Trump i Putin w jednym stali domku – czyli o tym, czemu właściwie Kreml wsparł Trumpa?

Logika formalna, czasem wbrew tej obiegowej, podpowiada nam, że z błędnych założeń czasem wynikają prawidłowe wnioski. W mojej ocenie jest to właśnie przypadek opinii Iana McCreddiego, której przekład ukazał się na stronie Medium Publicznego.

Zacznijmy zatem od analizy tez autora. Powstrzymam się od oceny pryncypiów politycznych następców Lenina u steru Wszechrosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików) i jej następczyni KPZR. Niuansowanie w tej materii nie ma nic do przedmiotu artykułu, jak i zapewne nie ma większego sensu. Zwłaszcza, że teza o narodowo-rosyjskim (niektórzy słusznie by podnosili, że bardziej imperialno-rosyjskim) paradygmacie polityki zagranicznej Władimira Putina jest jak najbardziej słuszna. Stawianie demokracji, sprawiedliwości, praw człowieka czy praworządności w jakiejkolwiek orbicie zainteresowań dyplomacji Moskwy uważam za nadmierną uprzejmość. Polityka Putina jest typową grą w starcia interesów, gdzie „silni robią to, co mogą, a słabi cierpią to, co muszą”, jak wyłożyli to ojcowie demokracji – starożytni Ateńczycy przed zmasakrowaniem poddających się bez walki mieszkańców Milos.

Przekład artykułu Iana McCreddiego w wykonaniu Wojtka Worwy znajdziesz tu:

http://mediumpubliczne.pl/2017/01/putin-sklada-trumpowi-oferte-odrzucenia/

Tej raczej bezspornej tezie, autor przeciwstawia dotychczasową doktrynę amerykańską – promocję demokracji, wolności i wolnego handlu. To właśnie miejsce, w którym powstaje mój sprzeciw. Oczywiście taka prometejska retoryka towarzyszy amerykańskiej dyplomacji od dawna, prawdopodobnie od początku (wspomnijmy inwazję Kanady w 1812 roku, która miała przynieść wolność od dominacji brytyjskiej, a spotkała się z chłodnym przyjęciem). Potem mieliśmy aneksję Hawajów, Filipiny, Panamę, udział w skruszeniu powstania bokserów w Chinach, Kubę, Grenadę, Honduras… wymieniać dalej? Amerykańska polityka zagraniczna nie była kierowana wartościami, ale interesem USA. Towarzysząca jej retoryka nie różniła się od radzieckich opowieści o wyzwalaniu ludów z okowów kolonializmu. Zresztą zauważanie podwójnych standardów, rozbieżności czynów i słów – to nie domena antyamerykańskiej lewicy europejskiej, ale fakt m.in. zauważony i doskonale skomentowany przez twórców South Parku (odcinek 1. Sezonu 7. „A little bit of country”). Siła Ameryki – to jej pluralizm; to to, że na każde złe działanie rządu znajdziemy mnóstwo intelektualistów i aktywistów, którzy je zwalczają. W USA można spotkać każdy pogląd i wskazywać nań jako na „prawdziwe oblicze” Stanów. To jednak z miękkich sił Ameryki, która pozwala lubić ją niezależnie od aktualnej ekipy, aktualnej polityki, aktualnego systemu gospodarczego.

Twierdzę zatem, że ani Trump nie jest jakimś wyjątkowym przypadkiem, ani że Hillary Clinton prowadziłaby jakościowo różną politykę. W tej pierwszej kwestii, jestem przekonany, że jak zawsze to bieżąca sytuacja geopolityczna będzie dyktowała posunięcia dyplomacji USA. Pamiętam jak jeszcze jako szczeniak w liceum cieszyłem się ze zwycięstwa Georga W. Busha. Miałem nadzieję, że wycofa wojska amerykańskie z Europy i w ogóle będzie bardziej izolacjonistyczny. Moje poglądy mocno się zmieniły od tego czasu, a i George W. Bush nie był w stanie spełnić swoich obietnic. To ówczesna sytuacja zdecydowała za niego. Tak samo będzie prawdopodobnie z Trumpem.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Co do Hillary Clinton zaś, to zupełnie nie mogę zgodzić się z Ianem McCrediem, jakoby kandydatka Demokratów wierzyła przesadnie w praworządność, wolne wybory i prawa człowieka. Zbyt dobrze ją znamy; zbyt dużo wypłynęło podczas kampanii. Praworządność? Czołowa jastrzębica wśród demokratów, której doradzał Henry Kissinger, nie będzie promowała pokoju i przestrzegania norm międzynarodowych. Wolne wybory? Wystarczy poczytać sobie, jak wraz z DNC jej sztab ustawiał prawybory Demokratów. Można zaryzykować tezę, że retoryka Hillary Clinton jest bardziej mainstreamowa, a działania byłyby bardziej dyskretne niż Trumpa. Nie miejmy jednak złudzeń, że to idealistka. Jest pragmatyczką, jeszcze większą niż Barack Obama – laureat pokojowej nagrody Nobla, który prowadził wojnę przez całe dwie kadencje i który ostatecznie nigdy nie zlikwidował więzienia w Guantanamo. Nie zrozumcie mnie źle – lubię Obamę, ale to nie Martin Luther King, tylko doskonały gracz polityczny.

Czemu zatem Kreml wspierał Trumpa?

Czy zatem zwycięstwo Trumpa było w interesie Kremla? Było, lecz z nieco innych powodów. Myślę, że formalnej akceptacji aneksji Krymu nie będzie – mechanizmy światowej dyplomacji nie przepuszczą tak radykalnego złamania Karty Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Nieformalna akceptacja już się odbyła, bo sankcje wobec Rosji to jedynie listek figowy. Czy sankcje w obecnej formie znaczą cokolwiek w porównaniu z Pustynną Burzą, która była konsekwencją aneksji Kuwejtu przez Irak?

Rosyjskiej opozycji chyba nikt nie wspiera. W każdym razie żaden rząd na serio. Sytuacja jest chwilowo beznadziejna, nie ma silnych i popularnych osobowości. Zabójstwo Borysa Niemcowa, czy uwięzienie Marii Alechiny i Nadieżdy Tołokonnikowej (sprawa Pussy Riot), nie wspominając o śmierci Anny Politkowskiej, chyba pokazało, że Putin ma tu wolną rękę.

Zmagań o Kazachstan nie będę komentował, bo za słabo znam temat. Nursułtan Nazarbajew wystraszył się Putina po aneksji Krymu, ale nie sądzę, by Putinowi zależało na formalnej aneksji. Jest dobrze, jak jest. Nie nazwałbym też dożywotniego prezydenta Kazachstanu „agresywnym” i „niewiarygodnym”. Kazachstan od lat stara się wzbudzić zaufanie inwestorów zagranicznych. Akurat bardziej tych znad Zatoki Perskiej, którzy nie patrzą na prawa człowieka czy demokrację. Zresztą Zachód też nie patrzy – na peryferiach chce mieć spokój i stabilność. I zaprzyjaźniony reżim.

A zatem, dlaczego Moskwa stawiała na Trumpa? Po pierwsze wydaje się łatwo kontrolowalny. To bufon i raczej przereklamowany talent biznesowy. Jest też nieostrożny i na pewno naprodukował mnóstwo kompromitujących materiałów na samego siebie. Głęboko wierzę, że jak nie złote deszcze, to coś innego mają na taśmach co zdolniejsze służby wywiadowcze świata. Nie ma pewności, czy Trump będzie się tym przejmował. Kompromitował się na wszelkie możliwe sposoby w trakcie kampanii, cóż więcej mogło by mu zaszkodzić? Co najwyżej utrudnić relacje z sojusznikami, ale umówmy się – już dziś traktują go gorzej niż Berlusconiego, a kieruje dużo potężniejszym państwem niż Włochy.

Choć osobiście nie lubię Hillary Clinton, to jestem przekonany, że ją trudniej byłoby ograć. Moskwa liczy na humory Trumpa, jego samouwielbienie, jego monstrualne ego, które przesłoni mu intrygi, w których Kreml zawsze był mistrzem.

Co więcej, dla Putina ważne jest podkopywanie sojuszy i spoiw Zachodu. A Trump to właśnie robi – dystansuje się wobec NATO, wypowiada się negatywnie o Unii Europejskiej. Nie sądzę, że taka będzie jego polityka – system amerykański jest zbyt niesterowny i stawia na kontynuację. Tym niemniej, pogłębiania współpracy w ramach Zachodu za Trumpa raczej nie należy się spodziewać.

Jest jeszcze aspekt ideologiczny. To, co Putin robi ze społeczeństwem rosyjskim, zasługuje na oddzielny felieton. Ja nazywam to faszyzacją, choć jestem świadom, że nie jest to trafne określenie. W Federacji Rosyjskiej budowany jest system społeczny oparty na coraz bardziej konserwatywnych i religijnych wartościach. Alienacja władzy postępuje, a jej legitymacja przestaje pochodzić z woli ludu (nie koniecznie wyrażonej w demokratycznych wyborach).

Putin pompując populistów próbuje wykorzystać zachodnie systemy wyborcze do promocji podobnych postaw. Trump nie zdobył większości głosów, a rządzi. PiS nie zdobył większości głosów, a rządzi. Tak samo może być we Francji, czy gdzie indziej. Zwycięstwa prawicowych populistów upieką dla Kremla dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, Putin uzyska partnerów wdzięcznych za pomoc, którzy podzielają jego system wartości i się tego nie wstydzą. Po drugie, społeczeństwa Zachodu skoncentrują się na zwalczaniu lokalnej odmiany „dobrej zmiany”, podzielą się i nie będą miały czasu na śledzenie rozgrywek geopolitycznych. To da więcej oddechu i pole do działania dla Putina.

Zatem Kremlowi zależało na Trumpie, ale nie dlatego, że Clinton byłaby bezkompromisową bojowniczką o wolność i demokrację. Raczej chciał mieć łatwiejszego partnera, który dodatkowo skłóci społeczeństwa Zachodu, odciągnie od zainteresowania geopolityką i skompromituje demokrację jako system wyłaniania przywództwa. Przynajmniej w formie funkcjonującej obecnie na Zachodzie. Może to prowadzić do smutnego niedemokratycznego świata, albo do przesilenia – radykalnej transformacji systemu. To już zależy od nas samych.

Wesprzyj autora red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +4, liczba głosów: 8)
Loading...