Jedynym rzeczywistym rezultatem filmu Smarzowskiego jest wzrost niechęci polsko-ukraińskiej

wolyn-fot-krzysztof-wiktor-film-it_5773

Po co nam ten film? Dziś, kiedy w Polsce próbuje się odnaleźć milion Ukraińców. Chyba tylko po to, żebyśmy spojrzeli na nich z nieufnością. Film Smarzowskiego nie daje nic więcej.

Wyszedłem z kina i kupiłem sobie coś do picia. Obsłużył mnie młody Ukrainiec – któż inny? ma się wrażenie, że w Warszawie obsługują już tylko Ukraińcy. Spojrzałem na niego z nieufnością. Czy i on wyciągnie siekierę, jak będzie trzeba? Czy i on po cichu wspiera Banderę i skrycie cieszy się, że jego rodacy pogonili Lachów w 1943? Czy powinienem się go bać? A może jego dziadek biegał z siekierą po wołyńskich wioskach?

Otrząsam się z tych myśli szybko, ale moja czujność nie pozwala mi ich nie spostrzec. Przed chwilą widziałem na ekranie ukraińską hołotę mordującą uczciwych Polaków za to tylko, że byli Polakami. Widziałem, jak rozrywali honorowego polskiego oficera końmi. Jak gwałcili polskie dziewuszki, nosząc hitlerowskie insygnia na czapeczkach. Trudno się od takich myśli odgonić. Te myśli zostały mi właśnie wszczepione. I teraz powstaje pytanie: po co? Po co mi to było potrzebne?

Gdybyż jeszcze film Smarzowskiego był arcydziełem, czy czymś zbliżonym… ale to zwykły produkcyjniak. Oglądając go ma się wrażenie, że producent podczepił się pod „ważny temat” historyczny, a całe to gadanie o „ukazaniu prawdy”, o „przywróceniu pamięci o ofiarach” to tylko PRowe zabiegi, by sprzedać więcej biletów. Naprawdę. Chciałoby się, by Wołyń – skoro powstał – nawiązywał choć do jakichś żywych nerwów humanistycznych, jak swego czasu robił to Kanał Wajdy, ale nie nawiązuje. Nie potrafi nawet porządnie stworzyć napięcia filmowego, choć przecież każdy widz wie, że zaraz będzie jatka. Jedyną niewiadomą w tym filmie jest to, czy słodka dziewczyna z blond warkoczykami przeżyje do końca, czy też załupią ją siekierą. Nie załupali.

 

To nie jest słaby film, to jest po prostu film przeciętny. Trzeba oddać sprawiedliwość Jakubikowi, że gra odpowiednio, operatorowi, że właściwie sfilmował, scenografowi, że wszystko stało gdzie trzeba. Ale nic więcej. W „Domu złym” Jakubik był sto razy ciekawszy, a napięcie i emocjonalny skręt dużo wyrazistsze. W Wołyniu to wszystko nie kąsa. Nawet gdy dochodzi do darcia pasów żywcem. Nie ma tu mowy o jakiejś „prawdzie” historycznej, czy „rozliczeniu”, czy „wypełnianiu plam”. Nie ma w tym filmie nic, czego byśmy już nie wiedzieli.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

O, tu chyba leży sedno: film Smarzowskiego nie wnosi nic nowego. Nawet nie rozdrapuje ran, ani ich nie tworzy. Nasz związek z bohaterami jest mizerny – choć przecież chcemy, jako widzowie, jakoś się zidentyfikować z główną bohaterką. Pozostaje ona jednak postacią „wykreowaną” na potrzeby filmu, jest stereotypowa. Nikogo innego nie można się było spodziewać. Może przez te blond warkocze?

Wołyń zaczyna się przydługawą sceną folklorystyczną niczym z Chłopów Reymonta – ale i w tej scenie wszystko jakieś grzeczne, poukładane. Ktoś tam kogoś wreszcie rżnie pod drzewem, ale tylko przez ułamek sekundy – żadnych wykrzywionych wódą ryjów, żadnego rzygania. Bardziej późny Wajda, niż zdegenerowany Smarzowski. Ma się wrażenie, że reżyser Wesela ugiął się pod ciężarem obowiązku. Narodowego.

Trudno się z Wołynia czegoś dowiedzieć. Gdyby oglądał to ktoś w Korei (czyli np. przeciętny gimnazjalista) to nie zorientuje się nawet, co kiedy się działo, oraz gdzie ten Wołyń. W sumie można odnieść wrażenie, że kilku chłopów się pokłóciło. Miałoby się ochotę, żeby chociaż kilka slajdów z power pointa dorzucić, ale nie. „Wizja artystyczna” na to nie pozwoliła.

W końcu i samo mordowanie jakieś nie przekonywujące. Tak, drą jednemu i drugiemu pasy skóry z pleców, obcinają dziewczynie głowę na progu domu, ale to takie orgazmy bez gry wstępnej – jakieś suche. Nie ma w tym porządnego filmowego nabudowania, nie ma zagryzania paznokci i odwracania wzroku, gdyż od początku wiadomo, kto kogo zabije i czym.

I teraz wracamy do pytania: po co? Po co robić takie filmy?

Wiem, że podniosą się głosy, mówiące, że przecież ja też zrobiłem taki projekt pamięciowy „Płonie stodoła„. Rzeczywiście, Stodoła także była rewizjonistyczna – ale dotyczyła naszej własnej, polskiej dyskusji o naszej własnej pamięci/niepamięci. Natomiast Wołyń po raz kolejny ukazuje nas, Polaków, w męczącym świetle „niewinnych ofiar”, które cierpiały od złych. Honorowi, ratujący Żydów i niewinni – oto kwintesencja polskiego panagiryzmu. 

W Syrence (barze do którego chadzam) obsługują Ukraińcy. Tatiana, Masza, Nazar. W Medium Publicznym mamy Walerię i Maxa. W kawiarni, gdzie kupuję poranną kawę mam ślicznooką Ukrainkę, a mieszkanie sprząta mi pani Maria (raz na dwa tygodnie, żeby nie było). W tramwaju słyszę ukraiński, większość prywatnych uczelni w Warszawie utrzymuje się już tylko z ukraińskich studentów. I my im zafundowaliśmy takie coś? Im i sobie. Po co?

No nie przestaje mnie to pytanie nurtować. Czemu ma ta historia służyć? Ktoś powie: sztuka! Sztuka nie musi niczemu służyć. Ale to nie sztuka, właśnie. To rzemiosło artystyczne.

Gdyby to było tak, że Wołyń opowiada nam jakąś historię nieznaną, o której nie wiedzieliśmy. Że usuwa jakąś białą plamę z naszej historii. Gdyby było tak, że robi to w jakiś nowy sposób, że rzuca nowe światło, zadaje jakieś pytania. Ale nie rzuca, nie usuwa i nie zadaje. Gdyby było chociaż tak, że tłumaczy jak krowie na miedzy, co kiedy się zdarzyło, ile ludzi zginęło, gdzie ten Wołyń jest przynajmniej, to może chociaż na lekcjach historii by się ten film nadał. Ale i tego Wołyń nie robi. Gdyby proponował jakiś nowy język filmowy, lub choćby wzruszającą historię ogólnoludzką. Ale nie proponuje. Więc co? Po co?

No i niestety nasuwa się myśl nieprzyjemna. Jest li Wołyń zwyczajnym produkcyjniakiem, który ma sprzedać bilety? Żeruje li Wołyń na resentymentach i nacjonalistycznych nastrojach, by zrobić box office? Czy całe to gadanie dookoła, o tym, jak to reżyser ma w tym osobiste intencje, jest tylko elementem machiny sprzedażowej?

Ta teoria wydaje mi się najbardziej prawdopodobna. Aczkolwiek czuję się paskudnie mówiąc coś takiego.

wolyn-fot-krzysztof-wiktor-film-it_0274
Wolyn fot. Krzysztof Wiktor

I niestety jest jeszcze coś. Coś dużo bardziej niebezpiecznego. To okropne uczucie, że Ukraińcom jednak ufać nie można. Że to w gruncie rzeczy nasi wrogowie tak jak Niemcy, Ruskie i Żydzi. Jak w ogóle wszyscy. Taka sama to dzicz dzika. A kto widzi w lesie dzika ten na drzewo prędko zmyka. Film Smarzowskiego wpuszcza za koszulę padalca wrogości. I ten oślizgły gad tam zostanie.

Jest film Smarzowskiego wiatrem w żagle wszystkich wojennych okrętów w Polsce, za sterami których siedzą nacjonaliści.

I za to mam do Smarzowskiego żal. Nie potrzebuję tego uczucia, nie chciałem go, nie musiałem go w sobie nosić. Ale już je noszę.

Wesprzyj autora Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: -40, liczba głosów: 92)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu oraz te znajdujące się wewnątrz tekstu pochodzą z materiałów udostępnionych prasie na stronie: http://www.forumfilm.pl/download16.htm