Musimy przestać kpić z fanów Trumpa i w końcu zacząć ich słuchać – o Ameryce A i B

„Widziałem Amerykę, która zostaje w tyle, rozzłoszczoną, sfrustrowaną i coraz chętniej sięgającą po narkotyki. To był ten tylny rząd, wypełniony ludźmi, którzy zdecydowali się pozostać w rodzinnych miasteczkach, albo nigdy nie mieli szansy z nich wyjechać”, wspomina Chris Arnade, były bankier z Wall Street.

Przedruku oryginalnego artykułu dokonał Jędrzej Jaxa-Rożen.

Stany Zjednoczone to kraj podzielony na wiele sposobów: według rasy, klasy społecznej i wykształcenia. Wybory z 2016 podzieliły Amerykanów jeszcze bardziej. Podczas, gdy mniejszości swój głos zdecydowanie oddały na demokratyczną kandydatkę, Hillary Clinton, biali wyborcy podzielili się, jak nigdy dotąd według swojego wykształcenia. Ci z ukończonym liceum – dzieciaki z pierwszych ławek – wsparli Clinton w wiele większym stopniu, niż ci, którzy porzucili szkołę – uczniowie z tylnych ławek.

Wiele z powodów tego podziału sprowadza się do faktu, że pierwszym rzędom powodzi się o niebo lepiej niż ostatnim. Podczas, gdy dzieciaki z tylnych ławek zarabiają dziś ok. 20% mniej niż 35 lat temu, te z pierwszych zarabiają więcej.

„Jednak pęknięcie amerykańskiego społeczeństwa sięga głębiej”, twierdzi Chris Arnade. „Jestem jednym z  kujonów, ale ostatnie pięć lat spędziłem między towarzystwem z tylnych rzędów. I to co zobaczyłem, to dwie bardzo różniące się od siebie Ameryki, wyznające fundamentalnie odmienne wartości.”

„To właśnie ten podział, wzmocniony przez granice rasowe, wykorzystuje teraz Donald Trump. To z jego powodu my w pierwszych rzędach nie dostrzegliśmy szerokiego poparcia, jakie Trump uzyskał mimo swoich paskudnych poglądów.”

Ten podział sprawił, że wielu ludzi zlekceważyło Trumpa i jego szanse na zostanie prezydentem.

Wesprzyj #Medium

Przez większą część swojego życia Chris Arnade był bankierem z Wall Street, siedzącym za ścianą komputerowych ekranów i grającym w giełdowym kasynie. To było bardzo dobre życie i podobne wiedli ludzie z jego otoczenia—współpracownicy, znajomi i sąsiedzi, pracujący jako bankierzy, prawnicy i dziennikarze.

„Byliśmy prymusami z pierwszych ławek, mieliśmy poczucie, że wszystko zrobiliśmy, jak trzeba. W szkole mieliśmy dobre stopnie, na studiach nie zbijaliśmy bąków. W większości wspierali nas rodzice. Wykształcenie zapewniło nam dobrą pracę, która pozwoliła nam żyć w dobrej okolicy”, wspomina Arnade.

Wielu z nich było komputerowymi maniakami, dobrymi z matmy, zanurzonymi w inteligentnych, racjonalnych dyskusjach. Podparty tytułem doktorskim z fizyki Chris Arnade był jednym z  tych młodych naukowców, którzy zmienili Wall Street.

000706-N-1110A-505
https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Defense.gov_News_Photo_000706-N-1110A-505.jpg

„Otoczeni kokonem cyferek, tabeli, danych i naszą obsesyjną racjonalnością mieliśmy pewność siebie, która szybko zamieniła się w pychę, w miarę jak opanowywaliśmy coraz więcej dziedzin, od baseballa po finanse, dziennikarstwo i politykę”, przyznaje Arnade.

Ta pycha powinna była się rozpłynąć po krachu finansowym z 2008. Ich ślepa wiara w liczby i panowanie nad nimi okazała się katastrofalna. Arnade twierdzi, że powinni byli na nowo przemyśleć rzeczy, które uważali za pewniki. Jednak zamiast tego woleli skupić się na unikaniu odpowiedzialności i robiliśmy biznesu dalej, jak gdyby nic wielkiego się nie stało.

To wtedy Chris zaczął fotografować New York City. Wychodził na długie spacery, żeby zrzucić stres, jaki w pokryzysowym zamieszaniu miał w pracy. Zaczął pozwalać, by  jego decyzje czasem opierały się na tak niewymiernych podstawach, jak empatia i ciekawość, a nie – jak dotąd – na rachunku prawdopodobieństwa i kalkulacji ryzyka.

Z Wall Street odszedł w 2012 i stopniowo poszerzył swoje horyzonty poza Nowy Jork. „Przejechałem prawie 300 000 km odwiedzające wszystkie  miejsca, nad którymi zazwyczaj tylko przelatujemy. Miejsca, w których niektórzy z nas się wychowali (jak ja), ale które w ferworze robienia kariery pozostawiliśmy daleko za sobą.”

Skupił się, jak mówi, „na banałach, z których składa się większa część naszego codziennego życia” – na rezydencjach, osiedlach, przyczepach mieszkalnych, kościołach, galeriach handlowych i przydrożnych marketach. Włóczył się, gadał z każdym, kto miał na to ochotę, spał w motelach, których część wynajmujących stanowiły rodziny korzystające z opieki społecznej. Poranki spędzał w sieciowych fast-foodach.

IM000686.JPG

W ten sposób Chris Arnade poznał zupełnie inną Amerykę, wypełnioną miasteczkami i osiedlami, które  w większej części były pozbawione sprawnie działających instytucji poza najbardziej podstawowymi.

„Widziałem Amerykę, która zostaje w tyle, rozzłoszczoną, sfrustrowaną i coraz chętniej sięgającą po narkotyki. To był ten tylny rząd, wypełniony ludźmi, którzy zdecydowali się pozostać w rodzinnych miasteczkach, albo nigdy nie mieli szansy z nich wyjechać”, wspomina Arnade.

Te tylne rzędy i ich frustracje nie były widoczne w mediach, bo one również zostały przejęte przez dzieciaki z pierwszych rzędów, teraz pracujące w pierwszorzędnych miastach i mieszkające w pierwszorzędnych okolicach. Staromodny, porządny reportaż ustąpił miejsca statystycznym analizom, a te pokazywały, że ogólnie sprawy mają się dobrze. Amerykański PKB rósł, tak jak zyski i rynki finansowe. Niepokojące dane—stagnacja dochodów większej części Amerykanów i rosnące nierówności—były tylko statystykami. Towarzyszących im złości, frustracji i upokorzenia w ogóle te statystyki nie ujmowały.

„Ludzie, z którymi rozmawiałem”, mówi Chris, „widzieli tylko niesprawny system, w dodatku skierowany przeciwko nim. “Dlaczego ratowaliśmy banki na Wall Street, ale kiedy nasze fabryki padały nas nikt nie ratował?” – pytali. Próbowałem wyjaśniać, że według wszelkich danych wsparcie banków było korzystne i budżet państwowy nawet na tym zarobił. W końcu jednak dałem spokój, bo zrozumiałem, że gołe cyfry nie biorą pod uwagę o wiele większych kosztów społecznych.”

Wiele miasteczek z upadłym przemysłem zależało teraz wyłącznie od rządowego wsparcia. Dla wielu z ich mieszkańców było to upokarzające. Zwłaszcza, kiedy wszystkie audycje i artykuły dookoła mówiły tylko o tym, że gospodarka wraca do formy i w ogóle żyjemy w dobrych czasach.

Tymczasem każdy miał krewnego, przyjaciela czy sąsiada ,który stracił pracę czy dom, albo znalazł się w szponach nałogu. Dla całej społeczności takie dramaty nie były statystyką, każdy ból był dojmująco odczuwalny.

„Kiedy tak siedziałem w kolejnych McDonaldach, słuchając osobistych opowieści o życiowych dramatach, kiedy w kościołach słyszałem pastorów żegnających kolejnych wiernych po przedawkowaniu, zobaczyłem jak ślepi i zarozumiali byliśmy w tych swoich pierwszych rzędach. Nie tylko oderwaliśmy się od rzeczywistości przeciętnych ludzi, ale też nie byliśmy w stanie zrozumieć ich gniewu, ponieważ inaczej mierzyliśmy sukces”, przyznaje  Arnade. „Byliśmy ludźmi od liczb, i chcieliśmy aby te liczby rosły. Chcieliśmy zwiększać wydajność, zwiększać zyski, zwiększać PKB.”

Ale nie myśleli wówczas o szerszych konsekwencjach swoich działań. Nie rozumieli bądź nie przejmowali się tym, że pogoń za zyskiem może zniszczyć lokalne społeczności i instytucje, rzeczy tak ważne dla innych ludzi.

Wdrożyli koncepcje, które na papierze wyglądały świetnie i przenieśli produkcję za ocean, pustosząc przy tym wiele miast i miasteczek. „Kiedy ludzie narzekali, lekceważyliśmy ich jako zbyt słabo wykształconych, by mogli te procesy zrozumieć.”

Mówili:  “patrz, z liczb jasno wynika, że globalizacja działa.” Często wręcz drwili z takich rzeczy jak wiara, bo kościoły i religie były przeciwieństwem ich naukowej racjonalności.

Kiedy Trump ogłosił swój start w wyborach, Chris widział, jak jego słowa trafiają do białych, gorzej wyedukowanych wyborców. Mówił do tych samych ludzi, których Arnade spotykał w swoich włóczęgach; mówił, że przywróci im dumę i godność.

Większość kujonów z pierwszych rzędów, prasa i politycy początkowo zlekceważyli wpływ Trumpa, ponieważ sprowadzał się do rasistowskiego wyszukiwania kozłów ofiarnych. Jego rasizm, jego mur i cała anty-imigrancka retoryka odwoływały się przede wszystkim do uprzedzeń, ale atakował on również naszą ulubioną globalizację—a w ten sposób także nas.

„Drwił z nas, a tylne rzędy uwielbiały, kiedy to robił. Tam, gdzie my widzieliśmy chamstwo i brak ogłady, jego wyborcy widzieli twardziela, który nie boi się pluć w kujonów gumą do żucia.”

Ci wykształceni i z ogładą odpowiedzieli na to jeszcze większym oburzeniem i pogardą. A on mimo to odnosił coraz większe sukcesy, aż w końcu został prezydentem.

Te kilka lat, przez które będziemy musieli znosić jego wybryki wygląda teraz jak pokuta za zadufanie Amerykanów. Nie tylko oni, lecz my wszyscy, którzy nim gardziliśmy musimy teraz ten kielich goryczy wychylić, a żeby to nie poszło na marne, powinniśmy też wyciągnąć z tego wszystkiego wnioski, przyznać się do własnych błędów i za nie przeprosić – najlepiej w czynach, a nie słowach. Jedak aby to zrobić, najpierw musimy wyjść zza naszych komputerowych ekranów.

Źródło: http://qz.com/818726/donald-trumps-supporters-deserve-our-support-not-our-scorn/#
Zdjęcie główne pochodzi z Flickr.com
Autor: Darron Birgenheier