Był sobie psychomisio… Część III – Jak u mnie wyglądał toksyczny związek z psychofagiem?

O ile przemoc fizyczna jest sprawą dość „oczywistą”, o tyle przemoc psychiczna, emocjonalna, stanowi problem wyjątkowo „śliski”, wymykający się i niewidzialny… a przez to szalenie trudny do uchwycenia i udowodnienia, więc bagatelizowany i umniejszany – zarówno przez samą ofiarę jak i tzw. „społeczeństwo”.

Oto część III historii o przemocy psychicznej w związku i życiu jak na beczce z prochem. Opowiada Jessi Jones. Nie mogę podać jej prawdziwego imienia i nazwiska. Jessi chce pozostać anonimowa. Ale chce podzielić się tym, co przeżyła. A przeżyła horror.

Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki, poniżej znajdziecie pytania, które są jednocześnie tytułami rozdziałów jej ultraciekawej historii. Jakie są odpowiedzi na te pytania? Jeśli przeżyliście coś podobnego, możecie opisać swoją własną historię, bo – zdaniem naszej bohaterki – ten problem trzeba nagłaśniać.

PRZEMOCjonalny PsychoFAQ:

3.) JAK TO BYŁO U MNIE?

Zaczęłabym od tego, że dopóki nie „przerobiłam” swojego psychofaga (kryptonim operacyjny na potrzeby niniejszego tekstu – Szczur Paskudnik) miałam mgliste pojęcie o toksycznych relacjach. Nie zaprzątałam sobie głowy zagadnieniem przemocy emocjonalnej, bo w swoim buńczucznym mniemaniu byłam silną, niezależną i wielce przenikliwą osobą, ponadto miałam liczne grono znajomych, niemałe powodzenie u płci przeciwnej i ostatnie, co można by o mnie powiedzieć, to zakompleksiona „szara mysz”, desperacko czepiająca się pierwszych lepszych męskich gaci… Co mnie zatem „zgubiło”, że wpadłam w ramiona psychofaga? Cóż, z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że… NUDA. I – błoga ignorancja, brak pokory, niedopuszczanie możliwości, że taka „patolka” może stać się moim udziałem… (Dalszy ciąg historii pod linkami.)

1.) KTO TO JEST „PSYCHOFAG”? (charakterystyka psychomisia pod zdjęciem)

http://mediumpubliczne.pl/2017/01/byl-psychomisio-historia-o-przemocy-psychicznej-zwiazku-zyciu-beczce-prochem/

 

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

2.) NA KOGO PSYCHOFAGI LUBIĄ „POLOWAĆ”?

http://mediumpubliczne.pl/2017/01/byl-psychomisio-czesc-ii-kogo-psychofagi-lubia-polowac/

3.) JAK TO BYŁO U MNIE?

4.) JAK WYGLĄDA TYPOWY PRZEBIEG RELACJI O ZNAMIONACH TOKSYCZNOŚCI?

5.) JAKIE SĄ „ROKOWANIA”?

 

3.) JAK TO BYŁO U MNIE?

Właśnie skończyłam studia, byłam w długoletnim związku, który od pewnego czasu dryfował donikąd… Nie był to związek toksyczny, ale z czasem nasze drogi zaczęły się rozjeżdżać w różne kierunki – ja chciałam jakiegoś rozwoju, ŻEBY COŚ SIĘ DZIAŁO, a mój ówczesny narzeczony spędzał całe dnie przed komputerem, pogrążając się w defetyzmie i wegetacji. Nasza koegzystencja była wprawdzie bezkonfliktowa, jednak czułam narastającą frustrację. Zaczęłam więcej wychodzić ze znajomymi, łaknęłam rozrywki.

No i pewnego razu, w knajpie, wzrok mój został „przyciągnięty” przez pewnego, nieźle ubranego i przystojnego jak diabli, jegomościa. Dziś już wiem, że psychopaci słyną z niesamowicie hinotyzującego, intensywnego kontaktu wzrokowego – świdrują oczami na wylot. Wtedy nie miałam jednak takiej świadomości i to odważne „skanowanie” wyjątkowo mnie zaintrygowało…

Po bliższym poznaniu byłam oczarowana – delikwent wygadany, sporo starszy ode mnie, studia na prestiżowej uczelni, podróże, języki obce, wysublimowany gust muzyczny, zamaszyste plany na przyszłość. A do tego jakieś takie urocze, gamoniowate roztargnienie i gadułowatość… Byłam totalnie „kupiona”. To był ten katalizator do zmian, którego potrzebowałam. W przeciągu miesiąca zakończyłam poprzedni związek, zorganizowałam sobie przeprowadzkę i nową pracę. Wybuchła wiosna. Wszystko było piękne, aż nie do uwierzenia! Czy rzeczywiście..?

Byłam tak oczadzona hormonami szczęścia, że skrzętnie wypierałam lub racjonalizowałam pierwsze zgrzyty. Szczur Paskudnik prędko nabrał niechęci do moich znajomych i przyjaciół – sugerował, że to nie jest odpowiednie towarzystwo dla mnie („nie ten poziom”). Choć z początku szczodrze szastał groszem, nagle oznajmił, że chwilowo nie ma zleceń i krucho u niego z pieniędzmi. Później okazało się, że straszna krzywda psychiczna mu się dzieje w domu rodzinnym (opowiadał mi naprawdę wstrząsające historie ze swego ciężkiego dzieciństwa, więc pałałam zrozumieniem i chęcią pomocy).

Efekt? W przeciągu paru miesięcy przygarnęłam go pod swój wynajęty dach i wychodząc do pracy na całe dnie szczerze wierzyłam, że on w tym czasie gorliwie szuka zatrudnienia – że ta sytuacja jest przejściowa. Nie była… okazało się, że całymi dniami bawił się na moim komputerze. Gdy podpytywałam, dlaczego nie był na żadnej rozmowie kwalifikacyjnej, denerwował się i wymyślał coraz to ciekawsze wytłumaczenia na bezskuteczność swoich poszukiwań. A żeby było śmieszniej, na rynku pracy jego zawód jest wysoce rozchwytywany.

Mijał czas. Pewnego dnia odkryłam, że jestem w ciąży. Ucieszyłam się, bo zawsze chciałam mieć dzieci. Byłam przekonana, że taki „kop” ostatecznie zmotywuje mojego lubego do znalezienia pracy… Cóż, nie zmotywował.

Zaczęła się natomiast nerwówka, pierwsze kłótnie, wręcz awantury. Po raz pierwszy byłam świadkiem jego „relacji” z rodzicami i rodzeństwem – przeżyłam szok. W głowie mi się nie mieściło, jak można takim „rynsztokiem” ubliżać domownikom.

W każdej rodzinie występują waśnie, ale czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałam… Szarpanina, wulgaryzmy, wyzwiska, niszczenie sprzętów – i wszystko to wyłącznie ze strony mojego „ukochanego”. Rozstawiał rodzinę po kątach, jak tylko chciał. Byłam przerażona. Po porodzie – niewiele, może tydzień? Przekonałam się, że teraz moja kolej do poniewierki. Usłyszałam, że jestem dla niego śmieciem. Nikt nigdy mnie tak nie nazwał. Bolało bardziej, niż najbardziej palący strzał w pysk od wroga.

Byłam ze wszystkim sama – dziecko płakało, miałam poporodowe komplikacje zdrowotne, straciłam pracę, on oczywiście pracy nie znalazł (bo nie wysłał ani jednego CV), całymi dniami do późna w noc grał w gry komputerowe i popijał piwko, a ja do południa stąpałam na palcach z dzieckiem przy cycku, żeby jaśnie hrabiego nie obudzić… To był istny koszmar. Do tego moja rodzina nie była całą sytuacją zachwycona (delikatnie mówiąc), a ja znalazłam się w tym konflikcie między młotem a kowadłem…

Ostatecznie psychofag zmuszony był przyjąć jakąkolwiek ofertę pracy. Po znajomości, w odległym mieście. Na kiepskich warunkach, ale miał większe luzy. Przeprowadziliśmy się. Ja zajmowałam się dzieckiem i domem, on pracował. W domu musiało być „wylizane” na błysk, codziennie urozmaicone posiłki, śniadanko naszykowane rano i lunch do pracy, zakupy, rachunki popłacone na czas itd. No i pełna dyspozycja do seksu. Wieczorami padałam na pysk ze zmęczenia – dziecko w nocy często się budziło, chodziłam jak zombie.

Zaczęły się dziwne problemy zdrowotne. Kiedy wylądowałam w szpitalu, kilka godzin po operacji Szczur Paskudnik przyszedł niby w „odwiedziny” i zrobił mi – ledwo przytomnej z bólu – awanturę. Gdy zostałam wypisana, ledwo człapiąc na własnych nogach, musiałam sobie sama taksówką wrócić do domu – bo Pańciowi nie chciało się ruszyć tyłka po mnie. Ba, nawet nie wyszedł przed klatkę schodową, żeby mi pomóc wejść po oblodzonych stromych schodach…

Gospodarowałam pieniędzmi najlepiej jak potrafiłam, odmawiałam sobie praktycznie wszystkiego – pańcio natomiast MUSIAŁ mieć zapewnione ulubione używki, tj. szybki internecik (żeby się gołe panie nie zacinały na ekranie), półtorej paczki fajek dziennie, piwo, trawka. Kiedy kończyły się fundusze – wybuchały awantury, bo jak nie był zjarany w weekend, to trzeba było sobie brak haju czymś zrekompensować. Wtedy też coraz częściej byłam świadkiem różnych przykrych incydentów (m.in. bójek, zaczepek, zniszczenia mienia) inicjowanych przez Szczura Paskudnika. Potrzebował regularnych strzałów adrenaliny – nigdy nie mogło być NORMALNIE choć przez tydzień, bo dostawał świra…

Często jeździłam z dzieckiem do swojego rodzinnego miasta, do moich rodziców. Tam odpoczywałam i zbierałam siły na kolejny „turnus” przy psychofagu. Gdy wracałam, w mieszkaniu znajdowałam ślady bytności „osób trzecich” rodzaju żeńskiego, a moje i dziecka rzeczy były wyniesione „z widoku” i zamknięte w osobnym pokoju. Psychofag ze stoickim spokojem wyśmiał moje podejrzenia, tłumacząc, że chciał pościerać kurze z półek, dlatego zbazował wszystkie rzeczy w jednym miejscu.

Spojrzawszy na półki, ujrzałam nietknięty kurz i okrągłe ślady po moich kosmetykach w buteleczkach… Wmawiał mi też, że obcy błyszczyk do ust MUSI być mój. Albo dziewczyny poprzedniego lokatora – i widocznie NAGLE wyturlał się zza pralki. Czy coś w ten deseń.

Podczas, gdy psychofag był w pracy, dziecko spało, a ja miałam chwilkę spokoju – oddawałam się pasji rękodzielniczej, aby nie sfiksować. Moje „dzieła” okazały się całkiem „chodliwe” w internecie i wśród moich bliższych i dalszych znajomych, otrzymywałam nawet specjalne zamówienia z zagranicy. Komentarz mojego „lubego”? „Daj sobie spokój z tymi badziewnymi gniotami, przedszkolak zrobiłby to lepiej…” – cóż, nie ma to jak wsparcie i radość z osiągnięć (choćby niewielkich) ukochanej osoby, prawdaż? Ten przykład to zaledwie kropla w morzu, takich sytuacji było mnóstwo.

Nim się obejrzałam, z niegdyś ładnej, wesołej, kreatywnej i przebojowej dziewczyny stałam się małomówną, zestrachaną, poszarzałą, zmizerowaną, płaczliwą, osowiałą, rozmontowaną psychicznie setną kserokopią samej siebie… Po drodze było kilka dość dramatycznych dla mnie incydentów, których nie będę opisywać, ale kwalifikowały się na interwencję policji – oczywiście każdorazowo dawałam się ugłaskać, że to ostatni raz, że on nie wie, co w niego wstąpiło, że ma taką stresującą pracę (stresującą – taa, chyba dla współpracowników). Że zrozumiał swój błąd, że błaga o szansę, blablabla.

Zależało mi na tzw. pełnej rodzinie dla dziecka, nie wyobrażałam też sobie powrotu „na tarczy”, jako przegryw, z podkulonym ogonem, do mojej rodzinnej miejscowości – było mi zwyczajnie wstyd za swoją porażkę, tym bardziej, że na samym początku taka byłam zachwycona nowym chłopem. A tu taki żenujący klops. Robienie dobrej miny do złej gry wydawało się naonczas jedyną opcją…

Coraz bardziej jednak nienawidziłam swojego życia. Miałam wprawdzie przy sobie cudowne dziecko, ale tym bardziej było mi przykro, że „zafundowałam” mu takie pochrzanione zaplecze rodzinne.

Przemoc fizyczna byłaby następnym etapem, jestem tego pewna. Po którejś jatce psychofag poszedł „w tango”, a ja nad rzekę, gdzie przez godzinę kłębiły mi się w głowie najczarniejsze myśli. Ostatecznie zawróciłam, usiadłam do komputera, zaczęłam rozpaczliwie szukać… Szukać pomocy – wtedy jeszcze dla NAS. I czytać. Trafiłam na portale dotyczące przemocy w rodzinie. Okazało się, że zachowania mojego partnera kropka w kropkę odpowiadają symptomom toksycznej relacji i przemocy emocjonalnej.

Byłam zdruzgotana. Tym bardziej, że praktycznie wszystkie opracowania (pisane przez specjalistów, ale też zdesperowane ofiary) raczej nie dawały wielkich nadziei na powodzenie terapii… Zaczęłam chłonąć i analizować informacje – czułam, że wreszcie znalazłam klucz do całej tej chorej układanki.

Tymczasem – kolejne trupy zaczęły wypadać z szafy. Docierały do mnie wiadomości m.in. o zatajonych przede mną długach psychofaga, niespłaconych kredytach, postępowaniach egzekucyjnych, jego poważnych problemach interpersonalnych w poprzednich miejscach pracy i związanych z nimi zwolnieniach, zatargach z prawem, rękoczynach wobec poprzednich partnerek, wreszcie – zarzuconej przezeń terapii behawioralnej związanej z niekontrolowaniem agresji. Fajnie, co?

Po trzech latach zreflektowałam, że człowiek, z którym żyję pod jednym dachem, jest mi kimś zupełnie obcym, mało tego – zwyczajnie niebezpiecznym. Czułam się, jak wybudzona z długiego letargu. Postanowiłam, że muszę odzyskać swoje życie.

Ha, myślicie, że od psychofaga da się, tak po prostu, z klasą i po ludzku odejść..? Dogadać się? Nie ma mowy. On tu jest od decydowania, kiedy zabawa skończona. Posunie się do KAŻDEJ metody, aby Cię przy sobie zatrzymać – prośbą, groźbą, szantażem, czymkolwiek… Naobiecuje gruszek na wierzbie. Poziom psychodramy level psychofag – trzymajcie się ramy! Ze swojego doświadczenia radzę przygotować sobie sensowny plan ewakuacyjny. Na zimno.

Super ważne jest wsparcie zaufanych osób – ja odłożyłam dumę na bok i wtajemniczyłam kilka bliskich osób w specyfikę mojego związku. Otrzymałam ogrom pomocy – duchowej i bardziej konkretnej (logistyka przeprowadzkowo-mieszkaniowo-zawodowa). Nie było już odwrotu. Musiałam się zmierzyć z niewyobrażalną gównoburzą ze strony rozjuszonego psychofaga (i własnej, sabotującej samą siebie, współuzależnionej psychy) – ale ze wszech miar – BYŁO WARTO…

Dziś? Dziś jestem spokojna. Radosna i pogodna. Mam wokół siebie sprawdzonych przyjaciół. Rozwijam się. Tworzę szczęśliwy związek z odpowiedzialnym, zrównoważonym, niesamowicie ciepłym, empatycznym i szlachetnym Człowiekiem, który zamiast pierdzielić jałowe kocopoły o miłości, przychyla mnie i mojemu dziecku nieba, dba o nas, szanuje, troszczy się. Mamy bezpieczną przystań. Moje dziecko jest szczęśliwe, biologicznego ojca praktycznie nie pamięta, a rzeczony ma je w nosie, bo zbyt jest zajęty uganianiem się za kolejnymi kobietami, które go choć przez chwilę posponsorują…

4.) TYPOWY PRZEBIEG RELACJI I ZNAMIONA TOKSYCZNOŚCI.

W sieci można znaleźć mnóstwo świetnie wypunktowanych sygnałów ostrzegawczych, więc ograniczę się do przelotu przez najważniejsze kwestie.

– Toksyczny partner najczęściej prezentuje się swej potencjalnej partnerce jako przysłowiowy Książę na białym rumaku; przystojny, elokwentny, dżentelmeński, ogarnięty, oczytany, ę ą… Często mówimy o miłości od pierwszego wejrzenia – psychofagi często właśnie na pierwszy rzut oka mają „to nieokreślone COŚ”…

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +4, liczba głosów: 10)
Loading...