowym, który pochłania blisko połowę eksportu Zjednoczonego Królestwa, wydaje się czystym samobójstwem. Zagraniczne firmy, ulokowane na Wyspach, czekają na rozwój sytuacji, ale z pewnością przeniosą się do lokalizacji wewnątrz Wspólnego Rynku, gdy sprawy przybiorą zły obrót. Brytyjczycy – jak donosi Guardian czy Independent – powoli dostrzegają grozę sytuacji i szukają europejskich krajów skorych do zaoferowania im swojego obywatelstwa.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 9)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Alex
The following two tabs change content below.
mm
Z wykształcenia ekonomista. Interesuje się sytuacją gospodarczą na świecie ze szczególnym uwzględnieniem Stanów Zjednoczonych, Chin i Indii, jak również problemami największych światowych korporacji. Przygląda się sytuacji społeczno-gospodarczej, interesują go kwestie dochodu podstawowego, nierówności płac oraz równouprawnienia płci. Prowadzi bloga: http://antykruchosc.blox.pl/html