Noworoczne Rozważania Pesymisty

DISCLAIMER

Autor tego artykułu nie jest meteorologiem, klimatologiem, ekologiem, futurologiem, ani żadnym innym „logiem”, a poniższe rozważania oparł na powszechnie dostępnych literaturze oraz „newsach” dotyczących tematów, które go interesują, jak zresztą powinny interesować każdego patrzącego dalej niż koniec własnego nosa. Tak więc statystyki i liczby, które podaje, niekoniecznie są z ostatniej chwili czy super dokładne i są w najlepszym razie przybliżeniami. Ten brak precyzji nie podważa jednak zasadniczo reprezentowanych przez nie trendów i nie podkopuje wyciąganych wniosków. Informacje na wszystkie poruszone zagadnienia można znaleźć na Internecie i w literaturze. Często różniące się od siebie, a czasami nawet sprzeczne.

SEDNO SPRAWY

Dla całkiem powierzchownego obserwatora mogłoby się wydawać, że cywilizacja przemysłowa prosperuje i kwitnie, zwłaszcza w krajach rozwiniętych, i że nic nie jest w stanie zahamować dalszego jej rozwoju.

Trochę mniej powierzchowni obserwatorzy są do pewnego stopnia świadomi, że w niektórych dziedzinach sprawy nie wyglądają tak różowo, ale przecież politycy i ekonomiści zachowują się jak gdyby wszystko było w najlepszym porządku i snują plany świetlanej przyszłości opartej na dalszym ciągłym wzroście gospodarczym, obiecując budowę nowych elektrowni, dróg, stadionów, lotnisk, kompleksów przemysłowych, itp, przez następne 10, 20, 30 lat.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Przytłaczająca większość przeciętnych obywateli jest zbyt zajęta własnym podwórkiem i modnymi w danej chwili sensacjami polityczno-medialnymi, żeby przejmować się jakimiś ponurymi przepowiedniami. Prawda, naukowcy coś tam marudzą o degradacji środowiska, wymieraniu gatunków, przeludnieniu, globalnym ociepleniu, zaśmieceniu oceanów plastykiem, przełowieniu ryb, masowych wylesieniach w tropikach, śmieciowym jedzeniu, odpornych na antybiotyki bakteriach, ale nie ma się co martwić, NAS to nie dotknie w naszym sytym, i – w porównaniu z resztą świata – zamożnym, uregulowanym życiu. Owszem wygląda na to, że efekt cieplarniany jest faktem, ale nie ma sprawy, najwyżej kupimy mocniejszą klimatyzację. No, może nasze dzieci, czy wnuki będą miały problemy, ale co MY możemy zrobić, zresztą nauka i technika NA PEWNO znajdą jakieś sposoby, jak zawsze w przeszłości. Kto by się specjalnie przejmował jajogłowymi w ich wieżach z kości słoniowej czy obwieszonymi kryształami „zielonymi” panikarzami w sandałach, straszącymi nas katastrofą, ważniejsze jest spłacanie rat za nowy N-pokojowy dom czy mieszkanie z dziesiątkami elektrycznych gadżetów, a może też za potężny terenowy SUV, nie możemy być przecież gorsi niż sąsiedzi. Nie ma się co bać, najwyżej wyłączymy światło na godzinę podczas Earth Hour, czy będziemy rozdzielać śmieci do recyklingu, poprawi nam to samopoczucie i uciszy słabiutki głosik brzęczący nad uchem, że może jednak przyszłość nie wygląda zbyt różowo.

Tymczasem nawet dla laika śledzącego uważnie nowinki i raporty naukowe przyszłość ta jawi się w ciemniejszych kolorach. Biorąc z osobna wiadomości i ostrzeżenia, sytuacja nie wygląda tak źle, ale kiedy się je złoży do kupy, zaczyna się robić groźnie. Rozmaite wektory grożą bowiem zbiegnięciem się w pojedynczym punkcie, tworząc katastrofalną wypadkową. Swoją ścieżką, mimo że jestem bardzo uczulony na te tematy, nie spotkałem się jeszcze z jakimś kompleksowym, otwartym podsumowaniem całokształtu sytuacji, zaadresowanym do szerokiej publiczności. Ciekaw jestem, czy wynika to z obawy przed wpędzaniem szerokich mas w panikę, czy ze względów politycznych (elektorat opłaca się straszyć tylko gdy oferuje mu się równocześnie łatwe, bezbolesne i populistyczne zabezpieczenia przed zagrożeniem), czy wreszcie z typowej dla uczonych ostrożności w wypowiadaniu ze 100% przekonaniem uproszczonych, a katastrofalnych przepowiedni mogących mieć związek z polityką. Większość ostrzeżeń ukazuje się zresztą w literaturze naukowej, czytanej (i rozumianej) przez nielicznych, oraz w pro-ekologicznych nie-komercyjnych mediach, trafiających do stosunkowo niewielu zainteresowanych odbiorców. Owszem, media głównego nurtu, docierające do szerokich mas, w typowy dla siebie sposób donoszą coraz częściej o katastrofach i kataklizmach, które mogą wynikać ze zmian środowiska, ale po pierwsze tak by uwypuklić ich jednostkowy wymiar, po drugie tak, by nie wywoływać paniki tłumu, który nie lubi być na poważnie straszony – mógłby wtedy zmienić kanał TV, albo ulubioną gazetę. O mniej modnych zagrożeniach, jak wymieranie gatunków, zatruwaniu środowiska na wielką skalę i przeludnieniu mówi się w nich niewiele, choć ostatnio zaczęły z rzadka pokazywać się ponure przepowiednie ostrzegające przed nadchodzącą katastrofą (np. http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/1683578,1,do-2100-roku-zginie-okolo-80-proc-ludzkosci-jak-bedzie-wygladal-koniec-swiata.read). Jeszcze mniej czasu, przynajmniej oficjalnie, poświęcają im rządy i politycy, traktując je jako n-rzędne, daleko w tyle za „terroryzmem”, „imigrantami”, „Rosją”, „bezpieczeństwem narodowym” i „wzrostem gospodarczym”, a jeśli już, to bardziej by uspokoić społeczeństwo i potwierdzić „business as usual”.

NIEPOKOJĄCE FAKTY

Bez odwoływania się do źródeł, a więc w przybliżeniu:

ENERGIA – Gwałtowny, można nawet powiedzieć wybuchowy, rozwój gospodarczy i populacyjny ludzkości opiera się na energii z paliw kopalnych – węgla, nafty i gazu, czyli energii słonecznej, zmagazynowanej w nich podczas geologicznej historii Ziemi. Proces ich powstawania usunął z atmosfery ogromne ilości węgla, trwał miliony lat i stopniowo zmienił całą biosferę. Najtańszym i najłatwiejszym w użyciu paliwem kopalnym jest nafta. Wedle niektórych szacunków wydobycie jej łatwo dostępnych zasobów osiągnęło już lub wkrótce osiągnie apogeum (Peak Oil). Nie znaczy to, że nafty zabraknie, ale że jej pozyskiwanie będzie stawać się coraz szybciej coraz mniej opłacalne. Zapewnienia, że znajdą się nowe zasoby na dużych głębokościach, że można będzie eksploatować piaski bitumiczne, złoża na Antarktydzie, czy pod dnem oceanów, itp, wydają się nie brać pod uwagę kosztów i  bilansu energetycznego (zwrotu energii z inwestycji – EROI – Energy Returned On Energy Invested). Wydobywanie i przetwarzanie paliw kopalnych ma sens ekonomiczny tylko wtedy, gdy pozyskuje się dużo więcej energii niż się zainwestuje. U narodzin przemysłu naftowego zainwestowanie 1 baryłki nafty w wydobycie i przetwarzanie ropy naftowej z łatwo dostępnych złóż dawało ogromną wielokrotność zainwestowanej energii w pozyskanym paliwie – EROI na poziomie 99 baryłek. Ta wielokrotność bardzo się obniżyła i dalej systematycznie spada, do EROI 30 w latach 1970-ch. W przypadku np. piasków i łupków bitumicznych, złóż na wielkiej głębokości, czy w rejonach podbiegunowych, energetyczne koszty eksploatacji ocierają się na razie o granicę zwrotu energii. Postęp technologiczny może tą granicę przesuwać, ale nie bez końca. Wreszcie koszty wliczane w obecne metody rozrachunkowe nie obejmują skutków niszczenia środowiska przez  przetwarzanie piasków bitumicznych czy szczelinowanie. Tymczasem w krajach bogatych rozwój gospodarczy opiera się na produkowaniu coraz większych ilości elektrycznych gadżetów, a w krajach rozwijających ma miejsce lawinowy wzrost zapotrzebowania na energię dla produkcji przemysłowej, transportu i bogacących się gospodarstw domowych. W tej sytuacji należy spodziewać się prędzej czy później wzrostu cen ropy, której, mimo nowych metod jej pozyskiwania, może wkrótce (20-30 lat) po prostu zabraknąć z podanych wyżej przyczyn. Cena nafty jest obecnie sztucznie zaniżona przez gorączkową produkcję w krajach naftowych i przez rządowe interwencje gdzie indziej, to nie może jednak być kontynuowane bez końca. Można ją do pewnego stopnia zastąpić gazem, który jednak jest o wiele trudniejszy do przewożenia i składowania, a pozyskiwanie go ze skał metodą szczelinowania drastycznie zatruwa wody gruntowe,  i/lub węglem (tego jest pełno), który z kolei jest kosztowny w wydobyciu i transporcie i jest o wiele „brudniejszym” paliwem niż gaz i nafta. Jeśli idzie o alternatywy, to energia jądrowa jest bardzo kosztowna i niebezpieczna, a odnawialne źródła energii są na razie drugorzędne i nie zapewniają w obecnym stadium rozwoju stałego i niezawodnego zaopatrzenia podstawowego. Nawet gdyby ktoś jakimś cudem by wynalazł nowe, rewolucyjne źródło energii dla ludzkości, szansa na wprowadzenie go na czas do powszechnego użycia jest niewielka. Podstawowymi problemami w przestawieniu produkcji energii na nowe jej źródła są czas i koszty. Wdrażanie nowych technologii kosztuje miliardy i trwa dziesięciolecia lub dłużej. Dodatkowo, okres produktywności i amortyzacji inwestycji energetycznych jest równie długi, a zatem w obecnym modelu gospodarczym spisanie na straty istniejącej infrastruktury, by zastąpić ją czymś nowym, jest finansowo i politycznie niemożliwe. Szybkie przestawienie produkcji energii na inne źródła jest zatem mało realne.

EFEKT CIEPLARNIANY – jak się wydaje, przytłaczająca większość naukowców nie ma już wątpliwości na ten temat, choć szeroka publiczność jest wciąż dosyć sceptyczna. Tymczasem Ziemia wydaje się gwałtownie ocieplać, topnieją lody Arktyki, Antarktyki i lodowce górskie. Wiele regionów notuje załamywanie się stabilności pogody. Zwiększa się częstotliwość  gwałtownych zjawisk klimatycznych w rodzaju drastycznych wyskoków w ekstrema – temperatur (ostre mrozy czy palące upały), wiatrów (gwałtowne burze, trąby powietrzne, huragany) i opadów (ostre susze i gwałtowne powodzie) potwierdzająca rosnące rozchwianie systemu klimatycznego spowodowane ładowaniem weń coraz więcej energii (ciepła). Większość informacji medialnych i kampanii obrońców środowiska koncentruje się na CO2, pomijając metan, produkowany przez zwierzęta hodowlane (krowy i owce), ryżowiska, topniejące lody Arktyki i Syberii (klatraty metanowe), a także tlenki azotu z wydechu miliardów silników spalinowych, mimo że oba są niezwykle silnymi gazami cieplarnianymi. Naukowcy prezentują bardzo różne scenariusze nadchodzących skutków tego paskudzenia atmosfery. Problem leży w tym, że klimat nie jest systemem liniowym, ale chaotycznym i wyprodukowanie nawet przybliżonego modelu jego reakcji na ww. czynniki jest bardzo trudne. Wszystkie modele, o których słyszałem, mają charakter mniej lub bardziej liniowy i ekstrapolują dzisiejsze zachowanie klimatu, ale w wyższych temperaturach. Tymczasem system chaotyczny, który jest zawsze w stanie równowagi chwiejnej, może – pod wpływem nawet stosunkowo drobnych zmian, zwłaszcza w dopływie energii – popaść najpierw w okres gwałtownej niestabilności, a następnie ustabilizować się w drastycznie odmiennym od stanu początkowego stanie równowagi chwiejnej. Z powodu ogromnej złożoności światowego systemu klimatycznego i jego chaotycznej (wg. teorii chaosu) natury, wiarygodne przewidzenie jaki będzie ten nowy stan równowagi jest i będzie raczej niemożliwe. Naukowcy wobec tego odwołują się do sytuacji z geologicznej przeszłości Ziemi, nie ma jednak żadnej gwarancji na ich powtórkę.

PRZELUDNIENIE – Ludzkość liczy obecnie około 7 miliardów. Przyrost naturalny w krajach rozwiniętych zatrzymał się, a gdzieniegdzie stał się ujemny, jak na razie nie z przyczyn opisanych w następnych paragrafach, ale po prostu dlatego, że dzięki postępowi medycyny i zwiększonej dostępności do usług medycznych i leków, żeby przekazać dalej swój kod genetyczny wystarczy tam mieć jedno, czy dwoje dzieci, a na więcej i tak mało kogo stać. Tymczasem w krajach rozwijających się (niefortunny eufemizm, niektóre cofają się w rozwoju) ten sam postęp medycyny (bez niestety powszechnej dostępności usług), zaowocował demograficzną eksplozją, w wyniku której liczba ludzi na Ziemi osiągnie co najmniej 9 miliardów, zanim się ustabilizuje. Ziemia jednakże już teraz jest poważnie przeludniona i, zgodnie z niektórymi szacunkami, ludzkość już dziś zużywa conajmniej 120% jej zasobów naturalnych, czyli prowadzi gospodarkę rabunkową, nie pozwalającą na ich regenerację. Równocześnie, 2,5 miliarda mieszkańców krajów, które naprawdę się rozwijają, jak Chiny, Indie i kilka pomniejszych, aspiruje do zachodniego stylu życia, wymagającego ponad 5 razy więcej zasobów naturalnych na głowę niż w społeczeństwach przed-industrialnych. Gdzie znajdą te zasoby – nie wiadomo. Znaczącym czynnikiem jest zmiana stylu odżywiania w tych krajach. Ich mieszkańcy chcą mięsa – czyli produkujących cieplarniany metan krów i owiec, których hodowla rośnie w szybkim tempie. Wedle obliczeń, gdyby ludność Chin i Indii chciała żyć na poziomie i na sposób Europejczyków i Amerykanów, potrzebne by do tego były zasoby co najmniej 5-ciu kul ziemskich.

ŻYWNOŚĆ – Rewolucja w produkcji żywności dokonała się głównie dzięki maszynom napędzanym tanią energią z paliw kopalnych i chemikaliom. W epoce przed-industrialnej pozyskanie 1 kalorii żywności wymagało w normalnych warunkach mniej niż 1 kaloria energii, czyli bilans był pozytywny. Obecnie potrzebne jest do tego co najmniej 8 kalorii. Nawet gdyby ograniczyć powszechne obecnie przewożenie produktów z jednego końca świata na drugi, ograniczyć wielki nadmiar w krajach bogatych i związane z nim gigantyczne marnotrawstwo (ok. 1,5 miliarda ton ląduje co roku na śmietnikach) oraz opakowania i reklamę, bilans energetyczny żywności byłby nadal silnie ujemny, czyli wymagający w dalszym ciągu dużego wkładu energetycznego, pochodzącego z paliw kopalnych. Wyżywienie ludzkości nawet przy jej obecnej liczebności, nie mówiąc już o 9 miliardach, jest niemożliwe bez nawozów sztucznych, środków ochrony roślin, skomplikowanego przerobu, rozległej sieci transportu i składowania. Krótko mówiąc, tych 8 kalorii energii. Biorąc pod uwagę, że ludzkość zagarnęła już najżyźniejsze 50% produktywnej biosfery, że pozostałe 50% jest trudne do zagospodarowanie i niezbędne do podtrzymania cyklu życia na Ziemi, szanse na rozszerzenie areału uprawnego i mniej intensywną energetycznie produkcję żywności są niewielkie. Te 50% produkujące nasz chleb codzienny jest tymczasem zagrożone dezertyfikacją, zasoleniem, zakwaszeniem, zatruciem chemią, uodpornionymi na tą chemię szkodnikami, nadmierną eksploatację, a wreszcie suszami lub podmakaniem wywołanymi przez zmiany klimatyczne. Jeśli destabilizacja klimatu będzie się powiększać, odbije się to jeszcze bardziej na produkcji żywności. Załamanie się klimatu przez chaotyczny przeskok do nowego stanu równowagi prawdopodobnie zniszczyłoby większość tej produkcji, z tragicznymi konsekwencjami dla ludzkości.

WYMIERANIE GATUNKÓW – zgodnie z tym co słyszałem, co najmniej 20% gatunków zwierząt i roślin jest zagrożonych wymarciem wskutek ekspansji gatunku ludzkiego i jej skutków. Z tym, że niektóre są w o wiele gorszej sytuacji, np. 40% gatunków ryb jest zagrożone. Skala i prędkość tego wymierania jest podobno porównywalna z globalnymi zagładami w pradawnej historii Ziemi.

Główne przyczyny to:

  • Modyfikacja środowiska naturalnego dla potrzeb ludzi: pola uprawne, miasta i infrastruktura przemysłowa (50% żyznej powierzchni biosfery zostało drastycznie zmodyfikowane przez ludzkość).
  • Nadmierna, czyli rabunkowa eksploatacja zasobów naturalnych – wyrąb lasów, przemysłowe połowy ryb.
  • Wyrzucanie z powrotem do środowiska „odchodów cywilizacji”, czyli śmieci, ścieków i trujących gazów. Zgodnie z tym co słyszałem, nie ma już na świecie zakątka nie zanieczyszczonego ludzkimi śmieciami. W oceanach są ogromne ławice plastikowych odpadków, a zmielony na mikrocząsteczkowy pył przez czynniki naturalne plastik można znaleźć na bezludnych plażach wysp antarktycznych i w głębiach oceanicznych, a gazy są obecne w całej atmosferze. Miliony ton toksycznych odpadów wywozi się wciąż z Europy i USA, legalnie lub nie, do krajów trzeciego świata, teraz głównie Afryki, gdzie zrzucane są na wysypiska, w których miejscowa biedota grzebie za czymś co można sprzedać, a ich kozy i owce za jadalnymi odpadkami. Deszcze wypłukują z tego różne trucizny, które naturalną rzeczy koleją kończą w ziemi i wodach gruntowych. Tak czy owak, prędzej czy później, świństwa z tych odpadów trafiają do łańcucha pokarmowego i będą się kumulować w organizmie stojącego u jego szczytu człowieka, trując po drodze pośrednie ogniwa. I nie ma gwarancji, że nie znajdą się nawet w egzotycznych przysmakach, eksportowanych przez te same kraje na zamożny Zachód.
  • Efekt cieplarniany (patrz wyżej). Tempo zmian temperatur przekracza zdolności adaptacyjne gatunków. Dodatkowo, prawie 30% wzrost stężenia CO2 w atmosferze zwiększa zakwaszanie oceanów (tak jak kwasi się wodę sodową), co skutkuje załamaniem cyklu życiowego koralowców i innych morskich stworów (mają kłopoty z budową wapiennych szkieletów, które woda sodowa rozpuszcza szybciej niż mogą rosnąć), a w połączeniu z gwałtownym wzrostem temperatury wód przybrzeżnych prowadzi do masowego wymierania raf koralowych. To z kolei powoduje zubożenie planktonu i załamania się łańcucha pokarmowego, którego jest on podstawą, czyli w ostatecznym rozrachunku kurczenia się populacji ryb.

ZDROWIE – Ludzie nie są wbrew pozorom wyjątkowym gatunkiem, odseparowanym od środowiska, które eksploatują i zaśmiecają, choć może im się tak wydawać, a zatem prędzej czy później muszą ponieść konsekwencje swego zbiorowego zachowania. Od paru dziesięcioleci obserwuje się postępujące problemy zdrowotne w krajach rozwiniętych -epidemia otyłości i związane z nią schorzenia, lawinowy wzrost alergii, coraz częstsze występowanie rozmaitych nowotworów, a wreszcie kryzys płodności, związany jak się wydaje, z drastycznym pogarszaniem się jakości spermy u mężczyzn tych krajów. Niektó®e z tych plag  mogą być powodowane przez  (m.in.) tysiące chemikaliów w żywności, meblach i przedmiotach użytku codziennego, wodzie i powietrzu. Producenci badają indywidualną toksyczność każdej zaakceptowanej do użycia substancji, ale nikt (z wyjątkiem kilku laboratoriów prowadzących ograniczone eksperymenty na użytek naukowy), nie badał i nie bada toksyczności ich kombinacji. Jak zdają się wskazywać wyniki tych ograniczonych badań, skumulowany efekt bywa wielokrotnie silniejszy, znacznie przekraczając normy szkodliwości, oparte na toksyczności jednostkowej. Biorąc pod uwagę, że do produkcji tego co jemy i pijemy, na czym siedzimy i w czym mieszkamy używa się obecnie dziesiątki tysięcy chemikaliów (w bazie danych American Chemical Society jest zarejestrowane ponad 50 milionów takich substancji), przetestowanie wszystkich możliwych ich koktajli jest w praktyce niemożliwe. Ludzkość zatem gra w chemiczną ruletkę z trudnymi do przewidzenia skutkami. Dalej, powodujące nieuleczalne choroby i epidemie bakcyle, przez 70 lat uważane za pokonane, lawinowo uodparniają się na wszystkie znane antybiotyki.

DIAGNOZA

Cywilizacja przemysłowa jest moim zdaniem poważnie zagrożona. Ma lub będzie miała do czynienia mniej lub bardziej równocześnie:

  • Ze zmianą klimatu i możliwym załamaniem się, lub drastyczną jego zmianą. Odwrócenie trwającego miliony lat procesu gromadzenia paliw kopalnych w 200 zaledwie lat jest w czasowej skali geologicznej gwałtownym kataklizmem.
  • Z kryzysem energetycznym.
  • Z przeludnieniem.
  • Z możliwością załamania się produkcji żywności.
  • Z masowym wymarciem gatunków i możliwością krachu biosfery.
  • Z masowymi problemami zdrowotnymi.

Wszystkie te zagrożenia mogą współdziałać ze sobą, tworząc pozytywne sprzężenia zwrotne, czyli wzmagać i przyśpieszać  się nawzajem. Nawet jeśli przepowiednie dotyczące niektórych z nich (np. globalnego ocieplenia), są przesadzone, nie umniejsza to niebezpieczeństwa wypływającego z takich kombinacji.

MY CZY NIE MY?!

Na ile ponosimy osobistą odpowiedzialność za to co się dzieje ? Jednostkowo – niewielką. Przytłaczająca większość z nas po prostu żyła i żyje jak się da, w warunkach typowych dla ich społeczeństwa, troszcząc się w normalny ludzki sposób o przeżycie, urządzenie czy wzbogacenie się. Odpowiedzialność można złożyć na karb zachowań ludzkości, nieprzystosowanej przez ewolucję do racjonalnego funkcjonowania w wielkich grupach społecznych – zbiorowego egoizmu, prywaty, braku odpowiedzialności społecznej,  krótkowzroczności i aroganckiej wiary w zdolność do kontrolowania procesów społecznych i naturalnych. Wbrew mitowi o Panach Stworzenia, ludzkość zachowuje się jak każdy inny niezdolny do abstrakcyjnego myślenia i racjonalnego planowania gatunek, któremu trafia się wyjątkowo gościnna nisza ekologiczna. Gwałtownie rośnie wtedy jego populacja, do liczebności powodującej dewastację tej niszy, co z kolei powoduje gwałtowne załamanie się gatunku, lub nawet jego wymarcie. Tyle że niszą ekologiczną ludzkości jest obecnie cały glob.

SZANSA NA LECZENIE

Hmmmmm… Po pierwsze, ludzkość w swej masie reaguje na klęski, zamiast je przewidywać i likwidować w zarodku. Po drugie, z przyczyn politycznych, gospodarczych i obyczajowych, społeczeństwa ludzkie cechują się ogromną inercją i zawziętym, często irracjonalnym, oporem przed akceptowaniem i wprowadzeniem radykalnych zmian na wielką skalę. Zwłaszcza gdy dzisiejsze koszty zapobieżenia potencjalnej katastrofie jutro lub pojutrze są wysokie – drastyczne obniżenie stopy życiowej i ogromne wyrzeczenia osobiste i zbiorowe i to w skali globalnej, i wciąż rosną. Po trzecie, wreszcie, większość ludzi reaguje na nieprzyjemne czy groźne wieści gwałtowną negacją, wyrażającą się mieszaniem z błotem Kasandr-głosicieli.

W systemach demokratycznych, dominujących w krajach rozwiniętych, politycy nie są w stanie wymusić drastycznej zmiany kursu zanim ich społeczeństwa tego zażądają, gdyż oznaczałoby to dla nich śmierć polityczną. Zglobalizowana ekonomia opiera się na ciągłym, nieograniczonym wzroście gospodarczym, napędzanym rozbuchaną konsumpcją, która sprowadza się w praktyce do cyklu  „kupuj – wyrzucaj – kupuj”, czyli wciąż szybciej pędzącego pasa transmisyjnego przenoszącego zasoby naturalne na wysypiska śmieci z krótką przerwą na pobyt w naszych domach. Gospodarka jest przy tym tak silnie spleciona z systemem politycznym i strukturą społeczną, że dokonanie szybkiej i drastycznej zmiany jest praktycznie niemożliwe.

W krajach nie-demokratycznych, jak np. Chiny, borykających się z napięciami społecznymi spowodowanymi przez gwałtowne uprzemysłowienie i brak swobód obywatelskich, jest to również niemożliwe, gdyż doprowadziłoby do upadku i tak chwiejnej i wystraszonej dyktatury.

Powyższy podział  jest zresztą nieistotny, gdyż problemy są globalne i remediacja wymagałaby zaplanowania i wprowadzenia w życie skoordynowanej i skutecznej akcji w skali globalnej, co jest i prawdopodobnie pozostanie mirażem.

Słyszałem pogłoski, że w niektórych sferach naukowych zaczęto na nowo rozważać mrzonki z lat 1960-ch,  o sztucznej kontroli klimatu Ziemi. Mówi się o wprowadzeniu do stratosfery dużych ilości cząsteczek odbijających promieniowanie słoneczne, celem wychłodzenia klimatu. Najlepszym kandydatem są siarczany. Byłaby to o wiele mniej kosztowna i łatwiejsza do zrealizowania opcja niż nagłe porzucenie paliw kopalnych. Mogłoby ją przeprowadzić na własną rękę, nie oglądając się na resztę świata każde dysponujące odpowiednim potencjałem technicznym państwo, np. Stany Zjednoczone, przy użyciu arsenału wojskowego, samolotów, rakiet, itp. Podobno w USA prowadzono już kiedyś badania naukowe nad użyciem regulacji klimatu w wojnie. Gdyby zmiany klimatyczne zaczęły powodować katastrofalne efekty na wielką skalę, akcja taka byłaby dosyć prawdopodobna. Biorąc jednak pod uwagę kompleksowość klimatu i biosfery, niemożność precyzyjnego modelowania, a zatem przewidzenia wszystkich skutków tak drastycznej ingerencji oraz brak badań naukowych nad jej możliwymi konsekwencjami, taka próba leczenia może być gorsza od choroby. Na skuteczne powstrzymanie prawdopodobnej katastrofy może być już zresztą za późno, no i jest to zresztą tylko jedno z wymienionych wyżej zagrożeń. Inercja systemu klimatycznego w skali globalnej to co najmniej 20 lat, a zatem to co się dzieje teraz jest wynikiem stanu atmosfery w latach 1970-80. Podobne, lub dłuższe okresy inercji występują we wszystkich omawianych zagrożeniach. Czyli nawet gdyby ludzkość zaprzestała działać na szkodę środowiska i siebie samej natychmiast, zaczęłoby to mieć wpływ na sytuację dopiero za ok. 20 lat, a tymczasem degradacja postępowałyby dalej.

KOPALNIANE KANARKI?

Jak wiadomo, Europa boryka się właśnie z problemami spowodowanymi przez miliony przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Powszechnie uważa się, że przyczyną fali uchodźców są wojny w Syrii, Afganistanie, Iraku i Libii oraz bieda w północnej Afryce. Tylko z rzadka pojawiają się informacje o związku tych plag z pogarszaniem się warunków środowiskowych. Tymczasem w latach 2006 – 2011 znaczna część Syrii dotknięta była ostrą suszą, spowodowaną, jak sądzą klimatolodzy, globalnym ociepleniem. Zmusiła ona do masowej migracji do miast co najmniej 1,5 mln ludzi nie mogących już utrzymać się z hodowli i rolnictwa, co, przy nieudolnej reakcji rządu Assada na ten kryzys, w znacznym stopniu przyczyniło się do wybuchu rebelii i wojny domowej. Poważne problemy z wodą mają zresztą wszystkie inne kraje tzw. Żyznego Półksiężyca, od Iranu do Egiptu. Równocześnie, szybko postępujące pustynnienie Sahelu (regionu sub-saharyjskiego w Afryce) i fale niespotykanych upałów zabijające zwierzęta nomadów i hodowców od Senegalu, przez Erytreę, Mali, Czad, Niger, Burkinę Faso do Nigerii, pozbawiają środków do życia miliony ludzi, podczas gdy rozbicie Libii przez USA i ich europejskich satelitów otwarło dla nich korytarz ucieczki do Europy. Tak więc cały ten chaos – bliskowschodnie wojny, terroryzm i nawała uchodźców w Europie, może być w znacznej części spowodowany przez wynikające z efektu cieplarnianego zmiany klimatyczne, a szturmujący do bram Europy imigranci mogą być kopalnianymi kanarkami, pierwszym sygnałem nadchodzącego kryzysu.

KONKLUZJA

Historia zna wiele cywilizacji upadłych z powodu zmiany klimatu i/lub dewastacji środowiska – Mohendżo-Daro, Wyspy Wielkanocnej, Majów, Anasazich, nordyckiej Grenlandii, itp. Być może grupy i ludzie rządzący naszą cywilizacją, wraz z ich społeczeństwami, powinni zapoznać się z historią takich upadków, wyciągnąć z niej właściwe wnioski i podjąć kroki zapobiegające jej powtórzeniu. Szanse na to są niestety niewielkie.


Przypisy:

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 3)
Loading...

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: United Nations Photo
The following two tabs change content below.

Chris Zwon

Chris Zwon jest autorem tekstów i przekładów publikowanych na portalu Medium Publiczne. Pragnie zachować anonimowość.