Nadzieje na lepsze czasy pokładamy w rebeliantach walczących z Imperium

star-wars

Rok 1989, Gliwice. Mam zaledwie 5 lat, a na koncie już dwa poważne doświadczenia – pierwsze wolne wybory w Polsce i pokaz „Star Wars” na kasecie VHS z niemieckim dubbingiem u sąsiadów. Nie znałam się wtedy na polityce, nie miałam prawa do głosowania i nie rozumiałam niemieckiego, ale czułam, że uczestniczę w czymś ważnym.

Rok 2016, Warszawa. Nadal nie znam niemieckiego, ale mam już prawa wyborcze i, na moje nieszczęście, większą świadomość sytuacji politycznej. Do kin właśnie wszedł „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie”, a kilka dni temu świat pożegnał księżniczkę Leię. Jeszcze nigdy dotąd tak bardzo nie potrzebowałam wsparcia jasnej strony mocy. Kupuję bilet na najbliższy seans.

Nic tak nie boli, jak zawiedziona nadzieja. Znam to uczucie z ostatnich wyborów. Stąd wyjściu do kina towarzyszą duże obawy. Mimo niesprzyjających warunków zewnętrznych, nie tracę nadziei. Na sali gasną światła.

Gdzieś w odległej galaktyce… poznajemy pierwszych bohaterów – młode małżeństwo z kilkuletnią córką. Są w niebezpieczeństwie. Matka – Lyra Erso (Valene Kane) w pośpiechu zabiera córkę – Jyn Erso (Beau Gadsdon, zastąpioną później przez jej dorosłą wersję – Felicity Jones) w bezpieczne miejsce. Ojca – Galena Erso (Mads Mikkelsen), zabierają żołnierze Imperium. Kilkanaście lat później… Dorosła już Gyn jest w obozie pracy, z którego odbijaj ją  rebelianci. Ich pomoc ma jednak swoją cenę…

Dalszy rozwój akcji przypomina narrację znaną widzom  z poprzednich „gwiezdnych” produkcji. Mamy główny konflikt; tym razem jest nim przejęcie projektu broni masowego rażenia, któremu, analogicznie jak w poprzednich częściach, towarzyszy proces przemiany głównego bohatera/ bohaterki – Gyn. Duchową metamorfozę przechodzą też postaci poboczne. I tak aż do oczekiwanego punktu kulminacyjnego – rozstrzygającej bitwy pomiędzy jasną i ciemną stroną mocy.

Jestem widzem surowym. Nie lubię amerykańskiego kina gatunkowego. Drażnią mnie filmowe uproszczenia i infantylne, żartobliwe dialogi. Ale „Gwiezdne wojny” to co innego. Z założenia wybaczam im banalną, eskapistyczną stylistykę. Dlatego, konsekwentnie, na „Łotra 1” wybrałam się z takim właśnie, łagodnym nastawieniem. I, nieobiektywnie, muszą stwierdzić, że bardziej wymagającego widza, ten film, pozytywnie zaskoczy.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Scenariusz, niby dobrze znajomy, ale jednak jakiś lepszy. Dialogi, niemal pozbawione, znanego z przednich części, nieadekwatnych, w momentach czyhającego na bohaterów zagrożenia, flirtów i dowcipów. Ogromne brawa dla reżysera castingu. Skompletowana, z różnych krajów obsada, wzbogaciła film o, miłą dla ucha, różnorodność akcentów – brytyjskiego, hiszpańskiego czy arabskiego. Zabieg ten nie tylko uwiarygadnia postacie, ale także pokazuje podkreśla wielokulturowość planet, z których pochodzą.

Przerażająco znajoma jest też obsesja imperium do władzy nad światem i władza nad bronią masowego rażenia – gwiazda śmierci. Do czego jest zdolna, wiemy doskonale z poprzednich części. Demonstracja jej siły ma miejsce i tutaj. Być może, również dlatego, trudno oprzeć się wrażeniu analogii, też politycznej, do świata rzeczywistego, w którym narażeni jesteśmy na rozgrywki wielkich mocarstw i będącej w ich rękach broni atomowej. W tym sensie, „Łotra 1” można odbierać z pewną obawą, by nie był to film proroczy.

Nowe „Gwiezdne wojny” ujmują też wizualnie. Ciekawe, dobrze dobrane lokacje (zdjęcia miały miejsce m.in. na Malediwach, Islandii i w Jordanii) ograł pieczołowicie dwukrotny laureat (w tym Złotej Żaby w 2016 roku) Camerimage, Australijczyk Greig Fraser. W stworzonym przez niego obrazie, widać nawet wyraźne inspiracje naturą. Jedna z katastroficznych scen, do złudzenia przypomina falę tsunami. Analogicznie, moment ten budzi zachwyt, niemoc i trwogę.

Kontynuacja gwiezdnej sagi, mądrze i umiejętnie, utrwala, kreowane konsekwentnie w poprzednich częściach, pozytywne wzorce. Jednym z nich jest sposób przedstawienia żeńskich heroin, do których, począwszy od Carrie Fischer, angażowane były aktorki, co prawda, atrakcyjne, ale urodą nieonieśmielające. Widzowie mieli je pokochać za ich charakter, spryt i odwagę, którą demonstrowały walcząc, ramię w ramię, z słabiej, nierzadko wypadcajcymi od nich, mężczyznami.  To nie skąpo odziane (za wyjątkiem „Powrotu Jedi”, gdy księżniczka Leia więziona jest przez Jabbę) bierne niewiasty, ale biorące sprawy w swoje ręce, niezależne, silne przywódczynie. Wielkie pokłony dla, kształtujący ten wizerunek, pracujących przez te wszystkie lata, zespołu kostiumografów. Kropkę nad i, jak zawsze, stawia scenografia, która, budując „gwiezdne” miasta, czerpała z architektury i atmosfery arabskich medin.

Elementy kultury bliskowschodniej słychać też w muzyce. Charakterystyczny muzyczny lejtmotiw ograniczono tym razem do finałowej sceny walki, ale bez szwanku dla całości. Odważne łamanie gwiezdnej konwencji, z doskonałym rezultatem, zastosowano też w innych elementach filmu. Z niestandardowych rozwiązań, największe wrażenie zrobiło na mnie odważne rozstrzygnięcie ostatecznych losów głównych bohaterów. Ujął mie też, ograny cieniami, rodem z niemieckich filmu grozy, Lord Vader – czarny rycerz na straży Imperium.

„Łotr 1” jest filmem niebezpiecznym – daje nadzieję, która naznaczona jest wysokim ryzykiem zawodu. Jednak, jak w finale przemawia Jyn do swoich towarzyszy: „Żyjemy nadzieją, bo z niej stworzeni są rebelianci”, a przed nami, rebeliantami, jeszcze niejeden bój z Imperium!

 

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 1)
Loading...
The following two tabs change content below.

Marcelina Obrzydowska