Co czeka Bliski Wschód w 2017 roku? Czy USA „stracą” ten region?

Są duże szanse na to, że w 2017 roku sny o pokoju i dobrobycie na Bliskim Wschodzie w końcu zaczną się ziszczać. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że ta nadzieja jest wyrażana przez przeważającą większość mieszkańców regionu.

Aby jednak podzielić ten optymizm należy odpowiedzieć sobie najpierw, jaką politykę wobec tego rozdzieranego ciągłymi konfliktami i rozlewem krwi skrawka globu będą prowadzić Stany Zjednoczone.

Artykuł Viktora Mikchina dla New Eastern Outlook został przetłumaczony przez Jakuba Kundzika. 

Oczywistym jest, że nie da się na to pytanie odpowiedzieć bez spekulacji na temat poglądów Donalda Trumpa na sprawy bliskowschodnie. Zasadniczo zakłada się, że jego światopogląd w sferze geopolityki ukształtował się w latach 80-ch. Oznacza to, że różni się zasadniczo od tego, czego można oczekiwać po typowym Amerykaninie. Trump jest przekonany, że szereg graczy międzynarodowych zmienił USA w dojną krowę poprzez nadużywanie niekorzystnych umów handlowych i wymuszanie nadmiernych zobowiązań ze strony Ameryki w zamian za zachowanie lojalności.

Prezydent-elekt sądzi, że Stany nie mają żadnego interesu w zaangażowaniu militarnym w Azji, czy utrzymywaniu wojsk w Europie. Jeśli chodzi o Bliski Wschód, to regionalni liderzy mają w końcu zacząć płacić, jako że Trump jest przekonany, że kraje takie, jak Kuwejt powinny oddawać Waszyngtonowi czwartą część swoich dochodów z ropy w zamian za zapewnienie bezpieczeństwa. Chyba nikt nie będzie się spierał ze zdaniem wypowiedzianym przez Trumpa, że Arabia Saudyjska „nie istniałaby” jako państwo bez silnej protekcji ze strony USA.

Jest mało prawdopodobne, że w najbliższej przyszłości administracja Trumpa będzie w stanie spełnić większość z jego najbardziej radykalnych wyborczych obietnic. Tym niemniej przerażenie sojuszników USA może mieć realne podstawy, gdyż wydaje się, że Trump nie miał w sztabie żadnych kompetentnych doradców politycznych, a zatem gros jego inicjatyw w polityce zagranicznej jest nie do zrealizowania.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Na kilka dni przed inauguracją Trump pozostaje terra incognita dla analityków na całym świecie, co prowadzi do pewnej nerwowości głównych przywódców krajów arabskich. W tym kontekście, niektórzy liderzy w regionie przedwcześnie cieszą się na prezydenturę Donalda Trumpa twierdząc, że „generalnie podzielają” jego światopogląd. Ostatnia seria konfliktów, a konkretnie wojny w Afganistanie, Iraku, Libii i Syrii, zmieniły USA w „kontrowersyjnego sojusznika”. Tym niemniej, o ile część arabskich liderów, która dojrzewała w czasach zimnej wojny, gotowa była zerwać dotychczasowy sojusz, to teraz są zupełnie skonfundowani faktem, że mieliby radzić sobie dalej „bez amerykańskiego przywództwa”. Można to jasno zaobserwować na przykładzie monarchów znad Zatoki Perskiej, którzy postawili wszystko na Waszyngton, a teraz okazują się słabo dostosowani do dzisiejszych realiów politycznych.

Wystarczy spojrzeć na rodzinę Saudów, która poniosła sromotną klęskę we wszystkich swoich inicjatywach międzynarodowych, poczynając od zaniżania cen ropy naftowej, a kończąc na próbach obalenia syryjskiego prezydenta Baszszara Al-Asada, co zaowocowało szybkim wzrostem Daesz (Państwa Islamskiego).

Panuje opinia, że po szeregu kontrowersyjnych wypowiedzi w trakcie kampanii wyborczej, Trump straci dalsze zainteresowanie polityką zagraniczną. W takim wypadku, odpowiedzialność za utrzymanie współpracy z kluczowymi sojusznikami Ameryki spadnie na przyszłego sekretarza obrony gen. Jamesa Mattisa i przyszłego sekretarza stanu Reksa Tillersona, a także na kilku znaczniejszych republikańskich kongresmenów, którzy reprezentują dużo bardziej konserwatywne poglądy niż prezydent-elekt.

Tymczasem możliwe jest także, że Donald Trump wymusi na sojusznikach USA realizację swojej wizji, co może ich mocno pogrążyć. To pokazuje, jak bardzo nowo wybrany prezydent różni się od poprzedników.

Bez względu na to, co Biały Dom ma zamiar zrobić w przyszłym roku, media na Zachodzie i w krajach arabskich już orzekły, że USA straciły Bliski Wschód i pozostaje tylko kurczące się grono krajów, wciąż stawiających na aktywną współpracę z Waszyngtonem. Zaangażowanie Moskwy w Syrii wyraźnie pokazuje, że Rosjanie rozumieją bliskowschodnią dynamikę o wiele lepiej niż USA czy Europa, a także że wiedzą, jak i kiedy zastosować siłę militarną, aby uzyskać dyplomatyczną przewagę i zapewnić sobie strategiczne zwycięstwa. Moskwa wybudowała most między Ankarą a Teheranem, zmieniając dawnych wrogów w partnerów w kontynuacji skutecznej walki z Daesz, wspieranej przez Stany Zjednoczone, Europę, Arabię Saudyjską i Katar. Pomimo ogromnych środków finansowych i najnowocześniejszego uzbrojenia, jakie CIA, Pentagon i Europejskie wywiady przekazały radykalnym bojownikom, syryjskim siłom rządowym udało się wyzwolić miasto Aleppo – do niedawna twierdzę terrorystów w Syrii.

Oczywiście naiwnością byłoby myślenie, że kruchy rozejm w Syrii, który z takim trudem udało się uzyskać będzie przestrzegany przez wszystkie strony. Radykalni bojówkarze i ich zausznicy będą bez ustanku próbować zburzyć wysiłki na rzecz pokoju, aby z powrotem wepchnąć Syrię w otchłań wojny.

Tym niemniej, przywódcy koalicji Moskwa-Ankara-Teheran wielokrotnie podkreślali, że są zdeterminowani prowadzić negocjacje ze wszystkimi zainteresowanymi stronami. Niezwykle ożywcze i dające nadzieję jest to, że Donald Trump nie zamierza próbować obalić legalnie wybranego prezydenta Syrii Baszszara Al-Assada. Nowy amerykański prezydent pragnie bowiem walczyć z prawdziwym zagrożeniem dla bezpieczeństwa międzynarodowego, tj. z międzynarodowym terroryzmem.

W wywiadzie dla „The Wall Street Journal”, Trump stwierdził, że nie da się walczyć z rządem Baszszara Al-Assada i terrorystami z Daesz jednocześnie. Dodał także, że walka z Syrią jest jednoznaczna z wojną z Rosją, która w obecnych okolicznościach nie ma uzasadnienia w interesach Stanów Zjednoczonych.

Wydaje się, że Trump ma przed sobą wyboistą drogę w stosunkach z Iranem, co też świadczy o upadku prestiżu Stanów Zjednoczonych w regionie. W tym względzie charakterystyczne są reakcje irańskich polityków na zwycięstwo Donalda Trumpa. Najwyższy Przywódca Islamskiej Republiki Iranu ajatollah Ali Khamenei stwierdził, że nie ma znaczenia, kto zostanie nowym prezydentem USA. Słowa te ostro kontrastowały z wypowiedzią prezydenta Iranu Hassana Rouhaniego, który twierdził, że Stany Zjednoczone wybierały pomiędzy złym a bardzo złym kandydatem, a Donald Trump był odbierany jako ten drugi.

Co by nie było, Bliski Wschód wpływa na niebezpieczne wody, gdyż zwycięstwo zarówno w konfliktach, jak i negocjacjach wymaga politycznej mądrości. Liderzy arabscy mają przed sobą kilka niełatwych dylematów. Mogą obwiniać wyłącznie siebie, gdyż nie byli dość wstrzemięźliwi, aby zachować zimną głowę i racjonalność w swoich regionalnych rozgrywkach.

Wesprzyj autora red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +5, liczba głosów: 7)
Loading...

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Stuart Rankin