To właśnie Trump może sprawić, że Amerykanie wybudzą się z apatii i zaczną interesować się swoim państwem

Może Amerykanie zaczęli zaniedbywać swoją demokrację? Szokująco wielu dorosłych Amerykanów nie potrafi wymienić nazwiska senatora czy kongresmena ze swojego okręgu. Nieliczni wiedzą, kto zasiada w Sądzie Najwyższym czy zajmuje najważniejsze stanowiska w administracji prezydenckiej. Brak zainteresowania polityką jest znamienny.

Przedruku dokonał Jakub Kundzik. 

Czas najwyższy, by wszystkie instytucje demokratyczne zaktywizowały obywateli, aby naprawić system – o kryzysie demokracji w  USA

Demokracja w podzielonym społeczeństwie

Nastał czas, żeby wszystkie instytucje amerykańskiej demokracji zaangażowały się, zaktywizowały wszystkich obywateli, by wspólnie z nimi naprawić system.

„Drzewo Wolności trzeba podlewać od czasu do czasu krwią patriotów i tyranów” – powiedział Thomas Jefferson, trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych [cytat za Wikiquotes, https://pl.wikiquote.org]

Cytat ten przypomniał mi się po wyborach prezydenckich i zaskakującej wygranej Donalda J. Trumpa. Nie dlatego, żeby rzeczywisty rozlew krwi był na horyzoncie, choć może nas czekać metaforyczna wojna. Wspomniałem te słowa, bo amerykańskie drzewo wolności wymaga odświeżenia, wstrząsu lub nawet przesadzenia na żyźniejszą glebę. Zatem, w tym sensie, Jefferson może mieć trochę racji.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Może Amerykanie zaczęli zaniedbywać swoją demokrację? Co prawda chodzą na wybory (a w każdym razie połowa z nich). Płacą podatki, choć nie możemy być pewni, że wszyscy. Mniej niż 0,5% służy w wojsku. Ale coraz więcej obywateli poświęca swój czas i wysiłek, angażując się w różnorodne inicjatywy religijne, ekologiczne, literackie i setki innych.

Problemem jest, że szokująco wielu dorosłych Amerykanów nie potrafi wymienić nazwiska senatora czy kongresmena ze swojego okręgu. Nieliczni wiedzą, kto zasiada w Sądzie Najwyższym czy zajmuje najważniejsze stanowiska w administracji prezydenckiej. Brak zainteresowania polityką jest znamienny. Ci, którzy śledzą wiadomości, ograniczają się do mediów, z których linią się zgadzają.

Jeden z największych obrońców demokracji – Winston Churchill – zażartował kiedyś, że „największym argumentem przeciwko demokracji jest pięciominutowa rozmowa z przeciętnym wyborcą” [przekład własny]. W tym cytacie byłoby jeszcze więcej głębi, gdyby dodać, że nie łatwo takiego znaleźć.

Nie to powinno być jednak esencją najstarszej demokracji świata. W każdym razie nie tak myślał jeden z Ojców Założycieli, Thomas Jefferson. Jak wyraził się znany edukator, pisarz i były rektor Uniwersytetu Chicago Robert Hutchins: „Demokracja raczej nie zginie w zamachu skrytobójcy. Będzie to powolna śmierć od apatii, zobojętnienia i niedożywienia” [przekład własny]. Miał na myśli, że każdą demokrację należy pielęgnować.

Naczelny agitator czy katalizator?

Donald Trump może być właśnie takim zaczynem rewitalizacji demokracji. Ani na sekundę nie stawiam Trumpa w jednym rzędzie Jeffersonem czy innymi największymi prezydentami USA. Jego pomysły, poglądy i zachowania powinny raczej obrzydzać Amerykanów do szpiku. Mówiąc dokładniej – do demokratycznego szpiku.

Czy Trump może stać się katalizatorem, który wybudzi Amerykanów z apatii?

Na szczęście demokracja amerykańska nie zależy tylko od jednej instytucji, a już na pewno nie od prezydenta, choć jego pozycja jest ważna i potężna.Sukces demokracji amerykańskiej wynika z wielości instytucji, na których się opiera: w ramach władzy ustawodawczej, jak i wykonawczej; wolnych i niezależnych mediach (i nie pomijajmy tu wybuchowych i wszechobecnych mediów społecznościowych); siłach zbrojnych; ponad 4000 wyższych uczelni; licznych związkach religijnych; rządach stanowych i samorządzie lokalnym; i niezliczonych grupach i organizacjach społeczeństwa obywatelskiego – prawdopodobnie najbardziej aktywnego i angażującego najliczniejsze grupy społeczne na świecie.

Prezydentura Trumpa będzie podważać te mechanizmy obronne. Reakcja tych instytucji zdecyduje o tym, co prezydent Trump będzie w stanie zrobić dla lub przeciwko interesowi Ameryki. Najważniejsze jednak, czy i w jakim stopniu instytucje te porwą i zaktywizują społeczeństwo USA do zaangażowania się i wypełnienia roli i obowiązków obywateli demokratycznego państwa.

Od instytucji, na których opiera się demokracja zależy jej przetrwanie, i od tego, jak skutecznie porwie obywateli, by zaangażowali się w obronę państwa obywatelskiego.

Amerykańskie media, na przykład, zachowały się wzorowo, nie odpuszczając kwestii tzw. „alternatywnych faktów”, na które powoływał się prezydent i jego doradcy, czy drążąc temat najważniejszych kwestii politycznych, takich jak służba zdrowia i wolny handel, w których Trump i jego otoczenie kluczą i unikają odpowiedzi. Media społecznościowe również odegrały niebagatelną rolę, zarówno krytykując, jak i broniąc nowego przywódcy.

Choć za wcześnie, by o tym przesądzać, to społeczeństwo obywatelskie również może się zaangażować w politykę krajową. Marsz Kobiet, który odbył się dzień po inauguracji Trumpa, przyciągnął miliony kobiet i mężczyzn w całym kraju i poza jego granicami. Zademonstrował tak ważne w demokracji prawo, a wręcz obowiązek obywatelski, do protestu.

Szczególnie godna uwagi jest mobilizacja w republikańskich stanach, takich jak Kansas, Wyoming, Alabama, Alaska czy wiejska część Wirginii.

Dopiero z czasem okaże się, czy ta imponująca energia okrzepnie w zorganizowany ruch z kierownictwem i agendą polityczną. Początek jednak jest obiecujący. Powinno to pokazać samym Amerykanom, jak i reszcie świata, że społeczeństwu USA autentycznie zależy na swojej demokracji i wolności, jaką ze sobą niesie.

Powinniśmy bacznie przyglądać się kampusom college’ów. To właśnie tam kształtowała się opinia społeczna na temat definiujących kwestii lat 60-tych i 70-tych – wojny w Wietnamie i ruchu praw obywatelskich. Jako dziecko tamtej epoki, mogę zapewnić o sile pro-aktywnych studentów, którzy głośno wyrażają swoje stanowisko. Trzeba im się przyglądać i słuchać ich. Ponad 17 milionów studentów działa w instytucjach społeczeństwa obywatelskiego. To o ich własną przyszłość chodzi. Czy zareagują?

Podzielone społeczeństwo

W tym sensie Trump może umożliwić wzmocnienie korzeni Ameryki, owego drzewa wolności. Kraj może potrzebować prawdziwego wstrząsu. Prezydent bezpardonowo siejący zamęt i podziały społeczne może być właśnie takim wstrząsem. Nadchodzi czas, by wszystkie instytucje demokratyczne Ameryki zaangażowały się, zaktywizowały obywateli i spowodowały, że demokracja zadziała, jak powinna.

Przed Ameryką stoi kolejne wyzwanie. To podział kraju. Nie taki jednak, jak w 1861 roku, kiedy południowe stany wystąpiły z Unii tworząc Konfederację, która wciągnęła kraj w najkrwawszy konflikt w swojej historii – wojnę secesyjną. Główną kwestią dzielącą wówczas społeczeństwo było niewolnictwo. W 2017 roku kraj pęka w poprzek w wielu miejscach. Społeczeństwo dzieli się na lewicę i prawicę; stany republikańskie i demokratyczne; rejony miejskie i wiejskie; zwolenników pro-choice i pro-life; klasę pracującą i finansjerę. Do tego dochodzi wiele konfliktów rasowych, religijnych, płciowych, związanych z imigracją, czy podatkami.

Podziały są widoczne gołym okiem. Kongres zdominowany obecnie przez republikańską większość w obu izbach jest tak partyjniacki, że zamiast podejmować decyzje w palących dla Amerykanów kwestiach, siedzi bezczynnie, kumulując podziały.

Choć nie zaczęło się to od Baracka Obamy, to ustępujący prezydent poszerzył toksyczny podział społeczeństwa. Winić należy przede wszystkim George’a W. Busha i Billa Clintona, choć żaden z nich nie miał takich intencji. Dziś jednak to pęknięcie zmienia się w głęboką rozpadlinę. Tego typu podziały nie są niczym nowym w USA. W rzeczy samej znajdujemy je w każdej żywej demokracji. Nie czyni to jednak obecnego stanu mniej niepokojącym.

Teraz, gdy Ameryka otwiera kolejny przerażający rozdział swojej historii, powinniśmy wsłuchać się w słowa kolejnego wielkiego prezydenta USA – Abrahama Lincolna, które wypowiedział w swoim drugim orędziu inauguracyjnym. Padły w czasie, gdy kończyła się wojna secesyjna – bezspornie moment najgłębszego podziału między Amerykanami: „Nie żywiąc urazy do nikogo, lecz miłość do każdego bliźniego, z ufnością w prawość, jaką Bóg nam wskazał, nie ustawajmy w dążeniu do ukończenia dzieła, którego dokonujemy. Dzieła opatrzenia ran narodu; dzieła opieki nad tym, który podejmował bitwy, i nad wdową i sierotą po nim; dzieła czynienia wszystkiego, co prowadzi do i celebruje sprawiedliwy i trwały pokój pomiędzy nami samymi i innymi narodami” [tłumaczenie za Rosemary Burton, Richard Cavendish, Cuda świata: Przewodnik po skarbach cywilizacji oraz częściowo własne].

Odniesienie do ran narodu pochodzi z jednej z najbardziej poetyckich i poruszających ksiąg Starego TestamentuKsięgi psalmów: „On leczy złamanych na duchu i przewiązuje ich rany” [Przekład za Biblią Tysiąclecia, Ps 147:3].

Lincoln XXI wieku pilnie poszukiwany

Lincoln odnosił się nie tylko do miłosierdzia Boga, ale też do ludzkiego miłosierdzia, do jakiego Bóg wzywa każdego człowieka. Lincoln w swej niemal boskiej mądrości widział potrzebę zaleczenia ran narodu po niszczycielskiej wojnie. Niestety, naród amerykański został pozbawiony tej mądrości i przywództwa, gdyż prezydenta zamordowano kilka dni po wygłoszeniu tego orędzia.

Zatem należy teraz zadać pytanie, kto dziś ma zacząć dzieło opatrzenia ran narodu. Kto przeskoczy liczne linie podziału i znajdzie wspólny cel i uczyni wszystko, „co prowadzi do i celebruje sprawiedliwy i trwały pokój pomiędzy nami samymi i innymi narodami”? Czy Ameryka znajdzie Lincolna XXI wieku?

W swoim orędziu inauguracyjnym Donald Trump zdaje się jasno mówić, że nie ma żadnych intencji opatrywania ran narodu. Za jego rządów będą zwycięscy i przegrani, tryumfatorzy i pokonani. Pomimo wysiłków przedstawicieli nowej ekipy, by złagodzić wydźwięk orędzia, wielu słyszało w nim budowanie kolejnych podziałów, pęknięć, prowokacji i burzenia. Tzw. „amerykańska masakra”, o której mówił, może właśnie się zaczynać.

Ameryka musi jednak wrócić do najważniejszego i koniecznego dzieła utrzymania żywotności amerykańskiej demokracji. Kto poprowadzi Amerykę w tej ogromnej, niemal syzyfowej pracy? Na tę chwilę wydaje się, że zadanie to stoi przed społeczeństwem Ameryki i jej wspaniałymi instytucjami. Zapewne tak powinno być w demokracji, gdzie władza należy do ludu.

Źródło: http://www.fairobserver.com/region/north_america/democracy-america-politics-donald-trump-news-analysis-11013/

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 3)
Loading...
Fot. Pexels.com