Jak Facebook wpływa na poglądy i mowę nienawiści w Birmie. Ku przestrodze

Jeszcze przed 2014 r. mniej niż 1% Birmańczyków miało dostęp do internetu. Obecnie kraj staje się online w zastraszającym tempie.  To samo dzieje się z fałszywymi newsami i antymuzułmańskimi postawami.

Dzięki czemu Birmańczycy znają Donalda Trumpa? Dzięki internetowi oczywiście!

Jeszcze do niedawna nikt w Birmie nie słyszał o Trumpie. Nagle zaczęło być o nim głośno, dzięki internetowi i Facebookowi, a przede wszystkim dzięki jego absurdalnym i głupim komentarzom, jakie pojawiały się w internecie. To te komentarze i internet uczyniły Trumpa znanym i sławnym w  Birmie.

„Typowe dla internetu jest to, że ktoś gada głupoty i to czyni go sławnym”, mówi 19-letnia studentka, Shar Ya Wai.

Dla niej, tak jak dla większości mieszkańców 50-milionowego kraju, internet jest czymś nowym. Birmańczycy przeskoczyli erę PC-ów i laptopów, i jeśli korzystają z internetu (który zaczął raczkować bardzo powoli pod koniec rządów junty), to tylko z telefonu komórkowego. Jak tylko Birma w 2014 r. otworzyła swoje granice na międzynarodowe firmy telekomunikacyjne, rozpoczął się boom na telefony komórkowe. Nagle telefony zaczęły być po prostu wszędzie, a  wraz z nimi – internet.

Birmańscy mnisi na moście w Mandalay. Fot. Natalia Wilk-Sobczak
Birmańscy mnisi na moście w Mandalay. Fot. Natalia Wilk-Sobczak

Nikt jej nigdy nie powiedział, jak korzystać z internetu bezpiecznie, co robić, co mówić, co pisać

Dla Shar Ya internet jest taką wielką publiczną przestrzenią, gdzie każdy ma tyle do powiedzenia; przestrzenią, która jest niezorganizowana, bombastyczna i przytłaczająca; czymś totalnie przeciwnym do jej cichego życia, którym żyła do tej pory.

„Ja jestem energiczna. Tak jak mama, mówię dużo, ale to nic w porównaniu z tym, ile mówi się w internecie”, mówi Shar Ya.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Jej tata, rozważny i cichy człowiek, nie chciał, aby kupowała sobie telefon. Pragnął, aby poczekała, aż będzie na tyle dorosła, by mądrze i bezpiecznie z niego korzystać. Nie bardzo wiedziała, co to znaczy. Podejrzewała, ze tacie chodzi o te wulgarne i obsceniczne rzeczy, które wrzucają mężczyźni… A może obawiał się oszustów, którzy żerują na naiwnych użytkownikach dopiero co rodzącego się w Birmie internetu. Nikt nigdy jej nie powiedział, jak korzystać z internetu bezpiecznie, co robić, co mówić, co pisać.

Gdy w końcu kupiła swój pierwszy telefon komórkowy była przerażona. W sumie w takim kraju jak Birma można mieć powody.

Birmańskie dziewczyny w jednej ze świątyń w Pagan. Fot. Natalia Wilk-Sobczak
Birmańskie dziewczyny w jednej ze świątyń w Pagan. Fot. Natalia Wilk-Sobczak

Przez blisko 50 lat Birmą rządziła dyktatura wojskowa, która tłumiła wszelkie przejawy sprzeciwu i ograniczała wolność słowa, doprowadzając do narzucenia przez USA i Europę sankcji na kraj, co w ogromnym stopniu spowodowało odcięcie Birmy na reszty świata. Przykładem totalnej izolacji państwa były wydarzenia po cyklonie w 2008 r., kiedy rząd birmański utrzymywał, że kraj radzi sobie z katastrofą i przez pierwsze dwa tygodnie od kataklizmu nie wpuszczał żadnych organizacji humanitarnych, doprowadzając tym do śmierci tysięcy osób oraz rozkładu ciał w rzekach, a co za tym idzie – niemożliwości korzystania z tak zanieczyszczonych wód. W sposób niezwykle przejmujący historię katastrofy, w wyniku której zginęło i zaginęło 138,300 ludzi oraz działania totalitarnego reżimu opisuje Emma Larkin w swojej książce „Everything is broken. A tale of catastrophe in Burma”.

Zmiana nastąpiła w 2011 r. kiedy rozwiązano juntę wojskową i ustanowiono cywilny rząd, przynajmniej tytularnie. W 2015 r. w pierwszych, wolnych od wpływów junty, wyborach większość głosów uzyskała Liga Narodowa dla Demokracji, partia Aung San Suu Kyi. Zmiany, które wówczas wprowadzono w kraju, w którym religią dominującą jest buddyzm, nie były tak drastyczne i tak raptowne, jak te wywołane przez powszechne pojawienie się internetu. To internet, nie nowa władza, zrewolucjonizowała wszystko: od sposobu, w jaki ludzie wchodzą ze sobą w interakcje do możliwości otrzymywania wiadomości, które za czasów junty były bardzo mocno ocenzurowane.

Dziś w Birmie tabloidami są Facebook i szeroko pojęty internet: to te dwa „kolorowe magazyny” bezmyślnie powtarzają historie i kreują opinie Birmańczyków.

Młodzi mnisi chroniący się przed słońcem w Mingoon. Fot. Natalia Wilk-Sobczak
Młodzi mnisi chroniący się przed słońcem w Mingoon. Fot. Natalia Wilk-Sobczak

Reporterka BuzzFeed News Shreena Frenkel zwraca uwagę na to, że

„wiele z tych historii to sensacyjne i sprośne bajki, ściągnięte z Facebooka bez odniesienia do faktów. Picie zimnej wody podczas jedzenia gorącego posiłku wywołuje ból brzucha! Angelina Jolie zaadoptowała w tajemnicy birmańskie dziecko, ale trzyma je w ukryciu, bo jest zdeformowane! Tajski premier potajemnie randkuje z olimpijską gimnastyczką!”

Podżeganie do nienawiści w stylu Ku Klux Klanu

Takie historyjki cechują się niską bądź żadną szkodliwością. Co innego, gdy artykuły zaczynają obfitować w treści demonizujące mniejszość muzułmańską, która stanowi około 4% mieszkańców Birmy. Okazuje się, że wrzuca się online fałszywe informacje np. o tym, że hordy wyznawców Allaha atakują miejsca buddyjskich obrządków. Te artykuły są niezwykle nośne, udostępniane na social media z prędkością światła i idealnie korespondują ze wzrostem niechęci do muzułmanów i ataków na społeczności muzułmańskie.

Przemoc wobec muzułmanów mieszkających w Birmie nawiedza kraj od dziesięcioleci. Tylko w zeszłym miesiącu w wyniku brutalnych ataków zginęło 70 muzułmanów Rohingya. Human Rights Watch donosi, że spalone wsie było widać nawet z satelit kosmicznych. Jaki musiał być ogrom tego zniszczenia skoro widać go było nawet z kosmosu?!

Radykalne buddyjskie i antymuzułmańskie grupy, które do niedawna funkcjonowały na politycznym marginesie, nagle dzięki poczuciu wolności w internecie, a głównie na Facebooku, znalazły swoich zwolenników nie tylko w całym kraju, ale i na  świecie. Skontaktowały się nawet z samym Ku Klux Klanem, który popierał Donalda Trumpa w wyborach na prezydenta USA.

Gdyby fałszywy news miał taką moc wpływania na umysły ludzi podczas wyborów w USA, kraju, w którym media jako czwarta władza ma się bardzo dobrze, to co by się stało z rodzącymi się, wyzwolonymi spod wojskowego pręgierza, mediami w Birmie?

Shar Ya pamięta, jak awanturowała się z kolegą, który powiedział, że konkretna muzułmańska rodzina mieszkająca w jego okolicy powinna zostać wyeksmitowana, bo „Trump zamierza wprowadzić dla muzułmanów zakaz wjazdu do USA i że to jest dobry pomysł. I że to samo powinni zrobić w Birmie.”

Muzułmanka na targu w Yangoonie. Fot. Natalia Wilk-Sobczak
Muzułmanka na targu w Yangoonie. Fot. Natalia Wilk-Sobczak

Kolega Shar Ya, jak wiele innych osób, w internecie zapoznał się z radykalnymi poglądami, które wykorzystał do potwierdzenia swojej własnej ideologii ugruntowanej politycznym ekosystemem jego państwa.

Facebook wpływa na postawy w Birmie?

Dziś bardziej niż kiedykolwiek internet służy do potwierdzania własnych, szczególnie radykalnych poglądów. Im głośniej krzyczysz, im bardziej skandaliczne są twoje historie, tym większe prawdopodobieństwo, że będziesz w czołówce internetowych newsów, będziesz częściej udostępniany i komentowany. I naprawdę nieważne jest, czy historia, którą opowiadasz czy news, który rozprzestrzeniasz jest prawdziwy czy nie.

W USA trwa dyskusja na temat roli, jaką fałszywe newsy odegrały w ostatnich wyborach prezydenckich. Marc Zuckerberg, założyciel Faceboooka, utrzymuje, że zupełnie nieprawdopodobnym jest, aby nieprawdziwe newsy wpłynęły na głosowanie, choć później przyznał, że sprawa faktycznie wygląda na poważną.

Trudno jest oszacować wpływ Facebooka na postawy w  Birmie, lecz z pewnością jest on wszechobecny. Według Amara Digital, agencji marketingowej w Yangoonie, liczba użytkowników Facebooka podwoiła się w ostatnim roku, osiągając liczbę 9,7 miliona użytkowników na miesiąc! To nie wszystko. Liczba ta pewnie wzrośnie po tym, jak Facebook zrealizuje swój plan darmowego programu Free Basics – bardziej usprawnionej wersji Facebooka i innych stron internetowych.

Shar Ya twierdzi, że Facebook jest właśnie po to, aby mówić wszystko, co chcesz. I to faktycznie się dzieje. Korzystają z niego radykalni mnisi i autorzy komiksów politycznych. Dziesiątki ludzi wpakowano za kratki za treści, które udostępniali na Facebooku. Organizacje praw człowieka nie są w stanie ustalić ile dokładnie, ponieważ aresztowania są niezgłaszane, szczególnie poza centrum miasta, gdzie system prawny nie jest tak monitorowany.

Teraz, gdy junta wojskowa już nie rządzi, co czynić z wolnością wypowiedzi? I na kim spoczywa obowiązek edukowania społeczeństwa z bezpiecznego korzystania z internetu: na rządzie czy na Facebooku? Czy Facebook ochroni birmańskich użytkowników, gdy ci napiszą coś online – niewłaściwego z punktu widzenia rządu? Jak dać ludziom internet, którego pragną, a jednocześnie zapewnić im bezpieczeństwo?

birman-boy
Birmański chłopiec ze wsi Hsipaw. Fot. Natalia Wilk-Sobczak

Zakładając, że tak dużo osób, łącznie z Trumpem, dało się nabrać na fałszywe newsy, to ilu ludzi w Birmie jest w stanie rozróżnić, co jest prawdą, a co oszustwem?

Niektórzy z moich znajomych, pokolenie trzydziestolatków i mniej, nie chcieli głosować na Komorowskiego, bo „to taki dziadek z wąsem”, „robi błędy ortograficzne”, „potyka się”, „chciałabyś takiego prezydenta?”, „a jaki jest Duda?”, pytam, „no przystojny”, „reprezentacyjny”, „ale z PiS-u”, „aaa… to wtedy nie kojarzyliśmy go z tą partią”. WTF? Czy memy internetowe mogły wtedy zawarzyć na wyniku głosowania? Być może….

Birma otwiera się na internet

Gigantem na rynku telekomunikacyjnym w Birmie jest bezkonkurencyjny Ericsson. Abonentami tej sieci jest aż 35 z 50 milionów mieszkańców kraju. Wskaźnik użycia telefonów komórkowych jest niebywały! Przez pierwsze 6 miesięcy 2011 r. Birma była w czołówce trzech krajów z całego świata pod względem liczby nowy abonentów telefonów komórkowych.

Bank Światowy szacuje, że około 20% Birmańczyków jest obecnie online, większość z nich od zaledwie dwóch lat. Dla porównania, kiedy komercyjni dostawcy zaczęli sprzedawać dostęp do internetu w USA w 1989 r. Stanom zajęło 7 lat, aby osiągnąć liczbę 20% populacji online. W Indiach, które są najszybciej rozwijającym się rynkiem internetowym  na świecie, internet odpalił w 2000 r. i aż do 2015 r. nie osiągnął liczby 20%!

Mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu: Birma była tak długo izolowana od internetu i nagle otworzyła się na jego nieskończoną i nieprzesączoną formę.

Nigdzie indziej na świecie ten wzrost nie jest tak widoczny! Kiedyś w centrum Yangoonu przy świątyni Sule Pagoda sprzedawano znaczki i zegarki, teraz te sklepy pozamykano, a ich miejsce zajęły stoiska z komórkami i akcesoriami.

Sprzedawca komórek, Mai Thu Sien, od razu przy sprzedaży zakłada adres mailowy użytkownika i konto na Facebooku. Zapytany, czy przychodzą klienci ze swoim adresem mailowym, okazuje zdziwienie.

„Nikt nie pyta, nikogo to nie obchodzi. Większość nawet nie wie, że założenie adresu mailowego jest łatwe i darmowe. Zresztą i tak nikt nie używa maila. Wszyscy używają Facebooka.”

Buddyjski mnich nawołuje do nienawiści

Mnich Ashin Wirathu znany jest ze swoich radykalnych, antymuzułmańskich poglądów. Dorobił się nawet pseudonimu „birmański Bin Laden”. Był w więzieniu za podżeganie do nienawiści i prześladowania Rohingyów, mniejszości muzułmańskiej w Birmie, został wtedy skazany na 7 lat więzienia. Kiedyś był członkiem ekstremistycznego Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Rasy i Religii. Obecnie grupa nazywa się Ma Ba Tha.

Buddyjski mnich sugeruje, który dziennik kupić. Fot. Bartek Sobczak
Buddyjski mnich sugeruje, który dziennik kupić. Fot. Bartek Sobczak

Od kiedy junta wojskowa zakończyła swoje rządy wzrosła rola mnichów w większości buddyjskim kraju. Wirathu i ruch Ma Ba Tha zaprzecza jakoby dokonywał aktów linczu, w wyniku których przez ostatnie lata zginęło ponad 200 muzułmanów, a ponad 150 000 zostało wysiedlonych.

Zwolennicy wypędzenia muzułmanów z Birmy nazywają ich „okrutnymi i dzikimi” i z łatwością znajdują kolejnych zwolenników, powtarzając te frazesy na Facebooku.

Po tym, jak media doniosły, że administracja Trumpa składa się z samych radykałów, Wirathu napisał oświadczenie, w którym pozdrawia Biały Dom, Trumpa i kibicuje walce z „islamskim terroryzmem”.

„Życzę Amerykanom, by byli wolni od jihadu. Niech świat będzie wolny od rozlewu krwi”, pisze w oświadczeniu na Facebooku.

To nie pierwszy raz, kiedy mnich wykorzystuje Facebooka do  wzmocnienia swojej pozycji na arenie międzynarodowej. Po wyjściu z więzienia w 2012 r. natychmiast założył konto na Facebooku.

„Gdyby nie było internetu w Birmie, niewielu poznałoby moje opinie, tak jak robią to teraz”, Wirathu przyznaje w wywiadzie dla BuzzFeed News, dodając że dalej będzie pisać książki i głosić kazania, ale teraz internet umożliwia dotarcie do wielu ludzi w o wiele szybszy sposób.

Na swoich kontach facebookowych mnich nawołuje do bojkotu muzułmańskich firm i wydalenia muzułmanów z Birmy. Ponieważ standardy Facebooka nie akceptują mowy nienawiści, jego konta są nieustannie blokowane. Stara się jednak być cały czas online.

Operator wycieczek, Win Lo Latt, zdradza, że wielu rzeczy uczy się od Wirathu, wchodząc na jego profil, i że to, co on głosi ma sens. Zachęca swoich przyjaciół do korzystania z nauk mnicha. U Wina na wallu można znaleźć fotografie mężczyzn, którym ISIS ucina głowy i podpis pod zdjęciem: „Muzułmańscy terroryści linczują buddystów”. Albo post o materiałach wybuchowych przechowywanych w meczetach w całej Birmie w celu zaatakowania buddyjskich świątyń. Policja nie znalazła na to żadnych dowodów. Wydaje się więc, że „newsy” podobnego rodzaju, które powtarzają się co kilka miesięcy, mają siać strach i nienawiść do muzułmanów.

Cyfrowy i informacyjny analfabetyzm

W wywiadzie dla Myanmar Times pracownik UNESCO posługuje się wyrażeniem „cyfrowego i informacyjnego analfabetyzmu”, nazywając stan wiedzy o korzystaniu z internetu przez Birmańczyków. Społeczeństwa, które szybko stają się online bez odpowiedniej edukacji na temat bezpiecznego korzystania z internetu, podawania danych, haseł, itp, najszybciej nabierają się na oszustwa internetowe i fałszywe newsy.

Podobno Facebook pracuje nad poprawieniem umiejętności informatycznych i ma wkrótce wypuścić kampanię uświadamiającą na temat bezpieczeństwa w sieci zaprojektowaną głównie dla Birmańczyków. Trzymam Zuckerberga za słowo.

Artykuł powstał w oparciu o reportaż Sheery Frenkel na BuzzFeed News. 

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 3)
Loading...
Autor zdjęć: Natalia Wilk-Sobczak