Wybacz mi MP, że się nie udało – czyli moje skromne zakończenie afery Radomskiej

Sedno

Kiedy w sobotę 24.09.2016 Rafał Betlejewski, redaktor naczelny radia Medium Publiczne wstawił na portalu swój tekst o prowokacji w Radomiu, w redakcji radia rozpętała się burza.
Wstałem późno i wpadłem w środek tych emocji. Dlaczego ludzie tak jadą po Rafale? – pomyślałem – Chyba ich powaliło!
Przeczytałem tekst.
Oniemiałem. Nie, przepraszam, nie oniemiałem – poczułem się jak zbity pies. Jakby mi ktoś przyłożył żerdzią w kręgosłup. Wszystko mnie bolało. Bolało mnie od środka, fizycznie i głęboko. Jak ktoś mógł coś takiego zrobić??
Rafał Betlejewski (wraz ze swoim teamem ekspertów, w którym był także psycholog!) zaaranżował sytuacje, w których poniżał, odzierał z elementarnej godności i niszczył psychicznie ludzi, a to wszystko przy kompletnym niezrozumieniu celu i mechanizmów, które pokazywał. Nie odrobił nawet lekcji z elementarza psychologii dla pierwszej klasy. Dowiadujemy się bowiem, że „eksperyment” pokazuje: „co ludzie są w stanie zrobić, żeby dostać pracę”. Otóż powiedzmy sobie jasno, co się w Radomiu zadziało. Odkłammy i zdejmijmy cały ten puder:
1. Ofiary postawiono w sytuacji wpływu autorytetu – zaznaczając atrybuty autorytetu bardzo wyraźnie: ubiorem, aranżacją wnętrza i pewnością siebie grających sceny aktorów.
2. Zastosowano metodę stopniowej eskalacji prośby – znaną w psychologii podejmowania decyzji z tego, że wikła ludzi w kolejne etapy procesu nie pozwalając im się z niego uwolnić. Taką metodę zastosowano między innymi w słynnych eksperymentach Milgrama nad posłuszeństwem wobec autorytetu.
3. Wzięto do krzywdzenia i poniżania najbardziej wrażliwą społecznie grupę ludzi pokrzywdzonych przez los, słabszych, prawdopodobnie o zaniżonym poczuciu własnej wartości i przede wszystkim zdesperowanych – innymi słowy perfekcyjne ofiary.
4. Zainscenizowano, z pomocą aktorów, wyobrażane przez performera Rafała Betlejewskiego „podobno-występujące-w-prawdziwych-rozmowach” sceny poniżania kandydatów przez pracodawców. Usunięto więc istotę problemu – karygodne zachowania pracodawców – w sferę wyobrażeń i zapewnień, czyniąc z tego niegodziwego performance’u nic nie wartą i nic nie ujawniającą telewizyjną wkrętkę i zabawę kosztem ludzi.
5. I być może najważniejsze: nie postawiono granicy. Z precyzyjnych opisów w rzeczonym artykule dowiadujemy się, że poniżano i namawiano osoby do szmuglowania „ciapatych”, szmuglowania i wstrzykiwania narkotyków czy świadczenia usług seksualnych. Dowiadujemy się, że zmuszono młodego chłopaka do bycia męską dziwką (nazwijmy to po imieniu) w zamian za pracę i molestowano go przed kamerami. Czy zgodził się chętnie – jak to sugerują niektórzy? Niech wyrazem jego „chęci” będzie następujący opis:

Ot choćby z tym chłopcem, który zgodził się świadczyć usługi seksualne prezesce (aktorce) pod płaszczykiem posady kierowcy. Aktorka posunęła się nawet do tego, że pocałowała chłopca siłą. Nie bronił się. Nie potrafił. Drżał cały, był sparaliżowany, nie wiedział jak zareagować. Nie potrafił wyjść i uciec. Nie wiedział czy można to gdzieś zgłosić…

(Warto tu zaznaczyć, że to inny chłopak niż ten w wersji TV)

Niech nikt mi nie mówi, że krzywda tych ludzi nie była realna. Że mamy tu jakiś wielki cytat, wobec którego możemy przejść obojętnie. Te rzeczy dla tych ludzi działy się naprawdę. Jestem pewien, że ockną się ze zrozumieniem tego, co im zrobiono, jakiś czas po fakcie, że odkryją to w sobie tak jak molestowane dziecko odkrywa, że to, co mu robiono, było złe -dopiero po długim czasie.
Co znaczy w tym kontekście zaproszenie, jakie dostaliśmy od Rafała Betlejewskiego „Obejrzyjcie najpierw program.”? Czy to znaczy, że jak czegoś nie ma na ekranie, to nie istnieje? Jak coś jest nie pokazane to znaczy, że jest niebyłe? Zastanówcie się – mówię tu do tych osób, które w ten sposób bagatelizowały sytuację.
Zatem krzywda była realna, a fakty wstrząsające.

Dobro

Ale. Może to wszytko stało się w imię jakiegoś większego dobra. Może tyle odkrywczych prawd dowiedzieliśmy się na temat otaczającej nas rzeczywistości, że było warto?
Zacytujmy Wikipedię:
Milgram w serii kontrolowanych eksperymentów laboratoryjnych przebadał w sumie ok. 1000 przypadkowo zebranych mieszkańców Connecticut oraz studentów Yale
Ochotnicy zgłaszali się do laboratorium po przeczytaniu w prasie ogłoszenia.
W pierwszym (najsłynniejszym) eksperymencie przebadano 40 osób w wieku od 20 do 50 lat. Piętnaście z nich było robotnikami, 16 przedstawicielami handlowymi lub przedsiębiorcami, 9 reprezentowało wolne zawody.
Zadaniem osób badanych było stopniowe zwiększanie szoków elektrycznych podstawionemu pomocnikowi ekperymentatora. Pomcnik ten krzyczał z bólu wił się a przy najwyższych poziomach szoków przestawał reagować – w sali panowała wtedy złowroga cisza.
Eksperymentator ubrany był w biały kitel i miał inne atrybuty autorytetu. Ponadto autorytarnym i pewnym siebie tonem pouczał osobę badaną do ciągłego zwiększania szoków.

Wszystkie osoby badane męczyły się z powodu cierpień ofiary. Ludzie prosili badacza, aby pozwolił im przestać. Gdy odmawiał, kontynuowali, ale trzęsąc się, pocąc, jąkając. Obgryzali paznokcie, niekiedy wybuchali nerwowym śmiechem.
Mimo to maksymalny poziom szoków elektrycznych – przy, którym jak wspomniałem pomocnik eksperymentatora przestawał reagować – wymierzyło aż 65% osób badanych.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Eksperyment ten powtórzono na całym świecie w wielu odmianach. Okazało się, że wyniki są podobne niezależnie od płci, rasy czy narodowości badanych. Nie miała też na nie wpływu osobowość uczestników. Miały za to wpływ atrybuty zmieniające siłę autorytetu eksperymentatora: na przykład zamiana eksperymentatorów w trakcie badania albo kłótnia jednego eksperymentatora z drugim. Wpływ miał też sposób eskalacji próśb – stopniowe zwiększanie szoków.

Zrobiono setki odmian tego eksperymentu. Również w warunkach nie przypominających laboratoryjnych. Napisano setki stron na temat jego konsekwencji. Wiemy już, jak podatni są ludzie na tego typu manipulację. Wiemy też, że ich podatność w nikłym stopniu zależy od nich samych i tego, „co gotowi są zrobić” na przykład dla pracy, a w przeważającym stopniu od cech i aranżacji samej sytuacji.

Zatem muszę powiedzieć to jasno i dobitnie: w „eksperymencie” radomskim nie dowiedzieliśmy się niczego poza faktem, że przy dobrze zorganizowanej manipulacji z wykorzystaniem autorytetu i metod eskalacji próśb, ludzi można zmusić do wszystkiego. Ale zaraz, zaraz… wiemy to już w setkach odmian od 50 lat. Znamy też wszystkie inne aspekty sytuacji, które pomagają wydostać się ofiarom takiej manipulacji z zaaranżowanej sytuacji. Wiemy, że 65% ludzi pozostaje w niej do końca. Każdy student pierwszego roku psychologii mógł Rafałowi Betlejewskiemu to wytłumaczyć. Rafał mógł też wpisać w wujku Google słowa „wpływ autorytetu” i dostałby wynik z tysiącem stron odwołującym się do eksperymentów Milgrama i jego następców. Ale Rafał nie odrobił lekcji.

No dobrze, wiedza wiedzą, ale może zatem poruszyliśmy temat „nieuczciwych pracodawców” i rozmawiamy o nim na potęgę – właśnie dzięki nagraniom z Radomia? Czy jednak przez ostatni tydzień rozmawiamy o czymś innym poza złamaniem zasad etycznych przez Rafała Betlejewskiego?

Ile razy w dziesiątkach artykułów z ostatniego tygodnia pojawiło się słowo „Rafał” a ile „pracodawca”? O czym, a raczej o kim rozmawiamy w wyniku tego preformance’u i w jakim kontekście?

I zadam jeszcze jedno pytanie: a ile razy wymienialibyśmy słowo „pracodawca”, gdyby Rafał Betlejewski na celownik wziął nieuczciwych pracodawców i sam dał się przez nich poniżyć i gdybyśmy mogli zobaczyć REALNE sceny poniżania aktorów-przez-pracodawców?

Relatywizm

Ewa Wanat w swoim artykule krytykującym Eksperyment w Radomiu bardzo słusznie pisze:
Wszystkie nasze zawodowe kodeksy etyczne zwracają również szczególną uwagę na ochronę interesów słabszych, czyli ludzi będących w różnych sytuacjach granicznych i nie potrafiących się skutecznie bronić – niepełnosprawnych umysłowo, dzieci, chorych na depresję i inne poważne choroby, bezdomnych, etc. Myślę, że sytuacja trwałego bezrobocia i związanego z tym stanu psychicznego i emocjonalnego również się do tej grupy kwalifikuje. Nie wolno takich ludzi wykorzystywać, żeby pokazać nawet najbardziej gorzką prawdę. Po prostu prawda nie jest warta każdej ceny. Za patologię, przemoc, korupcję płacić powinien tylko sprawca. Nigdy ofiara.

No, ale Rafał przecież jest performerem. To znaczy czasem performerem, a czasem redaktorem naczelnym radia. No w każdym razie W TYM PRZYPADKU performerem.
I co?

Czy jeśli jestem performerem to mogę kogoś zgwałcić by pokazać „trudną sytuację kobiet po traumach gwałtu”? Czy mogę pobić niemieckiego turystę, by zobaczyć kto się za nim wstawi, by w szpitalu odwiedzić go z kwiatami krzycząc „surprise!”?

Absurdalne?
A jednak TU Rafał podstawił dwóch aktorów – bo zrobił dokładnie taką prowokację, tyle, że atakującym i atakowanym byli aktorzy.
Rozumiem, że zawody zaufania publicznego – a takim jest zawód dziennikarza – wymagają poszanowania dla zasad etyki i że owe zawody muszą mieć wysoko zawieszoną poprzeczkę. Ale może wystarczy powiedzieć „Hello, dziś jestem performerem”, by się z tych zasad etyki wymiksować? Hmmm?

Ja tak nie uważam. A w mojej głowie pojawia się jeszcze jedno pytanie: czy mówienie, że skoro jestem performerem to mogę robić ludziom TAKIE rzeczy, to nie jest jakiś niebezpieczny relatywizm moralny? Czy nas wszystkich nie obowiązują elementarne zasady etyki? Czy ja Marcin Małecki zwykły nauczyciel Tai Chi, hello-dziś-nie-doktor-psychologii mogę wpaść na swoje zajęcia i zacząć poniżać moich uczniów (choćby szczując kogoś, wrzeszcząc, poniżając i namawiając grupę do pobicia go – lajtowo wiem), by na koniec wyskoczyć z butelki krzycząc „performance!!!”? A może mogę to zrobić, gdy dręczę psychicznie, a nie fizycznie? A może, jeśli kupię sobie kamerę? A może, gdy mam znane nazwisko? A może, gdy pracuję w telewizji?
Absurdalne pytania. Zadaję je i nie udzielam na nie odpowiedzi, tylko… czy dla wszystkich są one w pełni retoryczne? Chciałbym sądzić, że nie.

Złożoność

To tyle tytułem tego przydługiego wstępu (to był wstęp?? Wiem TL;DR), bo chcę, żebyśmy wszyscy wiedzieli o czym mówimy. Podsumujmy:

– Złamano wszelkie zasady etyki, poniżono i skrzywdzono ludzi
– Niczego nie udowodniono i nic nie odkryto
– Rzeczywistość zaistniała w Radomiu, a nie na ekranie telewizji TTV
– Wykazano się ignorancją i dyletanctwem w kwestiach psychologicznych
– Relatywizm moralny posunięto do takich granic, że gdy się nad tym zastanawiamy – przywołując inne przykłady – od razu widzimy jak bardzo jest to absurdalne i podłe

Tak więc zrobiono TO. Mówię „zrobiono”, bo zrobił to zespół 40 osób z Rafałem Betlejewskim jako twarzą całego przedsięwzięcia. Czy jednak znaczy to, że Rafał Betlejewski jest ch*jem – jak napisał Asz Dziennik? No zaraz chwilunia.
Czy nikt z was nigdy nie zrobił nikomu nic podłego? Czy nie popełniliście nigdy w życiu żadnego błędu? Czy nie nakręciliście się nigdy żadną sytuacją tak, że w końcu się pogubiliście i cholernie przesadziliście? Jeśli jesteście bez winy rzućcie kamieniem, ale…
Ale i tak, proszę was, oddzielajcie ten incydent od samej osoby Rafała Betlejewskiego. Krytykujcie, plujcie jadem ile wlezie… na ten konkretny „perfromance”.

Poza tym zastanówmy się:
a) Co, jeśli intencje Rafała Betlejewskiego były dobre i uważa, że popełnił błąd?
b) Co, jeśli radio Medium Publiczne – które nie miało z tą sytuacją nic wspólnego – postanowi, że nigdy więcej już nie dopuści do takich sytuacji?

Walka

Ci, którzy słuchali audycji w radiu #MP o moralnym aspekcie wydarzeń w Radomiu wiedzą, że stawiałem sprawę jasno i z podniesioną przyłbicą. Wyjaśnijmy podstawowe kwestie:
1) Tak. Rafał Betlejewski zrobił do tej pory dużo innych performence’ów, a wiele z nich dało bardzo pozytywne efekty społeczne.
2) Tak. Rafał sam z siebie – bez wiedzy kogokolwiek z zespołu – wrzucił tekst o prowokacji w Radomiu na portal #MP – bo nikt w zespole nie weryfikuje i nie akceptuje tekstów do druku.
3) Tak. Nie zaznaczył w nim wyraźnie, że to materiał zrobiony dla stacji telewizyjnej i że Medium Publiczne nie ma z nim nic wspólnego.

4) Tak. Wywołało to burzę w zespole, a emocje podsycane były zarówno czekaniem na odpowiedź ze strony Rafała jak i jego komentarzami zaostrzającymi sytuację. I przyznaję, że i mi udzieliły się w tym czasie „internetowe” emocje.

5) Tak. Radio Medium Publiczne to był przede wszystkim zespół 50ciu dziennikarzy, a funkcja redaktora naczelnego była jedynie kwestią formalną. To MY tworzyliśmy to radio i nikt nam nie mówił, co i jak mamy robić – nie było struktur, a jedynie funkcje społeczne.
6) Tak. Wydaliśmy jako zespół oświadczenie potępiające działania Rafała:
http://mediumpubliczne.pl/2016/09/stanowisko-redakcji-medium-publicznego-sprawie-prowokacji-rafala-betlejewskiego/

Dlatego podjąłem walkę. Postanowiłem nie odchodzić z radia tylko sprawić, żeby to radio odeszło… od takich praktyk. Chciałem ratować ten tonący okręt. Przecież radio to MY – myślałem. Przecież… gdybym to Ja zrobił taki „eksperyment” i został publicznie odsądzony od czci i wiary, to też bym się zaciął i nie przyznał do błędu. Przecież, na spotkanie redakcyjne w tej sprawie zapisało się kilkadziesiąt osób tak samo potępiających akcję radomską jak ja. Przecież pójdziemy tam i postanowimy, co RADIO z tym klopsem zrobi – bo radio to MY.

Niestety. Do walki stawiłem się ja… i Kamila Goryszewska. Dwie osoby.
Nie mieliśmy szans.

Usłyszeliśmy za to argumenty o ilości kliknięć.

Idiota

Ale jeszcze – myślę sobie – to nie koniec. Przecież na takim spotkaniu, na forum grupy, też trudno sobie uczciwie po męsku pewne rzeczy wytłumaczyć. Łatwo w ogniu krytyki znów się zaciąć, a nawet napaść na innych. Trudno w takich warunkach zrozumieć prawdziwe intencje drugiej osoby. Może rozmowa w cztery oczy pozwoli odwrócić tę niedobrą spiralę zdarzeń? Pozwoli nie tylko zrozumieć się nawzajem, ale przywrócić radio na właściwe tory. Może nie każdy redaktor naczelny musi mieć jaja, by przed całą grupą powiedzieć „ok, słuchajcie dałem d. poniosło mnie. Postarajmy się jako MP naprawić te błędy i uniknąć kolejnych”.
A może, a niech to, okaże się, że naprawdę fundamentalnie się nie zgadzamy, ale dla dobra radia dobre jest coś innego niż racja Rafała Betlejewskiego?
Napisałem więc w środę sms do Rafała z prośbą o spotkanie. Czekałem dwa dni. Napisałem jeszcze raz. Czekałem do niedzieli. Nic.
Najwyraźniej nie ma o czym rozmawiać. Najwyraźniej taki ktoś jak ja nie jest godzien nie tylko spotkania z Rafałem-Performerem, ale nawet odpowiedzi typu „sorry Marcin, pocałuj, mnie w d.”

Powyższy fragment oparty jest na fałszywych przesłankach – dość powiedzieć, że Rafał Betlejewski nigdy nie otrzymał moich prób skontaktowania się z nim. Historia jest tak niewiarygodna, że nie warta w tej chwili uwagi. Wyraźnie jednak zaznaczam, że nie miałem racji gdy to pisałem.
I choć ta sytuacja nie wynikła też z mojej winy to jednak: przepraszam.

 

I już wiadomo, że #MP oficjalnie nie potępi działań Betlejewskiego. #MP buduje nowy dream team, gotów na nowe, wspaniałe wyzwania – bo stary był be i nie po linii. #MP cieszy się, że słupki klikalności doszły do 120 tysięcy i martwi, że szybko spadają. #MP może i nadal nadaje (siłą działań 4 pozostałych osób), ale to nie jest już i nigdy nie będzie to radio, które pokochaliście i któremu zaufaliście.

Taki ze mnie idiota, że do końca wierzę w ludzi, że oddzielam ich czyny od nich samych, że wierzę, że można wzajemnie sobie napyskować (dziękuję Rafał za ujawnienie moich fiksacji seksualnych w audycji) i dalej grać w jednym zespole, że wydaje mi się, że świat nie musi się dzielić na grupy wsparcia: tych odrzucających i tych odrzucanych, że rządzi nami coś więcej niż emocje, że mamy też w sobie… oko rozumu.

Zatem wreszcie (po wiekach w skali czasowej internetu) i ja odchodzę z radia Medium Publiczne. Odchodzę nie dlatego, że Rafał Betlejewski jest „ch*jem” – bo wcale go nie znam tak naprawdę. Nawet nie dlatego, że nie przyznał się do błędu. Nie.

Odchodzę dlatego, że nie udało się uratować tego radia. Odchodzę dlatego, że moje próby ratowania etycznych praw funkcjonowania tej instytucji odbiły się od ściany.

Odchodzę dlatego, że zrobiłem wszytko, żeby tą instytucję uratować, że walczyłem o przyjęcie kodeksu moralnego na przyszłość i nie udało mi się tego przeforsować, że walczyłem o potępienie TEGO JEDNEGO performance’u Rafała i nie udało mi się tego wywalczyć, że wreszcie cała nauczka z tej katastrofy jaką pojął jej spiritus movens jest taka, że został zdradzony przez ludzi i ich wybujałe ego. Szkoda. Szkoda Rafale bo czasem warto wejrzeć w siebie.

Szkoda, bo pokochałem radio jak nic dotąd w moim życiu. Szkoda, bo w radiu tym spędziłem najwspanialsze chwile mojego życia. Szkoda, bo poświęciłem dla tego radia długie tygodnie tworząc od podstaw mechanikę grania na żywo i wypełniając ją wyselekcjonowaną przez siebie muzyką. Bo czułem dumę, jak matka wobec dziecka, kiedy ktoś mówił „gramy fajną muzę”. Bo byłem jedną z osób, obok Kasi Pilarskiej, nieocenionego Kuby Daneckiego i całego zespołu wspaniałych ludzi robiących audycje, które od podstaw stworzyły to radio. Chcę powiedzieć przez to, że porzucam własne dziecko. Dziecko, które kocham. Chcę żebyście wiedzieli, jakie to było dla mnie trudne.
Radio #MP nie żyje.
I chcę powiedzieć na koniec: Rafał, nie pojmuję dlaczego pozwoliłeś żeby to się stało.

Wybacz mi #MP, że się nie udało.okiemrozumubig
Marcin Małecki

 

 

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +35, liczba głosów: 43)
Loading...