Był sobie psychomisio….Część V i VI- jakie są rokowania związku z psychofagiem i jak przetrwać psychofagowy surwiwal?

To jest właśnie najtrudniejszy punkt. Uświadomienie sobie, że jedyne, co możemy odratować z toksycznego przemocowego związku – to SIEBIE. I ewentualne potomstwo. To jest ekstremalnie gorzka piguła do przełknięcia dla kobiety wytresowanej do spełniania czyichś chimer i oczekiwań. Pomyśleć o samej sobie..? Zadbać, tak dla odmiany, także o swoje potrzeby? Jak jakaś EGOISTKA? Zostawić biednego, chorego misiaczka..?

To kolejne ostatnie już dwie części historii Jessi Jones – historii związku z socjopatą-przemocowcem. Nie mogę ujawnić jej prawdziwego imienia i nazwiska, Jessi chce pozostać anonimowa, ale pragnie podzielić się z Wami swoją historią. Jej zdaniem nagłośnienie tego rodzaju przemocy jest niezwykle ważne – może nawet uratować czyjeś życie.

5.) JAKIE SĄ ROKOWANIA?

TAK. Wiem, że KAŻDA z ofiar psychofagów w pierwszym odruchu gorączkowo kombinuje „Aha! No tak! On jest chory! A jak chory, to nie rozumie, że krzywdzi! Trzeba mu pomóc! Pójdziemy na terapię i on się zmieni.” Cóż… Postawmy sprawę jasno. Próbować leczyć można np. alkoholizm – bo warunkiem wstępnym skutecznej terapii jest uświadomienie sobie PRZEZ DELIKWENTA (we własnej osobie), że ma problem. W przypadku alkoholika jest to wprawdzie niełatwe, ale – możliwe. Natomiast jedną z fundamentalnych cech osób z zaburzeniami osobowości jest ich niezłomne przekonanie, że problem NIGDY nie leży po ich stronie. To otoczenie jest zawsze wszystkiemu winne, nie oni.

Specjaliści nie pozostawiają większych złudzeń co do rokowań terapii osobowości zaburzonych – one po prostu nie poddają się modyfikacji, są jak „wykute w skale”… Zresztą, psychofagi funkcjonują jak drapieżniki na sawannie – im się ta strategia życiowa zwyczajnie OPŁACA, bo są jej BENEFICJENTAMI – to ofiary cierpią, nie oni. Im to ODPOWIADA i nie pragną zmiany. Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż narcyz/psychopata dobrowolnie podejmie szczerą, NIEUDAWANĄ terapię. Jeśli ofiara myśli, że prześladowca zmieni się dzięki „potędze miłości”, to… cóż… powodzenia, niech śni dalej.

Ludzie nie zmieniają się DLA KOGOŚ – a zwłaszcza psychofag, dla którego miłość sprowadza się do endorfinowych przyjemnostek wczesnego stanu zakochania. On innego pojęcia miłości nie posiada.

Długo sama nie mogłam w to uwierzyć. W ten zwyrodniały cynizm kogoś, kto tak kwieciście i przekonująco zapewniał mnie o swej miłości. Że zestarzejemy się razem. Aż pewnego dnia zobaczyłam TO. Tę lodowatą, nienawistną pustkę w jego oczach. Tuż po tym, jak tarzał się we łzach, smarkach i drgawkach, w arcydoskonałej imitacji bezdennej rozpaczy po podłodze… I wstał, jak gdyby nigdy nic, otrzepał się raźno, i zasiadł do komputera, odpalił ulubioną grę. To wszystko w mniej niż trzydzieści sekund. W ułamku sekundy jego skurczona bólem twarz przestała wyrażać cokolwiek poza obrzydliwym samozadowoleniem z występu. Myślał, że wyszłam – a jak nie ma widza, to przedstawienie skończone. Nie wiedział, że przypadkiem byłam jednak świadkiem tej sceny – stojąc w drzwiach jak słup soli. Nasze oczy spotkały się. I wtedy do mnie dotarło. Iluzja przestała działać.

To są właśnie te ostatnie, rozpaczliwe złudzenia, które muszą opaść, aby ucieczka od toksyka mogła się w ogóle zacząć. Te złudzenia są najsilniejsze i odzieranie z nich boli najbardziej. Bo poniekąd dociera do nas ostatecznie, że psychofag NIGDY nie odwzajemniał naszego uczucia. Kochałyśmy wyidealizowany awatar, zaś człowiek, który się pod nim ukrywał, nie jest nawet zdolny do prawdziwej miłości. Dla niego istnieją tylko doraźne, miałkie emocjonalne podnietki. Substytuty.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Nie zna szacunku, troski, zaufania, nie potrafi budować głębokiej więzi. Ma natomiast wewnętrzny imperatyw wykorzystywania i dominacji. Jego celem jest bezwzględne i natychmiastowe, możliwie jak najwygodniejsze zaspokajanie własnych potrzeb i zachcianek, oraz maksimum rozrywki i przyjemności – a narzędziem wprzęgniętym do osiągania tego celu jest otoczenie, czyli inni ludzie, zazwyczaj ci najbliżsi, których on traktuje jak poślednie i podległe mu przedmioty – roboty bez uczuć, bez praw.

Niejednokrotnie spotykam się z apoteozą męczeńskiej postawy w związku – że nie wolno tracić nadziei, że trzeba „walczyć” do końca – i moje ulubione, modne ostatnio w internetach hasełko pod wizerunkiem pary przytulonych staruszków „dawniej jak coś się zepsuło, to się to naprawiało, a nie wyrzucało”… Jestem ZA pracą nad związkiem i naprawianiem czegoś, co się zepsuło. Problem w tym, że w przypadku związku z psychofagiem – on był „zepsuty” od początku. Wolę pracy nad sobą i nad relacją muszą wyrażać (nie tylko werbalnie) OBIE STRONY. Psychofag może markować współpracę, ale jest to chwilowe – dla uśpienia czujności partnerki lub rodziny. „Recydywa” gwarantowana. Po prostu nie wszyscy się nadają do tworzenia związków. I absolutnie nikt nie jest „zobowiązany” złożyć swojego życia na ołtarzu beznadziejnej, wyniszczającej, jednostronnej miłości. No chyba, że takie cierpienie mile łaskocze ego – bo i takie przypadki, niestety, spotkałam… Cóż, nikogo nie są się uszczęśliwić wbrew jego woli.

Żałuję, że spotykając „mojego” psychofaga miałam tak mizerną świadomość tego całego „fenomenu”, dlatego staram się – na miarę swoich możliwości – „nagłaśniać” zjawisko.

Każda przemoc funkcjonuje komfortowo dzięki milczeniu, izolacji, wybiórczej ślepocie, wymiataniu na peryferie, gdzie ciemno i głucho – wydobycie jej na powierzchnię, wskazanie palcem i kategoryczne nazwanie po imieniu sprawia, że zaczyna słabnąć – syczeć, dymić i wić się niczym wampir w promieniach słonecznych. Dojście do przysłowiowej „ściany” zajęło mi 3 lata, dla jednych „tylko” tyle, a dla mnie o trzy lata za dużo, ponieważ był to czas codziennego lęku, smutku, beznadziei, dezorientacji i pogardy, zapadania się w rezygnację i czarną nicość… ale plusem całej historii jest m.in. to, że TEN TYP jestem teraz w stanie bardzo szybko rozpoznać (i odsiać) – bo już wiem, na co zwracać uwagę. Najkrócej mogę to ująć tak: nigdy nie mylić imponującej fanfaronady z rzeczywistością – rzeczywistość bowiem to czyny, fakty, działania, a fanfaronada to górnolotny słowotok, wymuskana fasada i powierzchowny, krótkodystansowy wdzięk. Im korzystniejsze i zbyt „teatralne” pozory, tym większa moja czujność.

Największą korzyścią jest jednak (tuż po nieocenionym spokoju ducha i prostej radości na co dzień!) solidny kawał samopoznania. Psychofag – niczym haker – uświadomił mi poważne luki w moim systemie obronnym. Byłam zmuszona popracować nad asertywnością, zdefiniowaniem i uszczelnieniem własnych granic – odrobiłam tę lekcję skrupulatnie. Pochyliłam się również nadkwestią doprecyzowania własnych priorytetów, potrzeb, marzeń, pasji, planów. Mam lepszy kontakt z samą sobą, niż kiedykolwiek.

Czy nie tęsknię czasem za tą sinusoidą, za tym „psychodragiem”? Stanowczo nie. JUŻ NIE. Ale zaraz po rozstaniu (a raczej rozstaniach, bo było ich kilka) skłonna byłam skrobać ściany i skamleć o „działkę” – bo tak to niestety wygląda, jak ciężki detoks. Ale przyszedł taki moment, że byłam już zdeterminowana – nie chciałam żyć w wiecznej niepewności jutra, budzić się codziennie z nerwicowym bólem brzucha, czuć się jak bezwartościowy kawałek łajna, odgadywać kaprysy Paniczyka zanim on sam o nich zdąży pomyśleć… NIE, zdecydowanie nie brakuje mi tego i każdego dnia biję dziękczynne pokłony samej sobie, że kopnęłam tego dziada w tyłek.

6.) JAK PRZETRWAĆ POSTPSYCHOFAGOWY SURWIWAL?

Ok, na sam koniec garść praktycznych wskazówek dla „uciekających”:

Zawczasu zaopatrzeć się (na wszelki wypadek) w dokumentację psychofażych „wtop” (notki z policyjnych interwencji, screeny z rozmów na komunikatorach, smsy z pogróżkami, maile, zdjęcia, nagrania itd.) – w przypadku ewentualnej konfrontacji w Sądzie takie materiały są nieocenione. Warto po rozstaniu pozmieniać wszystkie hasła do poczty, serwisów społecznościowych itp. Otoczyć się ciasno kordonem zaufanych, życzliwych osób (rodzina, przyjaciele, internetowa grupa wsparcia), aby w każdej chwili móc liczyć na „emocjonalne pogotowie”, wygadać się i wypłakać.

Generalnie po rozstaniu obowiązuje zasada ZERO KONTAKTU. W przypadku dzieci, spraw rozwodowych itd. postawić na kontakt zapośredniczony i np. skorzystać z pomocy mediatora – może to być nawet zaufana osoba z rodziny.

NIGDY nie inicjować komunikacji bez ważnego obiektywnego powodu, nie roztrząsać przeszłości, żadnych spotkań typu „porozmawiajmy i wyjaśnijmy sobie”, żadnych telefonów, żadnych ustaleń „na gębę” (chyba, że przy świadkach) – wszystko załatwiać w formie pisemnej, zwięźle, konkretnie, dyplomatycznie, z oziębłą urzędniczą uprzejmością, żadnych uśmieszków i emotek, maksymalnie cyzelować informacje, nie wdawać się w zbędne dyskusje, tłumaczenia itp.; w razie powtarzających się telefonów z szantażem lub pogróżkami – zainstalować apkę do rejestrowania rozmów; wyraźnie zakomunikować, że nie życzymy sobie kontaktu, nękania i nagabywania nas, w przeciwnym razie – zgłaszamy stalking na policję (serio – zgłaszamy).

Warto poblokować komunikatory etc., nie wdawać się w żenujące gierki dla gimnazjalistów typu „mefaforyczny status z czytelną aluzją do eksa”, nie reagować na plotki i prowokacje, totalna olewka – paradoksalnie psychofagów najbardziej boli ignorowanie ich. Radzę też powściągnąć pokusę wirtualnego lansu w typie „patrz bucu, jaka jestem teraz bez ciebie piękna i szcześliwa”. Najważniejsze – ZAJĄĆ SIĘ SOBĄ – swoim zdrowiem (odżywianie, ruch!), wyglądem, rozwojem, zaniedbanymi kontaktami towarzyskimi. No i cierpliwości – pozwól działać okolicznościom – psychofagi ślizgają się w życiu całkiem nieźle, ale też nie przewidują długofalowych konsekwencji swoich ryzykownych posunięć – prędzej czy później karma dobierze się do ich tyłka, uwierz mi… 🙂

I jeszcze cytat z książki A. Bernsteina „Emocjonalne wampiry”:

„Wampiry wykorzystują nasz strach i zmieszanie, żeby nas kontrolować. Jeżeli kiedykolwiek uświadomisz sobie, że uciekasz w przerażeniu, zatrzymaj się i odwróć. Ścieżka prowadząca w bezpieczne miejsce zawsze biegnie raczej przez strach niż z dala od niego. Kiedy ma się do czynienia z wampirami, wybór, który wydaje się najbardziej przerażający, jest zwykle właściwy.”

Zostając z psychofagiem, codziennie czujesz oddech pochrapującego potwora na swoim karku. I choć ucieczka przed rozjuszonym gadem teraz Cię przeraża – gwarantuję, że tam, za tym smutnym kokonem matriksa, w którym żyjesz, jest jasno, dobrze, spokojnie, bezpiecznie. Wystarczy tylko biec – i nie zawracać.

Zapoznaj się z poprzednimi rozdziałami jej historii: 

Część I: KTO TO JEST „PSYCHOFAG”?

http://mediumpubliczne.pl/2017/01/byl-psychomisio-historia-o-przemocy-psychicznej-zwiazku-zyciu-beczce-prochem/

Część II: NA KOGO PSYCHOFAGI LUBIĄ „POLOWAĆ”?

http://mediumpubliczne.pl/2017/01/byl-psychomisio-czesc-ii-kogo-psychofagi-lubia-polowac/

Część III: JAK U MNIE WYGLĄDAŁ TOKSYCZNY ZWIĄZEK Z PSYCHOFAGIEM?

http://mediumpubliczne.pl/2017/01/byl-psychomisio-czesc-iii-u-wygladal-toksyczny-zwiazek-psychofagiem/

Część IV: JAK WYGLĄDA TYPOWY PRZEBIEG RELACJI O ZNAMIONACH TOKSYCZNOŚCI?

http://mediumpubliczne.pl/2017/01/byl-psychomisio-historia-o-przemocy-emocjonalnej-zwiazku-zyciu-socjopata-czesc-iv/

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 3)
Loading...