Codziennie zrobić coś nowego albo zrobić to inaczej – o tym, by nie dać się przyzwyczajeniom

Każdy z nas ma przyzwyczajenia. Poranne espresso. Grzanki z miodem. Ta sama trasa do pracy. Ten i nie inny sposób spędzania czasu wieczorami. Mój dobry przyjaciel Mikołaj Radlicki powiedział mi kiedyś, że „najważniejsze w życiu to nie mieć żadnych przyzwyczajeń”. Przyzwyczajenia nas ograniczają.

Codziennie zrobić coś po raz pierwszy albo zrobić inaczej…

Nie wyznaczyłam sobie tego za cel na nowy rok, tak jakoś wyszło, coś mnie zainspirowało z porannych audycji Weroniki Wawrzkowicz, jej rozmów, które są zawsze ciepłe, zaskakujące i pełne nadziei. Mam zresztą odczucie, że z panią Weroniką jest mi bardzo po drodze, jeśli chodzi o wrażliwość i tzw. przeżywanie świata.

Zaczęło się od pewnej nocy jeszcze przed Sylwestrem, który udało się z pewnym wysiłkiem zorganizować u nas w mieszkaniu, uśpić kilkumiesięczne bliźnięta i zaprosić do siebie przyjaciół. Wtedy, tej nocy przedsylwestrowej rozmawialiśmy sobie z mężem, popijając białe wino. Nagle zerwałam się z kanapy i „krzyknęłam” szeptem: zróbmy przemeblowanie w salonie! Kanapa stała wówczas pod półkami z książkami i dość typowo – jak w prawie każdym mieszkaniu – naprzeciwko telewizora, który nie działał, bo nie mamy telewizji. Podzieliliśmy kanapę na dwie części i ustawiliśmy je naprzeciwko siebie, w taki sposób, że siedząc na jednej lub drugiej jej części z boku masz telewizor. Już wiedzieliśmy, że to było to. Widzieliśmy oczami wyobraźni przyjaciół, z którymi siadamy na tej rozdzielonej kanapie, która w tym właśnie kształcie bardziej sprzyja rozmowom.

Więc siedzimy na niej, raz na jednej jej części, raz na drugiej, razem, potem oddzielnie – taki mamy często sposób rozmowy – wiecznie zmieniamy miejsce. Rozmawiając w różnych częściach naszego mieszkania czuję się jak w teatrze, raz jesteśmy w kuchni, raz w łazience, potem w salonie, a i w salonie raz siedzimy, raz leżymy, zaraz stoimy. Bardzo mi to odpowiada i taki styl koresponduje z moją nadpobudliwą i temperamentną naturą. Tak samo jest w szkole, w której pracuje – nie lubię siedzieć. Jakub, jeden z moich byłych uczniów, przesympatyczny siedemnastolatek powiedział mi podczas ostatniego spotkania, że wyglądam, jak mama. Na co ja ironicznie: „A jak, Jakubie, wygląda mama?” „No…. siedzi i słucha. I pani tak usiadła i nas słucha. A zawsze pamiętałem panią w nieustannym ruchu…” Taka niby-błahostka, a daje do myślenia… Dzięki Jakub.

Innej nocy w trakcie rozmowy z mężem znów mnie „porwało” i mówię: kładziemy dywan! Wiesz, ten dywan, który kupiłam dla nas pod choinkę, tak naprawdę dla dzieci, a tak naprawdę-naprawdę dla naszego psa, żeby miała gdzie leżeć na komforcie. Więc ten dywan-dla-psa rozłożyliśmy między te kanapy i zrobiło się inaczej, przyjemniej, przytulniej, fajniej.

Wesprzyj #Medium

Od tamtej pory „nachodzi” mnie, żeby codziennie zrobić jedną nową rzecz albo zrobić coś inaczej niż zwykle.

Pewnego ranka zjadłam grzanki z masełkiem i syropem klonowym, który przywiózł mi z Kanady mój drogi kolega Krzysiek Zieleniewski. Uwierzcie mi, ta kombinacja jest po prostu obłędna! Dzięki Krzysiek.

Po spacerze z psami wróciłam z lasu inaczej niż zwykle: zakręciłam bączka. Fajne by to było, gdybym nie walnęła jednak w zaspę i nie odpadła mi tablica rejestracyjna.

Pewnego razu Bartek zapytał mnie, czy przeczytałam wszystkie te książki, które są na półkach. „Oczywiście, że nie, część jest tam właśnie po to, by je przeczytać.” „No dobra, a czytałaś to ….?” – i wygrzebuje z półki jakąś randomową książkę: „Seks dla każdego” wybitnego seksuologa Lwa-Starowicza, wydanie rocznik 80 któryś. „Nie, nie czytałam, ale brzmi ciekawie.” Z makaronem w ustach przejrzałam spis treści i tego samego wieczora zaczęłam ją czytać w wannie, a mojemu mężowi fragmenty na głos. To jedna z najpiękniej napisanych książek o seksie i miłości. Dzięki Bartek.

Otworzyłam ostatnio rozmówki włosko-polskie, które zakupiłam w zeszłym roku w Dedalusie na Nowym Świecie. Czytam na głos powiedzonka i związki frazeologiczne, i zakochuję się w tym języku. Najśmieszniejsze, że nie znam podstaw, bo nigdy nie uczyłam się włoskiego! Więc nawet nie wiem, czy czytam poprawnie….

Najpiękniejsze rzeczy wydarzają się, gdy obserwuję moje dzieci. I gdy obserwuję Bartka jak się do nich odnosi, jak je zabawia, jak zakochanym spojrzeniem patrzy na nie. Każdy kolejny dzień przynosi coś nowego i zaskakującego. Obserwuję siebie, jak się z tym wszystkim czuję, bywam niecierpliwa, totalnie zmęczona albo podirytowana, ale zadziwiam samą siebie: jak można się wiecznie szczerzyć do swoich dzieci i skakać, i tańczyć, i śpiewać?! I czytać im wierszyki, widząc, jak Oliwia z koncentracją snajpera kieruje oczy na swoje paluszki, a Antka najbardziej na świecie ciekawią jego własne stopy! Czasem spojrzą na mnie łaskawie, uśmiechną się, dając znak, że tak tak przecież cały czas słuchają.

Zrobiłam im ostatnio show: wzięłam plastikowe piłeczki i zaczęłam nimi żonglować. Niesamowite jest to ćwiczenie, ale też nie bardzo mi wychodziło. Dzieci miały za to przednią radochę. I mówiąc „radochę” nie kłamię. One się śmieją, chichrają, uśmiechają, a mają jedynie 5,5 miesiąca!

Jechałam automatem o mocy 280 km/h. I jechało się bajecznie.

Byłam na jodze z piłkami. I siedziałam na piłce. I w życiu bym nie powiedziała, że usiądę kiedyś na piłce i złapię równowagę! Zawsze, absolutnie zawsze zaskakujące w jodze jest dla mnie to, że robisz takie pozycje, o których ci się nawet nie śniło. Po prostu nagle okazuje się, że umiesz, jakbyś się z tym urodził/a! że możesz to zrobić, z pomocą nauczyciela zrobisz to na pewno. Odkryłam, że joga przeogromnie dodaje pewności siebie.

Ja, humanistka, zaczęłam zgłębiać język HTML podczas pracy nad redakcją tekstu. Jeszcze rok temu powiedziałabym: WTF?

Wyjęłam świeże nieużywane grafit, ołówek, gumkę i blok do szkicowania, które kupiłam kilka lat temu. I zaczęłam znowu szkicować. To było takie niezwykłe uczucie, jakbym robiła coś po raz pierwszy, absolutnie po raz pierwszy w życiu: trzymałam w palcach grafit i rysowałam nim twarz Bartka na chropowatej fakturze papieru do rysowania. Tak dawno tego nie robiłam, tak bardzo dawno nie rysowałam, czułam się zwyczajnie jak dziecko. To było niezwykłe. Z zestawem szkicowym zakupiłam też farby olejne i płótno. Na razie się kurzą. Czekają na odpowiedni moment. Nie można przecież wszystkiego robić od razu. Prawda?

A Państwo, co możecie dziś zrobić nowego lub kompletnie inaczej niż zazwyczaj?

The following two tabs change content below.
mm

Natalia Wilk-Sobczak

Absolwentka studiów pedagogicznych i filozoficznych na Uniwersytecie Warszawskim, studiowała też dziennikarstwo i pedagogikę teatru na UW oraz filozofię edukacji na Uniwersytecie w Glasgow. Właścicielka szkoły językowej. Nauczyciel angielskiego z powołania i z przypadku. Globtroterka backpackerka. Czuła mama dwojga małych bliźniąt i jeszcze mniejszej córeczki. Przyjaciółka mistycznie odratowanej ze śpiączki cudownej suki o imieniu Maja.