Tym razem polityka nie jest moim celem. Mój cel to seks, płatny seks – w Libanie

https://www.flickr.com/photos/kartaba/

Wybrałam Liban – podobno najbardziej postępowy, arabski kraj. Nie chcę umawiać się na randkę. Nie szukam także chłopaka, ani nikogo takiego. Do realizacji planu będzie mi potrzebny jeden autochton ze słabością do blondynek o nieskazitelnym ciele.

Wrzesień w Libanie jest piękny. Estetyczny. Aż do obłędu. Indian summer, ale podgrzewane w wysokiej temperaturze. Nic, tylko cieszyć się życiem i dobrym towarzystwem. Najlepiej bez zobowiązań, najlepiej jednorazowo.

Jest początek września. Dziękuję w duchu Izraelczykom, że w sierpniu byli tak uprzejmi i nie wbili do mojego paszportu stempli, kiedy spędzałam tam wcześniej kilka dni. To definitywnie przekreśliłoby moje plany wobec Libanu. Oba kraje są w nietypowej relacji, którą prawo międzynarodowe i wszystkie dostępne źródła określają fantazyjnie jako „techniczny stan wojny”. Nie ma formalnego traktatu pokojowego, ani żadnej perspektywy na taki dokument w przyszłości. Bo Hezbollah, bo obozy palestyńskie, bo jeszcze świeże rany okupacji, bo wreszcie duma, duma Libańczyka, która nie pozwala mu pierwszemu wyciągnąć ręki.

Tym razem polityka nie jest moim celem. Mój cel to seks, płatny seks. Co i jak. Kto i za ile? Dlaczego? Jak to się robi w miejscu, gdzie na seksualność, mimo globalizacji, ciągle jest tabu.

Cześć, szukacie kogoś nowego do zespołu?

Wybieram najbardziej światowy – taka jest fama – z arabskich krajów, po to by zaoszczędzić sobie nieprzyjemności na jakie byłabym narażona w Egipcie. W tym kraju niedawno konieczność obrzezania kobiet motywowano słabością seksualną mężczyzn. Dlatego właśnie Liban. Nie chcę umawiać się na randkę. Nie szukam także chłopaka, ani nikogo takiego. Mimo tego jeden autochton ze słabością do blondynek o nieskazitelnym ciele będzie mi potrzebny do realizacji celu. Ale zanim zszokuję któregoś ze znajomych lub dopiero poznanych Libańczyków pewnym pytanie, wysyłam kompulsywnie maile do agencji towarzyskich w nadziei, że potrzebują dziewczyn do pracy. Że dla świeżej krwi podburzonej hormonami znajdzie się zawsze miejsce.

Krótkie wiadomości: cześć, znalazłam waszą stroną w Internecie. Moja koleżanka pracowała już wcześniej w Libanie i chwaliła sobie ten pobyt. Przy wysyłaniu wiadomości waham się. Wybrać Polskę czy nie. To nie fala patriotyzmu mnie zalewa, ale zimna kalkulacja. Rezygnuję. Nie będę wychodzić zanadto przed szereg, kiedy nikt o to nie prosi. Bardziej przekonująca będzie Ukraina lub Rumunia. To z tych krajów statystycznie pochodzi większość pań do towarzystwa w Libanie. Plus oczywiście z podupadłych rejonów Rosji, Maroka, Iraku czy obecnie Syrii. Jak mi ktoś zgrabnie później wyjaśni, klienci znad Zatoki wolą komunikację w rodzimy języku. Uśmiecham się sama do siebie i dalej szukam pracy.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Jak założyć burdel w Libanie? Nic prostszego. Prostytucja jest technicznie legalna, ale od 1975 nie wydaje się nowych licencji dla takich przybytków. Wcześniej działały na podstawie prawa z lata trzydziestych. Ale czym byłoby prawo i rzeczywistość dla Libańczyka, gdyby nie dało im, z nieskrywaną satysfakcją, pokazać środkowego palca.

Niepubliczny dom publiczny w Libanie jest klubem, który poprzedza przymiotnik. Wyjaśnieniem niech będzie anegdota. Pewien Amerykanin odwiedzając Liban był w pewnej  okolicy urzeczony mnogością klubów typu: super night club. Uznając nazwę za przejaw prestiżu, cieszył się, że go stać, że może sobie pozwolić, dopóki towarzystwo, w którym się obracał, nie wyjaśniło mu z czym ma rzeczywiście do czynienia.

Burdel w Libanie to również miejsce parające się działalnością kabaretową, gdzie prawdziwe zyski czerpiące ze stręczycielstwa. Tancerki i noce życie, czyż to nie idealna gra wstępna dla brudnego biznesu?

Libańczyka: szukam, poznam

To druga część mojego planu. Potrzebuję kogoś, kto zabierze mnie nie tylko do lokalnej dzielnicy czerwonych latarni, ale także do środka takiego klubu, jeśli nie uda mi się umówić na rozmowę kwalifikacyjną. Potrzebuję kogoś z koneksjami, bywalca, znajomego bramkarza lub właściciela. Kogoś z kim pójdę na drinka, a w międzyczasie rozejrzę się tu i tam, popytam tego i tamtego. I nikt w tym czasie na nas nie zwróci zanadto uwagi. Nie będzie robić problemów, ani mnożyć wątpliwości. Nie zapyta skąd i po co tu jestem.

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że istnieje grupa Libańczyków, którzy tracą miesiące, jeśli nie lata, na portalach randkowych, gdzie znaczna część profili należy do Rosjanek czy Ukrainek. Wszystko to w nadziei, że w końcu będzie taka, która skusi się na wakacje po bardziej wojennej stronie Morza   Śródziemnego i one night stand z burdelu uda się zamienić na pseudo romantyczne wakacje. Z rodaczkami nie jest tak łatwo. Wprawdzie Libanki, a przynajmniej ich część, mocno zainspirowane są estetyką porno, widać to wieczorami w zamożnej części Bejrutu i tamtych klubach, to nijak ten image nie przekłada się na ich decyzje w realnym życiu.

Zbyt obawiają się, że przyklei im się łatkę „puszczalskich”, wybrakowanego materiału na żonę, zdzir. Długie czarne włosy, obcisłe ubrania, makijaże jakby robione według wskazówek ostatnich trendów drug qeens nie mają prowadzić w większości przypadków do łóżka po sobotnim drinku. To ułuda, która kusi, ale podyktowana jest czymś odwrotnym. Ma być drogą do ołtarza. I to konkretnej afiliacji religijnej, najbardziej bliskiej własnej, tej z której pochodzi rodzina. Małżeństwa mieszane, międzywyznaniowe to ciągle ewenement na news niż praktykowany zwyczaj. I jeszcze jedno. Gdyby Libanka (także ewenement, prędzej spotkamy już Palestynkę) została prostytutką i policja aresztowałby ją za taką pracę, pójdzie do więzienia. Owiany złą sławą paragraf 523. Tu nikt z takimi paniami się nie pieści. Cudzoziemka będzie tylko deportowana. Klient zaliczy niemiłą wizytę na komisariacie. Sprawa rozejdzie się po kościach.

Dlatego szukając „pomocy” początkowo liczyłam na liberalność chrześcijan, ale na „randkę” w agencji towarzyskiej idę z kimś innym. Pozory okazują się być złudzeniami, gdy przychodzi do konfrontacji z dość nacjonalistycznymi tutejszymi chrześcijanami, przekonanych o tym, że są „francuskimi” pomazańcami w tym kraju, i za nic nie życzą sobie go szkalować. Ale to połacie chrześcijańskiego Libanu pokryte są siatką burdeli. Hipokryzja nie na darmo jest hołdem składanym cnocie przez występek.

Kiedy Lolita traci pewność

W międzyczasie organizuje sobie rozmowę kwalifikacyjną. Najdłużej mailuję z jedną z pracownic firmy Torosa Siranossiana. Toros Siranossian to libański playboy w starym stylu. Przedstawia się jako obrońca kultury. I to takiej w najlepszym stylu i guście. Wysmakowanej. Podkreśla, że do końca swoich dni będzie służyć państwu. Kulturalnie i artystycznie. Póki co dotrzymuje słowa, jest przedstawicielem branży erotyczno-klubowej przed libańskimi władzami.

Kultury, różnie definiowanej, trzymał się od początku. W latach sześćdziesiątych założył pierwszy artystyczny przybytek, później dopiero postawił na dochodowe burdele. W młodości studiował w Libanie i w Szwajcarii. Marzył o byciu cukiernikiem. Kochał desery. Takie ma formalne wykształcenie. Ciastka i desery pożegnał po powrocie w rodzinne strony. Zajął się innymi słodkościami, „dziewczynkami” na deser. Próbował też sił jako organizator festiwali i grał żarliwego patriotę. Dopóki nie wybuchała wojna domowa starał się sprawdzać do Libanu liczne gwiazdy zagraniczne i pozyskać do współpracy liczące się krajowe artystki. Wojna dla sztuki, tej w alkowie też, była równie bezlitosna i zabójcza co dla ludzi. Siranossian zwinął biznes i jak nomada włóczył się po sąsiednich krajach. Typowy Libańczyk. Iran, Irak, Jordania, Syria. Obywatele tych krajów mogli cieszyć prostą festiwalową rozrywką, którą proponował i wszystkim co przywoził ze sobą. Nie mogło obyć się bez takich tuz jak Feyrouz czy Sabah, tak jak w dawanych latach festiwal opolski nie przeszedłby bez Maryli Rodowicz. Siranossian, jak każda z tych osób, która ma przynajmniej dwie twarze, lubił bywać i pokazywać się. Chętnie chwali się do dziś zdjęciami z Wadih el Safim, już nieżyjącym lokalnym bardem czy Michaelem Slejmanem też już byłym libańskim prezydentem.

Wróćmy do mojej Lolity. Na początek, tak jak do wszystkich, piszę, że jestem zainteresowana pracą. Lolia prosi o więcej szczegółów. Nie piszę niczego odkrywczego. Standard dopasowany do ich oferty „kulturalnej”. Na każde moje wątpliwości Lolita dopytuje, co mam dokładnie na myśli, czy mogłabym doprecyzować mój mail. Może zwyczajnie boi się? Nad libańskim rynkiem prostytucji zebrały się czarne chmury. Problemem nie są braki w kadrze, ale to że starych „dobrych wujków” takich jak patriota Siranossian, wyparli rzutcy stręczyciele bez kulturalnych aspiracji. Bardziej arabskie karczki w stylu nowych Ruskich i to z początku lat 90. Pamiętny skandal, który wybuchł wiosną 2016, kiedy syryjskie uchodźczynie były brutalnie zmuszane do prostytucji, dobitnie to potwierdza. Ostatniego maila od Lolity dostaję w Ammanie. Stamtąd lecę do Bejrutu. Będę improwizować. Czuję, że nic z mojego spotkania nie wyjdzie. Jeszcze wtedy nie wiem, że przeoczyłam istotny szczegół bliskowschodniego życia. Dlatego mail nagle zamilkł na głucho. W Libanie bezpieka zajrzy ci do łóżka, chętniej niż gdzie indziej. Każdego łóżka, bez wyjątku- domowego, hotelowego, klubowego – jeśli będzie taka potrzeba. A zanim to zrobi, wcześniej skrupulatnie zbierze kartotekę z kim w tym łóżku możesz się znaleźć. Szczególnie jeśli korzystasz z płatnego seksu.

Maameltein i mętne wody seks biznesu

Keserwan jest na północ od libańskiej stolicy. Najlepiej wygląda, kiedy patrzy się na nie z oddali, po linię horyzontu, w kierunku wody. W przytłaczającej większości zamieszkany przez chrześcijan maronitów. Znany z francuskojęzycznego i katolickiego uniwersytetu Holy Spirit Kaslik University w Dżuniji z ładnym kampusem, ale nie umywającym się wobec tego, który ma AUB, kurortu Faraja przypominającego nasze Zakopane oraz zagłębia rozrywki i prostytucji. Miejsca tak dla utracjuszy, jak i dla ich biznesu obsługującego tychże.

W parne przedpołudnie stoję kilkanaście metrów od owianego złą sławą hotelu Chez Maurice. To miejsce dramatu Syryjek uwikłanych w handel ludźmi. Toros Siranossian powiedział w chwili szczerości, że Liban to nie kościół. Zaiste. Bywa często domem dla horroru, nie oazą chętnie deklarowanych wartości i religijności.

Hotel, to miejsce więcej niż przygnębiające. Szary, jakby dwupiętrowy budynek, może nawet trzypiętrowy, ma dziwnie niski parter, z częściowo okratowanymi oknami. Nie wiem, czy to zła godzina na wizytę, ale niewiele tu się dzieje. Nieliczni przechodnie odganiają się ode mnie, kiedy próbuję zadać to niemiłe pytanie: czy coś słyszeli, czy naprawdę nic nie wiedzieli? Nie wiedzieli, nie słyszeli. Jakoś kobieta krzyczy na mnie coś, czego nie rozumiem. Chyba za długo kręcę się wokół budynku, by teraz liczyć na gościnność i bezpośredniość, którą zapamiętałam z Bejrutu. To tam chętniej tłumaczy się wszystko cudzoziemcom niczym dzieciom, z nutą wyższości: turyści, pierwszy raz, zaraz się nam pogubią. To prawda. W Bejrucie, ba w całym Libanie, każdy ma swoją prywatną mapę i często trudno trafić, jeśli nie skorzysta się z pomocy mieszkańców. Tak jak nie sposób trawić na wylewność, kiedy paląca jest potrzeba dyskusji, ale większość udaje, że nic znaczącego się nie wydarzyło. Tylko budynek jak zły omen przypomina, że coś jest nie tak. Dziś stoi pusty.

Zostawiam ponure miejsce i wracam w pośpiechu na umówione spotkanie. Spotykam się z dziennikarką Ranią Hamzeh współpracującą również z The Legal Agenda, organizacją monitorującą wydarzenia w świecie arabskim, a dużo częściej nadużycia.

Rania od razu uśmiecha się na moje pytanie o marcowy rajd policji na nielegalne burdele. Mówi, że to co zdarzyło się wiosną, to jakiś finał ponad dziesięcioletniej działalności sutenerów pomiędzy Trypolisem, Dżuniją, a obecną wygodną sytuacją wojny domowej w Syrii, która tylko dostarcza dobrego, taniego i szybko wymienialnego towaru. Może, jeśli chcę, przytoczyć wiele przykładowych historii. Mówi dużo i szybko: o zmuszaniu do aborcji w zaawansowanej ciąży, która jest tutaj jak krwawa rzeźnia, jeśli jesteś biedny. Zabieg w Libanie jest niemal nielegalny i postrzegany jako społeczne tabu. Ale sutenerzy mieli zaprzyjaźnionego lekarza, który skrobał co trzeba i kiedy trzeba, gdy była taka potrzeba. Nie zadawał przy tym zbędnych i niewygodnych pytań. To był przecież intratny biznes.

Ogólnie proceder aborcyjny kwitnie w biedniejszych częściach stolicy, niekoniecznie w profesjonalnych warunkach i nie zawsze praktykowany przez lekarzy. Na luksusy mogą sobie pozwolić dobrze urodzone panienki z burżuazyjnej Aszrafijji, dla nich zawsze znajdzie się miejsce w dobrej klinice w razie wpadki. Ale nie dla zwykłej Libanki, a na pewno nie Syryjki. Cena zabiegu na ciche życzenia, to około 500 dolarów.

Jesteśmy już po jednej aborcji. Może trzeba będzie jeszcze raz skrobać, może nie. Różne były historie. Wróćmy teraz do łóżka. Rania opowiada dalej: jest seks podczas choroby i podczas okresu, a przy tym permanentny braku snu i małym mały dostęp do światła. Nocą się pracuje, w dzień się pracuje, okna pozasłaniane, na dwór się nie wychodzi. Są do tego tortury: za niesubordynację i wchodzenie w paradę swojemu właścicielowi. Ot, taka modna wciąż na Bliskim Wschodzie chłosta, wymierzana za niepomalowane paznokcie lub brak tipów od klientów, które zgarnia sutener. A mówimy o bardzo młodych kobietach, które nie miały więcej niż 3o lat, a często były to 18-latki lub nastolatki. Może ich pierwszy seks to był ten w burdelu-hotelu. Młodsze są zawsze lepsze. Taka jest zasada. Wybrakowanego towaru nikt nie weźmie, a jeśli już, to nie za dobre pieniądze. Nie po to się idzie na dziwki, jeśli cię stać.

Oficjalnie libańskie władze zakazują w kodeksie karnym zmuszenia do prostytucji. Ale to na barki ofiar kładzie się ciężar udowodnienia, że kobieta była zmuszana do sprzedawania siebie. Prawo tutaj jest odzwierciedleniem patriarchalnego systemu, spychającego kobiety na drugi plan. Tak jak w Chinach skazany jest winny, dopóki nie udowodni, że nie jest, tak w Libanie kobieta jest pełnoprawną ofiarą przemocy seksualnej, dopiero wtedy, gdy sama przedstawi dowody. A o to może być trudno, kiedy ci, którzy mają pomagać, jeszcze bardziej szkodzą. Członek libańskiego parlamentu, Elie Marouni, oskarżył kobiety, że to one prowokują gwałty kimkolwiek by nie były, nie daj boże, gdyby były prostytutkami: zbyt krótką spódnicą czy bluzką, która więcej odsłania, niż zasłania. Jego zdania na temat prostytucji nie poznamy. Nie sposób skontaktować się z biurem parlamentarzysty. Nabrał przysłowiowej wody w usta. Lokalne media wychłostały go za tę wypowiedź i nie wypowiadał się od tamtej pory na tematy kobiece.

Organizacja Rani, jako NGO-s, miała bezpośredni dostęp do ofiar tych nadużyć. Te historie, mimo że bywają podobne, są warte poznania. To okruchy wybrane z tysięcy opowieści o współczesnym niewolnictwie. Głos dany kobietom, których już nie chcemy słuchać. Z jej pomocą przeglądam stosy dokumentów.

Nagham na ogórkowej diecie

Od chwili przybycia do Libanu 30-letnia Nagham jadała tylko jeden ogórek dziennie. Wszystko po to, by jak najszybciej dostosować swój wygląd do oczekiwań klientów. Nagham przed przyjazdem do Libanu z Syrii spotyka osobę o inicjałach A.S, który pojawia się jeszcze w wielu opowieściach. Kobieta proponuje jej pracę kelnerki w Dżunji za jakieś 1000 dolarów miesięcznie. To podstęp, by dziewczynę zwabić do burdelu. Ona waha się i prosi o spotkanie z właścicielem owej restauracji. Spotykają się w Syrii i dziewczyna godzi się jechać. Na miejscu scenariusz jest klasyczny. Aż do bólu. Po dotarciu do hotelu mężczyzna, który ją tam zawiózł, informuje ją o prawdziwej naturze nowej „pracy”. Kiedy Nagham nie zgadza się, zostaje dotkliwie pobita. Mięknie. Zanim zacznie przyjmować klientów, je przez jakiś czas tego pojedynczego ogórka, by jej estetyka nie odstraszała mężczyzn i nie powodowała strat w „rozliczeniach” właścicielowi. Aż miną długie miesiące po których policja urządzi rajd na ten przybytek. Wtedy Nagham będzie wolna.

Burdel mama prosto z Rosji

Libańska policja potwierdziła mediom, że aresztowano Rosjankę uwikłaną w sprowadzanie zagranicznych prostytutek do tego kraju. Sprawa jakich wcześniej było tutaj bardzo wiele. Popyt na „blond towar” nie osłabł mimo nowego, bliższego zaplecza z Syrii. Za popytem idzie podaż. Tej nie zatrzyma nikt.

Zrealizujmy w końcu mój plan. Nigdy nie byłam w takim miejscu. Wyobrażenie mam iście filmowe. Pewien „znajomy” przekonuje mnie, że wybrał coś pośredniego miedzy burdelem i ekskluzywnym klubem. Taki trochę klub ze striptizem. Nazwijmy go Jad, imię popularne i nic nie odkrywa. Nikomu nie zrobimy krzywdy.

– No tak, wybrałeś super night club dla mnie – próbuję żartować.

Patrzy na mnie bez entuzjazmu i jeszcze raz próbuje przekonać mnie, że bardziej podobałoby mi się w jakiś normalnym miejscu. Akcentuje jeszcze słowo normalny i idziemy.

– Nasz wypad będzie tajemnicą – puszczam mu oczko, żeby się nie rozmyślił.

– Tak, tylko wydrukuje go polska gazeta – ripostuje szybko.

Klub jest elegancki, ze sznytem modernizmu, takiego jednak za średnie pieniądze. Architektura burdeli najwidoczniej poszła z duchem czasu i na próżno mi tu szukać czerwieni i takich podobnych dekoracji. Nie wiem czego się spodziewałam, ale nie tego. Fundation Scales podaje, że na świecie około 40 milionów osób zajmuje się prostytucją – z czego 80% to kobiety.

mapa-prostytucji

W super night klubach scenariusz spotkania to gra pełna niedomówień, bezpieka nie spuszcza z nich oka. To jedna z najbardziej obserwowanych i kontrolowanych przez nich branży. Klient przychodzi do jednego z klubów, ogląda striptiz, kupuje drogiego szampana lub podobny ekwiwalent. I to alkohole jest wstępem do tzw. randki. Wybiera dziewczynę i spędza z nią jej „wolny” czas. Zapłacił za alkohol i pokaz. Reszta odbędzie się gdzieś indziej, w którymś z obskurnych hoteli, których pełno w dzielnicy. Po to w końcu są.

Kim są kobiety tutaj? Kiedy Jad rozgląda się po sali, ja idę tam gdzie muszą być kobiety, które są mniej obserwowane. Do toalety, może? Bingo. Zagaduję dziewczynę, która ledwie zauważa moją obecność. Niech będzie, że to Anna. Więc Annę w tym miejscu można kupić za 400-500 dolarów. Musiało przemknąć mi jakieś zdziwienie przez twarz, bo Anna precyzuje, że inne jej koleżanki mają mniej szczęścia. Można je mieć za 200 lub mniej. Nie wiem, ile w tym jest prawdy. Wygląda nienagannie, idealnie szczupła, wysoka, z zadbanymi włosami. Anna z pewnością zna podstawową zasadę: nie rozmawiaj za dużo ze znajomymi. Kiedy pytam, jak tu trafiła uśmiecha się znacząco, poprawia usta i wychodzi. Jej angielski zdradzał jakże dobrze mi znany z ulic Warszawy wschodni akcent. Chyba rozumiem, przymus ma tutaj wiele form. Bieda, słabość rządu i innych instytucji w jej kraju. Pragnienie luksusu i żadnych perspektyw na przyszłość. Pewnie jest tutaj na sześć miesięcy. Na tyle pozwala jej wiza, która umożliwia pracę. Później według zwyczaju deportują ją, jeśli sama nie wyjedzie. Choć zdarza się, że klient chce się związać z taką kobietą. To też reguluje to prawo. Może tak zrobić, jeśli minie rok odkąd pani, która pracowała jako „artystka” i nie przebywała na terenie Libanu w tym czasie. Może także zatrzymać się w drodze powrotnej na Cyprze. Wyspa powoli staje się nowym zagłębiem prostytucji. Pełno tam od dawna, w sezonie i poza nim, wycieczek last minute z Libanu, Izraela.

Wychodzę z toalety i szukam wzrokiem jakieś Arabki. Nie mam szczęścia. Marokanki nie są tutaj w cenie. Miejsce jest na wskroś europejskie. Choć daleko całej dzielnicy do swojskiego, europejskiego w odbiorze De Wallen, a bliżej do nocnego Newe Szaanan w Izraelu. To ten kontrast, który dzieli prawdziwy high life od jego przykrywki. W Holandii „ulica czerwonych latarni” jest czymś, co stało się must see do zobaczeni podczas standardowej wycieczki, to coś czym chwalą się w przewodnikach. W Libanie drugi ze światów wstydzi się sam za siebie, jest dla tych turystów i autochtonów, którzy chcą skorzystać. Nikt tam nie robi sobie selfie.

Wracam do Jad. Rozmawia z kimś. Mam wrażenie, że jest speszony tym, że za dobrze go tu znają.

Po wyjściu pytam go, czy wie coś o tym, jak tu dostać pracę, w przypadku dziewczyn, które są z zagranicy. Po dziesięciu minutach, wiem gdzie popełniłam błąd mailując z moją Lolitą. Do Libanu „artystka” wjeżdża dopiero po podpisaniu umowę o pracę, kiedy wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Decyzja wcześniej jest „przyklepana” przez odpowiednie służby, przede wszystkim przez al-Amn al-‚Aam, agencję wywiadowczą, która zatwierdza każdy kontrakt o pracę dla „artystek”. Taka „Pani” dopiero może się stawić w „pracy”. Pomiędzy Libanem, a krajem dostawczym działają agencje, które rekrutują, działy HR burdelu. Z ulicy do pracy „na ulicy” cię nie przyjmą. Zbyt duże ryzyko.

Ale 30 minut stamtąd jest inny świat. Świat przepychu i blichtru. Świat drogo i bardzo modnie ubranych dziewczyn, sączących koktajle przez karpie usta i patrzących spod mocno umalowanych na ciemno oczu. Świat klubów z ostrą selekcją, pełnych napuszonych ludzi, którzy chcą ci pokazać, że są bardziej progresywni od Warhola i bardziej francuscy niż Marsylianka. Widzę bejrucką warszawkę. To jest to „normalne” miejsce Jad. To świat Aszrafijji.

Standardowo zachwalam pobyt tutaj i cały Bejrut. Nie rozumiem, o czym się plotkuje. Przeszłam gładko z jednego świat do drugiego, bo ja mogę. Dochodzi prawie szósta rano, wracamy. W Maameltein kończy się seksualna wachta półniewolnic.

– Jad, jeszcze jedno. A jak tu jest z call girls, luksusową prostytucją, no wiesz – pytam.

Jego śmiech ucieka przez otwarte okno samochodu.

Z gosposi najtańsza prostytutka

Bo może być lepiej. Wtedy ma się jednego „pana”. Na jakiś czas jest się call girl, nazywaną partnerką, przywiezioną, a jakże, z Ukrainy, Białorusi i Rosji. Ale te call girls to szczyt burdelowej piramidy. Super night clubs to taki środek. Na dole są pomoce domowe. To żaden żart. Jeśli stracą w Libanie prawo do legalnego pobytu, często spychane są na ostatni krąg piekła, do garażowo-ulicznej prostytucji. Pracują w ramach Kafla system, rodzaju sponsoringu pracowniczego w krajach arabskich. Dzięki niemu pracodawca może kontrolować każdy ruch zatrudnionego, zabrać paszport, ustalić wynagrodzenie według własnego widzimisię, zamykać bezkarnie w domu na amen. Pracują za około 200 dolarów miesięcznie lub mniej. Są wśród nich Etiopki, Filipinki czy Bangladeszki. Trzeci świat w całej swojej biedzie i złożoności. 250 tys. osób w samym Libanie. Ofiary gangów obiecujących lepsze życie za godne pieniądze przy bogatej i wykształconej rodzinie w miłym śródziemnomorskim kraju. Nie mówią im, że pan domu często będzie pozwalać sobie na iście kolonialne praktyki, i że marzenie o lepszym życiu szybko stanie się koszmarem, niewolnictwem zmodernizowanym do XXI-ej wersji. Kiedy coś będzie nie tak, od razu będzie kara. Może bicie, może nadużycie seksualne albo zastraszanie. Od tego są dwie drogi ucieczki: przez oko lub przez drzwi. Corocznie 100 gosposi w Libanie skacze z okna lub umiera w niewyjaśnionych okolicznościach, dane podaję za HRW. Ot, była gosposia, nie ma gosposi.

Zatem owe kobiety wybierają drogę ostateczną: jedną lub drugą. Giną lub decydują się na ucieczkę. Jeśli mają szczęście, kontaktują się z ambasadą, która niechętnie udziela zwykle pomocy. Przecież ambasada nie jest od tego. Nieprawdopodobny fart zdarzy się, gdy uda im się skorzystać z pomocy z organizacji pomagającej ofiarom handlu ludźmi. Bo za raz zatrzaśniętymi drzwiami domu „pana” i „madame” (tak gosposie często zwracają się do tych kobiet) nie ma powrotu. Dlatego to często droga z północy na południe Bejrutu.

Już nie w chrześcijańskim Libanie, ale z drugiej strony miasta, tam gdzie są szyici, palestyńskie obozy i ich gangi. I najtańsza prostytucja. Pobita gosposia wybiegła z domu. Teraz nie ma nic do stracenia. Przez kilka minut stała się nielegalna, „pan” ciągle ma jej paszport. Libańczycy nie przepadają za tymi ludźmi. Ciemnoskóre osoby i Azjaci nie cieszą się estymą, w przeciwieństwie do Amerykanów czy Europejczyków, którym zawsze stara się dogodzić i pokazać z dobrej strony.

Libański Palestyńczyk o równie niepewnym statusie pomoże. Jadą na jednym wózku. Prawnym wózku, który często jest wywrotką. Zatem: on zorganizuje jej klientów i zaopiekuje się. Taksówkarze dopomogą logistyce. Dowiozą eksgosposie do klientów. Do lepszej, bogatszej części miasta, do zachodniego Bejrutu lub gdziekolwiek indziej. Wedle życzenia.

I nikt tutaj nie ma wyjścia czy wyboru. Co zrobić? Iść na policję? Odpada. To ostatni pomysł jaki przychodzi do głowy. Wtedy ktoś musiałby zapłacić za deportację. Kto? Nikt inny jak były „pan”. I tak koło się zamyka. Gosposie albo z godzą się na taki los lub jak ładnie pisze klasyk: dzisiaj narysujemy śmierć, taką samobójczą.

E., Filipinka z 10 letnim pobytem w Libanie, od roku w schronisku prowadzonym przez organizację kobiecą (pomińmy nazwę dla ich dobra) jest lustrzanym odbiciem tego stereotypu. Chuda i zniszczona. Nijak ma się do gosposi w formie, w białych fartuszkach, które widywałam w centrach handlowych jak podążały za swoimi madame.

Historia E. z pracą jako pomoc domowa u Libańczyków to czas dobry i zły. Dobry jest ten w Kuwejcie dokąd przyjechała z Filipin. Zły to ten, kiedy jej rodzina wyprowadziła się z Zatoki, a ona przeniosła się do innej rodziny, tym razem do Libanu.

– Tam byli tacy mili – mówi i uśmiecha się sama do siebie, jakby chciała zatrzymać moc wspomnienia na dłużej.

– To była inna rodzina.

– Tak.

– A ta druga?

– Pani była bardzo wymagająca. Zbyt wymagająca. To było młode małżeństwo. Ona tak się starała, żeby wszystko było perfekcyjne. Uciekłam i sama wiesz, dziecko – mała kobietka głaszcze mnie po policzku. – Trudno w tym kraju o pracę dla takich jak ja.

Przerywa nam jakieś zamieszanie. Pytam kierowniczkę ośrodka, co z nią dalej będzie. Staramy się coś ustalić z ambasadą. Pani E. jest tu nielegalnie. – Mamy wiele podopiecznych i mało środków – mówi kierowniczka. Standard w funkcjonowaniu pozarządowych organizacji w Libanie.

Na lotnisko jadę taksówką, którą prowadzi Azjata. Natrętne myśli – czy on też jest częścią tej układanki – przelatują mimowolnie przez myśli.

Miasto żegna poranny samolot do Polski wschodzącym leniwie słońcem. Beirut Night Life z kilku tysięcy jest poświatą elektryczności, pokrywającą równo, nie czyniąc wyjątków, najpierw stolicę, potem Dżuniję, Tabardżę i w końcu cały kraj. Zaciera się podział na dzielnice – te o złej sławie i reputacji i takie, gdzie mamusie mówią do francusku i wychowują córki na dobre, czyste dziewczynki a chłopców na odważnych, dzielnych dżentelmenów uczonych, które dziewczynki się szanuje, a które nie. I do czego i kiedy one służą.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: 0, liczba głosów: 6)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Paul Saad
The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.