Chim↑Pom. Siusiaczki bawią się w sztukę

https://www.flickr.com/photos/aigle_dore/

Już sama ich nazwa drażni. „ChimPom” brzmi podobnie do „chimpo”, a tak japońskie dzieci wołają na siusiaczki. Kolektyw artystyczny Chim↑Pom od ponad dziesięciu lat zwraca Japończykom uwagę na bieżące problemy, dotyka tabu i dobrze się przy tym bawi.

Z Ryutą Ushiro, jednym z założycieli kolektywu artystycznego Chim↑Pom, rozmawia Katarzyna Boni.

Katarzyna Boni: Waszej ostatniej wystawy nie widać…

Ryuta Ushiro: … „Don’t follow the wind” (Nie podążaj za wiatrem) jest ukryta w środku zamkniętej strefy wokół zepsutej elektrowni Fukushima Daiichi. W czterech budynkach należących do ludzi, którzy musieli się ewakuować w marcu 2011 roku.

Jej fragmenty można było podejrzeć w Tokio w Watari Musuem podczas wystawy zatytułowanej „Don’t follow the wind – Non-Visitor Center”. Pojedyncze eksponaty, fragmenty filmów video (widać tylko obraz, dźwięk został w Fukushimie) – umieszczone na podwyższeniu za szkłem, tak żeby zwiedzającym nie było zbyt wygodnie. Do współpracy namówiliście dwunastu artystów, wśród nich Trevora Paglena, duo – Evę i Franco Mattes i Ai Weiweia.

Ai Weiwei zgodził się, żeby o jego pracy mówić publicznie. Sam nie może opuścić Pekinu, żyje w zamknięciu. Więc swoje codzienne życie przedstawił w zamkniętej strefie w Fukushimie. Przesłał nam zdjęcia swojej codzienności. Zawiesiliśmy je na ścianach, tak jakby to były rodzinne fotografie, ludzi którzy uciekli. Jego druga praca jest konceptualna, nazwał ją „Ray of Hope” (Promyk nadziei). Codziennie rano na dwie godziny i wieczorem na trzy – w jednym z domów zapala się żarówka, ładowana panelami słonecznymi. Ma to sprawiać wrażenie, że w środku toczy się normalne życie. Kiedy nadchodzi czas snu, światła gasną.

Czy wystawę w ogóle będzie można zobaczyć?

Tak, kiedy zniknie zamknięta strefa. To się dzieje już teraz –  rząd czyści skażone tereny i znosi nakaz ewakuacji dla kolejnych wiosek. Spieszą się, chcą zdążyć przed olimpiadą w Tokio. 

Akurat Futaba i Ōkuma, w których jest wystawa, to dwie najbardziej skażone wioski – to na ich granicy mieści się elektrownia Fukushima Daiichi. Tam nawet nie zaczęto odkażania.

Dlatego wystawę może będzie można zobaczyć może za cztery a może za trzydzieści lat.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Po wydarzeniach z marca 2011 roku – trzęsieniu ziemi, tsunami i wybuchach w elektrowni jądrowej byliście pierwszymi artystami, którzy zareagowali. Wielu mówiło, że wobec takiej tragedii sztuka jest bezsilna. Udowodniliście, że jest inaczej.

Po marcu 2011 odwołano zaplanowane wystawy. Uznano, że sztuka nie może pomóc życiu – sztuką się nie najesz. Artyści stracili pewność siebie. Szukali odpowiedzi. A my stwierdziliśmy, że idziemy swoją drogą. I to jest nasza odpowiedź. Też myśleliśmy, że sztuka jest bezsilna. Ale jednocześnie czuliśmy „i co z tego”? Mieliśmy kamerę i nasze ciała. Pojechaliśmy na zniszczone tereny. Zebraliśmy ramki i zdjęcia wyrzucone przez tsunami.

Dwa miesiące po marcu 2011 zorganizowaliście wystawę – „Real Times”.

Nazwa Real Times odwołuje się do „Japan Times” – anglojęzycznej gazety w Japonii, czyli do dziennikarstwa. Dokumentowaliśmy to, co się wydarzyło. Ale nawiązujemy też do filmu „Modern Times” (Dzisiejsze czasy) z Charlie Chaplinem. Myśleliśmy, że to przeszłość, a to się dzieje teraz. Japonia znana jest z science-fiction. W marcu 2011 roku science-fiction stało się rzeczywistością. Wystawa wzbudziła sporo kontrowersji.

Co na niej pokazaliście?

Ramki ze zdjęciami: porzuconego psa, zabitej krowy. Ikebanę z radioaktywnych kwiatów. Zdjęcie stracha na wróble, którego ustawiliśmy na opuszczonym polu w Fukushimie – z naszych ochronnych kombinezonów i masek gazowych. I kilka filmów. „KI-AI 100” – kiai to okrzyki rozgrzewające przed walką, używane chociażby w karate. Pojechaliśmy do miasta Soma, 50 kilometrów od Fukushimy Daiichi, zniszczonego przez tsunami. Nie było tam zbyt wielu wolontariuszy, bali się promieniowania. Nastolatkowie z tego miasteczka usuwali błoto i gruz z ulic. Nakręciliśmy razem z nimi sto kiai – zagrzewając ich do walki. Na innym, zatytułowanym właśnie „Real Times”, wchodzimy na teren elektrowni. Żadne prawo tego nie zabraniało. Ale przy głównej bramie zawrócono nas. Poszliśmy boczną ścieżką od strony gór do punktu widokowego 700 metrów od zepsutych reaktorów. Widzieliśmy unoszący się z nich biały dym  Pacyfik w tle.

Nie bałeś się?

Byłem przerażony. Cały czas myślałem, że chcę natychmiast wracać do domu – pomimo ochronnych kombinezonów. Nie mieliśmy ze sobą licznika. Ale TEPCO, właściciel elektrowni, pokazało wartości w miejscach naokoło Fukushimy Daiichi, więc je znaliśmy – 199 mikrosivertów na godzinę. Byliśmy ciekawi co się dzieje w środku. W telewizji nie pokazywano raportów, w gazetach nie publikowano informacji. Powtarzali tylko to, co mówił im rząd i TEPCO. Czemu dziennikarzy nie wpuszczano do środka? Nie z powodu promieniowania, przecież codziennie wchodzili tam pracownicy

Kiedy po dwudziestu minutach doszliście na punkt widokowy – w kombinezonach i w maskach – wyciągnęliście białą flagę.

Na białym materiale czerwonym sprayem wymalowaliśmy flagę Japonii. A potem wokół czerwonego kółka domalowaliśmy radioaktywny symbol. I zatknęliśmy ją – zaznaczając nowy biegun niedostępności na ziemi.

Wystawę sfinansowało TEPCO – nawet o tym nie wiedząc.

Nie mieliśmy wystarczająco kasy. Jeden z nas zatrudnił się do czyszczenia Fukushimy Daiichi. To wtedy zrobił zdjęcie, na którym pokazuje czerwoną kartkę rozwalonym reaktorom. Z pieniędzy, które zarobił założyliśmy fundację i z niej sfinansowaliśmy wystawę. 

Zrobiliście też genialną akcję na stacji Shibuya w Tokio. Prawie udało wam się przekonać Tokijczyków, że słynny artysta Tarō Okamoto w latach sześćdziesiątych przewidział wybuchy w Fukushimie.

Na jednej ze ścian stacji Shibuya wisi trzydziestometrowy mural Okamoto – „The Myth of Tomorrow” (Mit jutra). Okamoto jest znany w całej Japonii. Każdy kojarzy jego abstrakcyjne kolorowe formy. I „Tower of the Sun” (Wieżę Słońca) – symbol Expo w Osace z siedemdziesiątego roku. „The Myth of Tomorrow” też wszyscy znają ale nikt nie pamięta, że jego głównym tematem jest atom!

Przypomina Guernicę Picassa. Przedstawia wybuch bomby atomowej nad Hiroszimą. Ale też napromieniowanie kutra rybackiego, Daigo Fukuryū Maru, podczas amerykańskich prób atomowych na Pacyfiku w 1954 roku. Rybacy byli poza wyznaczonym obszarem zagrożenia, ale test z 1 marca był potężniejszy niż przewidywano. Na mężczyzn spadł radioaktywny osad. Kiedy wrócili do Japonii chorowali na chorobę popromienną. Jeden z nich umarł. 

Przechodnie widzą to tylko jako obrazek a nie jako historię atomu w Japonii. Na samym dole, po prawej stronie jest wolne miejsce – kilka białych kafli. Nocą dokleiliśmy tam naklejki: rozwalone reaktory namalowane w stylu Okamoto. Następnego dnia ktoś tweetował: Okamoto przewidział Fukushimę! Długo nie przyznawaliśmy się, że to my. Zrobiła się z tego afera. Nie zniszczyliśmy muralu, naklejki łatwo dało się usunąć. Ale dzięki temu wielu ludzi w ogóle przypomniało sobie, że taki mural – związany z atomem – w ogóle istnieje. 

Czy marzec 2011, potocznie nazywany w Japonii 3.11, zmienił japońską sztukę? Czy zmienił Japonię?

Katastrofa zmieniła Japonię. Sztukę też. Powstało wiele dzieł związanych z tamtymi wydarzeniami. Pojawili się młodzi, aktywni, radykalni artyści. Młodsi od nas. Tacy, którzy nie są zainteresowani komercją, a komercja nie jest zainteresowana nimi. To nowa sytuacja w Japonii. Ostatnio uczyłem niewielką klasę na nieformalnych spotkaniach. Moi studenci, kolektyw artystyczny Kyunchome, dostali nagrodę Tarō Okamoto w 2013 roku. 

A jakie były wasze początki?

Spotkaliśmy się dwanaście lat temu. Pięciu facetów i Ellie – tylko ona miała edukację artystyczną. Reszta z nas to śmieci. Nawet nie pokończyliśmy uniwersytetów. Zostawiłem szkołę jak miałem siedemnaście lat.

Skłoniła cię do tego rodzina…

…Moi rodzice byli japońskimi komunistami. To nie to samo co w ZSRR. Już w gimnazjum widziałem rozdźwięk między zachowaniem moich rodziców, ich działaniem a tym co się działo w szkole. Nie dawano nam żadnych prac społecznych. Wkuwałem znaki alfabetu, a moi rodzice protestowali przeciwko konstruowaniu elektrowni atomowych.

A czterech pozostałych facetów z Chim↑Pom?

Masataka Okada – był kiedyś hikomori, siedział zamknięty w pokoju i nie wychodził przez kilka miesięcy. To znane w Japonii zjawisko. Yasutaka Hayashi – mój znajomy ze szkoły, znał się na designie. Jeszcze Toshinori Mizuno [Ryuta nie skomentował go w żaden sposób]. A Motomu Inaoka – próbował cztery razy zdać na publiczny uniwersytet artystyczny. Cztery razy oblał.

W jaki sposób się spotkaliście?

Każdego z nas osobno fascynował Makoto Aida – bardzo kontrowersyjny artysta…

…mało znany na Zachodzie, ale w Japonii popularny tak tam samo, jak Okamoto i Takashi Murakami…

…Tak. Był wtedy stary, po pięćdziesiątce. Każdy z nas podążał za nim na swój sposób – to dzięki niemu się spotkaliśmy. Brakowało nam artystycznych umiejętności. Ale sztuka to jedyny zawód, w którym możesz robić interesujące rzeczy a umiejętności nie są ci do tego potrzebne. Mieliśmy kamerę i nagrywaliśmy nasze performance. Zdecydowaliśmy się założyć Chim↑Pom. 

Czy wy się bawicie?

Wtedy – tak. Ale przecież w ogóle sztuka może być zabawą! Choć nasze aktywności dotyczą poważnych spraw to gdyby było tylko poważne śmiertelnie bym się nudził. Potrzebujemy i tego i tego.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że na początku nie myśleliście o społeczeństwie, to pojawiło się dopiero po jakimś czasie. Co się zmieniło?

Złapała nas policja. Poczuliśmy, że nie jesteśmy wolni – mogą nas w każdej chwili zabrać posterunek. Już nawet nie pamiętam ile razy mnie aresztowano. To dało mi do myślenia. Czemu nie wolno mi robić niektórych rzeczy? Tak powstał projekt „Super Rat”, nasza pierwsza wystawa z 2006 roku.

Super Rat to dosłowna nazwa, choć nawiązuje do „superflat” – ruchu Murakamiego odwołującego się do japońskiej „płaskiej” grafiki, ale też do płytkości japońskiej kultury konsumpcyjnej.

Ale tak eksterminatorzy z Tokio nazywają tutejsze szczury. Bo one stają się coraz silniejsze i coraz mądrzejsze. Omijają pułapki. Nie działają już na nie trucizny. Baliśmy się ich ale jednocześnie zuliśmy do nich sympatię. Super Rat to portret Chim↑Pom. My też żyjemy na ulicach i się adaptujemy. Wypchaliśmy szczury, pomalowaliśmy je na żółto i fotografowaliśmy w różnych miejscach miasta. Żółty kolor ma się też kojarzyć z pokemonem Pikachu. 

Kolejny projekt „Czerń śmierci”, z 2008 roku, też zrobiliście ze zwierzętami – wypchanymi krukami.

Interesują nas dzikie, miastowe zwierzęta. My też dorastaliśmy na ulicach. Też bawimy się nocą. Tak, jak szczury. Kruki pojawiają się nad ranem – dzielimy te same torby na śmieci. W Tokio rząd codziennie je zabija. A one się adaptują – stają się SUPER.

Jeździliście po Tokio skuterem, Ellie w jednej ręce trzymała wypchanego kruka w drugiej głośnik z nagranym krakaniem. Całe stado żywych ptaków podążało za wami. Później jeszcze jeden z was na trzy tygodnie zamknął się w galerii w klatce z krukiem i szczurem żywiąc się dostarczanymi przez was śmieciami. Inaoka głodził się podczas wystawy „Good to be Human” – medytował nawiązując do mnichów, którzy za życia zmieniali się w mumie – patrząc na salę pełną jedzenia. Schudł 18 kilogramów! Ale tak naprawdę zrobiło się o was głośno dopiero po projekcie „PIKA!”. Pikadon to słowo używane na bombę atomową, którą zrzucono na Hiroszimę i Nagasaki. Pika – błysk, don – wybuch. W 2008 roku wynajęliście mały samolot i na niebie nad Hiroszimą dymem napisaliście „pika”. Ludzie byli wściekli.

W lokalnej gazecie napisano, że Hiroszima to sanktuarium. Przeprosiliśmy. Publicznie. Ale nie za naszą pracę. Za to nigdy nie przepraszamy. Przeprosiliśmy za to, że nie uprzedziliśmy wcześniej o naszym projekcie.

Jak hibakusha – ofiary bomby atomowej zareagowali na wasze przeprosiny?

Hibakusha wcześniej o nas nie słyszeli. Pierwsze spotkanie było zorganizowane przez rząd. Postanowiliśmy spotkać się bez rządu i bez dziennikarzy.

Porażkę przekuliście w sukces.

Liderzy stowarzyszenia ofiar bomby atomowej byli bardzo zainteresowani naszą praca. To starsi ludzie. Mają niewiele styczności z młodymi. Chim↑Pom  to dla nich było coś świeżego. Spotykaliśmy się kilkakrotnie: krytycy, organizacja hibakusha, artyści. Pytaliśmy: czemu niebo nad Hiroszimą nie może być pika? Jest wiele różnych odpowiedzi. Opublikowaliśmy dyskusję na ten temat jako książkę. I choć nasz projekt z 2008 roku został odwołany to zrobiliśmy trzy wystawy o Hiroszimie (Hiroszima!, Hiroszima!! i Hiroszima!!!), podczas których przedstawiciel ofiar bomby atomowej, Sunao Tsuboi, opowiadał o swoich przeżyciach.

Kręcicie się wokół nuklearnych tematów

Przed 3.11 zrobiliśmy „PIKA!”, teraz mamy kontakty z Fukushimą. Ale nawet bez marca 2011 ciągle robilibyśmy to samo. Zawsze reagowaliśmy na otaczającą nas rzeczywistość.

Po 2011 powtórzyliście projekt z krukami – tym razem w Fukushimie. Zrobiliście też nową wystawę o super-szczurach.

Atom to pułapka. I trucizna. Znowu musieliśmy się adaptować, żeby przeżyć. Tak, jak super-szczury. Dlatego powtórzyliśmy ten sam projekt. Ale tym razem dotyczył on całej Japonii, a nie tylko Tokio.

Robicie też międzynarodowe projekty. Mój ulubiony, bo najbardziej przewrotny, to aukcja rzeczy, które wybuchły na minach w Kambodży.

Raz w tygodniu mamy spotkanie artystyczne. I podczas takiego spotkania Ellie mówi: „zawsze chciałam być, jak lady Di, rozbrajać miny”, Młode japońskie dziewczyny to uwielbiają: celebryci, którzy rozbrajają miny w biednych krajach.

Pojechaliście na miesiąc do Kambodży i razem z mieszkańcami, którzy robią to na własną rękę, rozbroiliście siedem min. Ale zanim wybuchły ułożyliście na nich własne przedmioty: designerską torebkę, ipoda, plastikową figurkę Ellie. A potem wystawiliście je na aukcji, na której ceny szły w dół. Zaczęliście od 100 milionów dolarów – za tyle sprzedano diamentową czaszkę zrobioną przez Daniela Hirsta. Obok ceny wyświetliliście ile protez można kupić za tę sumę. Nie było kupców. Razem z ceną spadała ilość protez.

Panowała dziwna atmosfera. Przedmioty sprzedały się za 2 miliony jenów (76 tysięcy złotych). Połowa poszła dla domu aukcyjnego, połowa jako darowizna na protezy. 

Robiliście też projekt w Indonezji.

Tak, o śmieciach. Japońscy turyści nie wiedzą o tym, że na tyłach ich hoteli są góry śmieci. Indonezyjczycy wchodzą na te góry i zbierają śmieci, żeby je sprzedać i zarobić jakiekolwiek pieniądze. Zrobiliśmy film z helikoptera, kupiliśmy śmieci i wystawiliśmy w galerii. 

Wyrzucaliście też śmieci z radioaktywnym znakiem namalowanym na torbie przed galerią handlową – żeby przypomnieć, że problem nuklearnych odpadów nie został rozwiązany. Lubicie drażnić ludzi.

W Japonii nie wiedzą, co to dystans. Tak, jak w przypadku „PIKA!”. Sztuka nie jest tutaj popularna. Wielu Japończyków rozumie mangę ale sztuki już nie. Jest dla nich dziwna, często jej nie znoszą. To, co jest dla mnie ważne to, żeby przypominać. Hiroszima została zapomniana. Być może to samo czeka Fukushimę. Znikająca pamięć i znikające zainteresowanie – to bardzo japońskie. Skupiamy się na masowej konsumpcji jakby w opozycji do znikającej historii. Przecież to wygląda tak, jakby codziennie było święto. Ale w życiu są też inne rzeczy. Takie, jak Hiroszima i Fukushima.

Który z waszych projektów okazał się najtrudniejszy?

Każdy. Choć może „TOMODACHI” – przyjaciel. Ciągle nie rozumiemy, co dokładnie się wydarzyło. Poszliśmy do lasu Aokigahara, znanego z popełnianych tam samobójstw. Mieliśmy nakręcić scenę do filmu, nie spodziewaliśmy się, że znajdziemy tam rzeczy samobójcy. Ciała nie było, ale była ucięta gałąź i pożegnalna notka. Miał 22 lata, tyle co Ellie. Straciliśmy mowę. Notka była bardzo pozytywna: „Drogi Ojcze, tak miło wspominam ostatni tydzień. Droga Matko, zawsze mogłem na ciebie liczyć. Siostrzyczko, bądź szczęśliwa”. Tyle. Nie znamy jego rodziny. Nie było podpisu. Zrobiliśmy wystawę – z gałęzi zwisają sznury, huśta się na nich biała laleczka. W tle zdjęcie lasu. W ramce pożegnalna notka. Ta praca była dla nas najtrudniejsza emocjonalnie, pokazała nam, że sztuka rzeczywiście może być bezsilna.

Wasz ostatni projekt „It’s a Wall World” (Świat jest ścianą), który zaczął się w 2014 roku ciągle trwa. To kolejny projekt, który powstał z inspiracji wydarzeniami z marca 2011 roku.

Tsunami zniszczyło muzea na północy ściany. Niektóre zmiotło z powierzchni ziemi, w innych przestał działać prąd i zniszczeniu ulegały kolekcje muzealne. Jeszcze inne przerobione na tymczasowe schronienie dla ludzi. W 2011 coś się złamało – w sztuce i w artystach. A także w życiu. Więc my połamaliśmy ścianę galerii tworząc z niej kawałki układanki. Jeździmy z nimi po świecie i zostawiamy w różnych miejscach – stają się częścią prawdziwego świata. W zamian zabierajamy identyczny kawałek z tego miejsca do naszej pociętej galerii. Odbudowujemy to zniszczone życie. A jako, że to puzzle to każdy kawałek jest połączony.

Wycięliście już kawałek z fabryki ubrań w Bangladeszu, rzeźni w Dreźnie, przestrzeni dla dzieci w Hiroszimie, butiku w Londynie. Przed spotkaniem ze mną jechałeś do prowincji Gunma, półtorej godziny od Tokio. Dlaczego akurat tam?

W Gunmie mieszkają uchodźcy z Birmy z mniejszości etnicznej Rohingja. Ich historia jest okrutna. W czasie II wojny światowej uciekli przed Japończykami do Bangladeszu, którym rządzili Anglicy. Ci uformowali z nich jednostkę wojskową, po wojnie kazali wrócić do Birmy. Birmańczycy to Buddyści, Rohingja to muzułmanie, junta wojskowa mówi, że są nielegalnymi imigrantami z Bangladeszu, oni twierdzą, że żyją na północy Birmy od tysiąca lat. Są dyskryminowani, zwalczani, zapomniani. Nie mają dokumentów ani dostępu do edukacji. Po 2012 roku to się nasiliło, Rohingja zaczęli uciekać – statkami. Słyszałem historię o statku, na którym wszyscy zmarli, bo żaden kraj nie chciał ich przyjąć. W Japonii jest 250 uchodźców. Rohingja to połączenie między Anglią, Bangladeszem a Japonią.

Skąd będzie kolejny kawałek?

Z Rosji. Wybraliśmy już 20 miejsc. Całość zakończymy podczas Ural Industrial Biennal of Contemporary Art.

W zeszłym roku obchodziliście dziesięciolecie powstania Chim↑Pom. Co dalej?

Mamy długą listę pomysłów. Ostatnio urządziliśmy uliczną demonstrację z okazji ślubu Ellie.  Jej mąż to nowy lider w Shinjuku, dzielnicy Tokio. Ciągle robimy projekty związane z „Don’t follow the wind”. I zobaczymy, co nam jeszcze przyjdzie do głowy.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 1)
Loading...
Tekst powstał dzięki dofinansowaniu przez Fundację Towarzystwa Dziennikarskiego „Fundusz Mediów”.
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Moyan Brenn
The following two tabs change content below.
mm

Katarzyna Boni

Reporterka. Specjalizuje się w pisaniu o Azji, spędziła na tym kontynencie ponad cztery lata pracując w Japonii, Chinach, Kambodży, Tajlandii, na Filipinach i w Indonezji. Współpracuje z Gazetą Wyborczą, Kontynentami, National Geographic, Podróżami i Kuchnią. Razem z Wojciechem Tochmanem wydała książkę "Kontener" o życiu syryjskich uchodźców w Jordanii. Autorka książki "Ganbare! Warsztaty umierania" o japońskiej rzeczywistości pięć lat po tsunami.