Pieniądze się znalazły, ale niesmak pozostał

4 listopada w głównym wydaniu Wiadomości wyemitowany został materiał o dużych fundacjach, m.in. Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego czy Fundacji Szkoła Liderów. Był to kolejny materiał, w którym autorzy stawiają fundacjom zarzut uczestnictwa w nieformalnym łańcuchu powiązań, który – w skrócie mówiąc – polegał na zatrudnianiu w fundacjach dzieci znanych osobistości (np. córek Andrzeja Rzeplińskiego i Bronisława Komorowskiego), co z kolei miało pomagać uzyskiwać środki publiczne z warszawskiego ratusza czy z ministerstw obsadzanych przez polityków związanych z obozem Platformy Obywatelskiej.

Autorem artykułu jest Lesław Sierocki.

Materiał skonstruowany był bardzo sugestywnie. Nie twierdząc, że ma miejsce działanie typowo przestępcze, autorzy prezentują animacje, na których widzimy poszczególne znane twarze i nazwiska połączone strzałkami. Całość dopełniają banknoty płynące np. od Hanny Gronkiewicz-Waltz w kierunku jednej ze wspomnianych organizacji. Odbiorca ma ulec wrażeniu, że przepływy są co najmniej dwuznaczne, zwłaszcza, że przecież od miesięcy słyszymy o bardzo dziwnych działaniach Pani Prezydent Warszawy w temacie reprywatyzacji. Pojawia się skojarzenie – skoro „kradła” kamienice, to równie dobrze mogła przelewać „lewe” pieniądze. A brak dowodów to tylko dowód na to, że dowody są, ale jeszcze ich nie znaleźliśmy.

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Konferencja_Hanny_Gronkiewicz-Waltz_(15687378656).jpg
https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Konferencja_Hanny_Gronkiewicz-Waltz_(15687378656).jpg

Wprawione oko łatwo dostrzeże manipulację polegającą na zasiewaniu wątpliwości w umyśle widza „Wiadomości” metodą: „Niczego nie twierdzimy, stawiamy tylko pytania”. Ponieważ oskarżenie o przestępstwo nie pada, to nikt nie może nikomu zarzucić kłamstwa, a mimo tego widz nie znający mechanizmów finansowania stowarzyszeń i fundacji z pieniędzy publicznych, widząc animację z fruwającymi banknotami, nabiera podejrzeń, że „coś tam musiało być nie tak.” I o to chodzi.

Fundacje nie są jednak bezbronne. Każda z nich przeprowadziła przez ponad 20 lat działalności setki, jeśli nie tysiące szkoleń, mają wiec za sobą rzeszę sympatyków i absolwentów poszczególnych programów. Sam należę do tego grona, w 2008 uczestniczyłem w XVI Szkole Liderów Społeczeństwa Obywatelskiego organizowanego przez Szkołę Liderów. Duża część absolwentów to dziś publicyści, urzędnicy czy politycy na szczeblu samorządowym i ogólnopolskim, więc gdy organizacje zostały zaatakowane, w sieci pojawił się intensywny publicystyczny „kontratak”, że oto „dobra zmiana” niszczy niewygodne, prodemokratyczne, zasłużone fundacje. Absolwenci programów masowo i publicznie wyrażają wsparcie, i deklarują zaufanie do działalności fundacji, którym wiele zawdzięczają.

Będąc, jak wspomniałem, absolwentem SLSO, również poczułem się wywołany do tablicy, choć określenie stanowiska w tej sprawie zajęło mi dłuższą chwilę. Zastanawiałem się, gdzie właściwie jest „pies pogrzebany”, dlaczego taki spór ma miejsce i jakie wnioski powinniśmy z niego wyciągnąć? Z jednej strony zarzuty na pierwszy rzut oka są naciągane i choćby elementarna orientacja w świecie NGO wystarcza, aby rozumieć, że prezentowane sytuacje to absolutna norma i nic patologicznego. Z drugiej strony naiwnością byłoby sądzenie, że osoby odpowiedzialne za przyznawanie publicznych pieniędzy nie wiedzą, czyja córka pracuje w której Fundacji i że decydenci będą od tej wiedzy w magiczny sposób abstrahować.

Sytuacje takie są smutną normą wszędzie tam, gdzie urzędnik decyduje o publicznych pieniądzach. Im więcej okazji do rozdania pieniędzy, tym większa pokusa aby „dać swoim” (nie łudźmy się, że za kilka lat analogicznych materiałów nie pokaże „nowa władza” prezentując „podejrzane” przepływy w obozie dzisiejszej władzy). Czy jesteśmy skazani na takie przepychanki? Rozwiązanie może być proste, eleganckie i ostateczne. Tego typu problemy można zlikwidować całkowicie zmieniając sposób przyznawania publicznych pieniędzy. Możliwości jest bardzo wiele, poniżej proponuję dwa sposoby.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Pierwsza opcja, której przyklasną skrajni libertarianie, to oczywiście opcja zerowa – państwo przestaje zabierać obywatelom pieniądze, aby potem „mądrze” rozdawać je (odpowiednim) fundacjom. Pieniądze zostają w kieszeni obywateli, którzy przeznaczą je na wspieranie organizacji bliskich ich sercom (lub nie, jeżeli żadna z fundacji nie wzbudza u nich wystarczającego zaufania). Uprzedzając głosy, że tak się nie da, chciałem poinformować, że przez ponad 2 lata pracowałem w Stowarzyszeniu Twoja Sprawa, które dbając o swoją niezależność, z założenia nie startowało w żadnych konkursach o duże granty. Stowarzyszenie utrzymywało się w ogromnej większości z darowizn prywatnych osób, co z kolei zmuszało nas do dbania o relacje z naszymi sympatykami i transparentnego tłumaczenia im, dlaczego to, co robimy jest ważne. Oparcie finansowania na sympatykach jest dla organizacji najzdrowsze w sensie działania i najbezpieczniejsze w sensie politycznym. Finansowanie oddolne to najlepsza szczepionka na znaną w branży chorobę zwaną „grantozą”, czyli dopasowywanie organizacji pod konkursy, które akurat w danym momencie się dzieją. Wszak pieniądz nie śmierdzi, jak dają to głupio nie wziąć.

Opcja zerowa budzi jednak duże obawy, czy nasze społeczeństwo nie jest wciąż nazbyt zatomizowane i czy wystarczająco wiele osób rozumie, jak istotne dla rozwoju społeczeństwa są organizacje pozarządowe. Taki scenariusz mógłby zakończyć się zapaścią trzeciego sektora i śmiercią wielu organizacji, które choć potrzebne, nie potrafią umiejętnie „zawalczyć” o swoich sympatyków.

Rozwiązanie drugie to rozszerzenie mechanizmu 1% podatku. Ministerstwa i urzędy przestają rozdawać granty, a środki te są przesuwane „we władanie” obywateli, którzy w PITach wskazują, które organizacje działają w ich imieniu. Należałoby przy okazji wprowadzić kilka zmian np. zakaz wykupowania kosztownych billboardów na kampanie 1% (wzorem wyborów samorządowych, wyobrażam sobie limit wydatków na kampanię 1%), a także prawo rozdzielenia podatku pomiędzy kilka organizacji. Oczywiście też proporcjonalnie do „zaoszczędzonych” w ministerstwach środków, 1% powinien się zamienić w 2 czy 3% podatku.

Rozwiązanie wyobrażam sobie tak, że obywatel wskazuje organizacje, które zna i którym ufa, a one otrzymują z ministerstwa „grant” na swoje działania. Ten element działałby identycznie jak dziś. Istotną zmianą byłaby zaś sytuacja, w której obywatel w PITcie nie wskazuje żadnej organizacji. Wtedy środki z podatku trafiałyby na celowy fundusz, który następnie, bez żadnych procedur konkursowych, byłby rozdzielany proporcjonalnie pomiędzy te organizacje, które zostały w PITach wskazane. Proporcje podziału funduszu wynikałyby z ilości osób, które wskazały poszczególne organizacje – im więcej obywateli wskazało dane stowarzyszenie, tym większą część środków z funduszu by ono dostało. Do rozdziału byłaby więc stała kwota, jednak niegłosujący po prostu wyrażaliby milczącą zgodę, aby inni zadecydowali, które organizacje powinny otrzymać ich wsparcie.

Takie rozwiązanie zmusiłoby organizacje do drastycznej zmiany sposobu działania. Fundacje musiałyby być bliżej ludzi i nauczyć się lepiej tłumaczyć co robią, po co i dlaczego to się przekłada na wspólne dobro. Jeżeli organizacja przekonałaby do swoich działań, projektów, raportów czy happeningów przynajmniej kilkaset czy kilka tysięcy osób, to podatek wzmocniony pieniędzmi od „niedeklarujących” zamieniłby się w znaczącą sumę, która zapewniłaby organizacji kolejny rok działania.

Oczywiście taki mechanizm stałby się kuszącym kąskiem dla różnych naciągaczy, więc część urzędników, którzy dotychczas zajmowali się konkursami, zostałoby oddelegowane do baczniejszego monitorowania sprawozdań fundacji.

Jestem przekonany, że taki „wolny rynek” fundacji miałby wspaniały wpływ na wszystkich.  Skłoniłby organizacje do lepszej komunikacji z obywatelami, a większy nadzór zmusiłby do lepszego gospodarowania środkami. Organizacje z realnym poparciem i zasługami byłyby spokojne o swój los, bez obracania się na kaprysy urzędników i aktualny „polityczny układ”. Obywatelom dalibyśmy do ręki kolejne narzędzie zasilenia swoich lokalnych wspólnot, sądzę bowiem, że znaczącym beneficjentem takiego mechanizmu byłyby lokalne organizacje szkolne i osiedlowe, które będąc najbliżej swoich sympatyków mają ich realne wsparcie i zaufanie. Państwo zaś zdejmując sobie z barków ten „smutny” obowiązek dokonywania wyborów, które z fundacji są „mojsze”, pokazałoby, że wierzy w swoich obywateli i w wybory, których oni dokonują.

Jestem przekonany że taka reforma byłaby przede wszystkim w interesie samych organizacji pozarządowych, bo tylko w ten sposób mogą one uniknąć smutnego losu Rysia z poniższego dowcipu:

„- Rysiek, wiesz, nie chcę, żebyś do nas więcej przychodził.
– Jak to, ale co się stało?
– No po prostu nie przychodź i już.
– Ale co się stało, do cholery?
– Jak byłeś u nas ostatnio, to zginęło nam 150 złotych.
– Coo?? No jak to, przecież znamy się tyle lat, chyba nie myślisz, że to ja?
– No nie, spokojnie, pieniądze się znalazły. Ale wiesz, niesmak pozostał.”

Główne zdjęcie pochodzi z YouTube’a.

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: -1, liczba głosów: 11)
Loading...