No więc jestem szczęśliwy, bo rozmawiamy o szkole! – Betlejewski odpowiada wkurzonym nauczycielom

Szkoła zdaje mi się kwintesencją naszej porażki. A w zasadzie porażki naszej wyobraźni. Jak żadna inna instytucja wydaje się dość plastyczna, łatwa do przeorganizowania – co pokazuje choćby najnowsza reforma gimnazjów – jeden podpis i likwidacja 17 lat dorobku. A jednak szkoła tkwi korzeniami w przeszłości. W przemocy i hierarchii.

http://365powodowdoszczescia.war-saw.pl/2017/02/13/powod-44-rozmawiamy-o-szkole/

Stosunek nauczycieli do ludzi (innych niż nauczyciele) cechuje automatyzm: nauczyciel ma natychmiastowy odruch przyjęcia postawy pełnej hierarchicznej arogancji. Nawet ten najuprzejmiejszy. Codzienny wielogodzinny trening czyni z nich mistrzów protekcjonalności. Nie umiesz, nie wyuczyłeś się, siadaj i nie pitol, pała!

Uwidacznia się to choćby w komentarzach, jakie nauczyciele zostawiają pod moim artykułem na FB – niechybnie można ich poznać po protekcjonalnym głaskaniu po główce lub bezpardonowym usadzaniu. Kilka pań posunęło się nawet do tego, by mnie psychologicznie zdiagnozować… cytuję:

Pan Betlejewski nie pracuje w szkole i to, zgodnie z tym co sam pisze, stawia go ponad tymi kretynami co pracują. Może pomaga mu to również leczyć zaburzone relacje z rodzicem. Może jest to wynik traumy związanej z przemocą jaką doświadczał w domu. Jakikolwiek jest powód to mu szczerze współczuje. Szkoda, że nie jest w stanie kochać świata wokół (wraz z nieidealną szkołą). Byłby szczęśliwszy i może swoją niewątpliwą inteligencje poświęciłby na działania, które mogłyby z korzyścią wpłynąć na jakość polskiej szkoły…

Można ten typowy nauczycielski wywód sparafrazować tak: to wszystko jego wina, bo bachor jest pieprznięty. Jeśli spełni moje zalecania, od razu poczuje się lepiej. A może, bo inteligentny.

Dokładnie to samo słyszałem w szkole. Nigdy nie przydarzyła mi się sytuacja, by nauczyciel powiedział: a jeśli ten mały skurkowaniec ma rację i to my powinniśmy się zmienić?

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Ale przecież mój tekst był nie do nauczycieli i nie o nich. On był o nas wszystkich. O naszym zbiorowym wyczynie, jakim jest polska szkoła. O tym niewątpliwym osiągnięciu, które ofiarowujemy kolejnym pokoleniom nas samych. Bo przecież te nasze dzieci to my. Zasnęliśmy, śni się nam, że jesteśmy Polakami, że mamy trzypasmową Marszałkowską przez środek miasta, którą można jeździć dwieście na godzinę autem w lizingu, oraz o tym, że będziemy mieli taką samą szkołę, jak w dziewiętnastym wieku. Odruch PiS, by szkołę cofnąć do struktury sprzed 17 lat, jest tego snu dramatyczną konwulsją. Faza REM, gwałtowne ruchy gałek ocznych i poruszanie kończynami.

Czy ktoś widzi, że śnimy koszmar?

Ja widzę. I wiem też, że może być inaczej.

W 2011 roku zostałem zaproszony przez szkołę w Izraelu, w Kefar Sava, do przeprowadzenia warsztatów z młodzieżą licealną z performancu i happeningu. Nie znam się na tym za bardzo więc oczywiście przyjąłem propozycję. Pojechałem tam, by czegoś się od tej młodzieży nauczyć. To co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania i spędziłem te trzy tygodnie w stanie całkowitego upojenia.

Trzeba to zrozumieć: ja bardzo tęsknię za szkołą. Ciągle, nawet dziś, przed pięćdziesiątką marzę o tym, by wrócić do szkoły i naprawdę się czegoś nauczyć. Być może całe moje działanie od czasu ostatecznej porażki szkolnej na Politechnice Gdańskiej jest wyrazem mojego marzenia, by rozumieć. Nie by wykuć, a by zrozumieć. Nigdy nie zapomnę pana od konstrukcji rur, który dyktował z powoskowanego palcami zeszyciku – ale nikt nie notował, bo wszyscy mieli kserówki jego wykładów ze starszych lat – równie wymiętolone i zgodne jota w jotę. Być może moja największa tęsknota wiąże się z posiadaniem nauczycieli, przewodników, którzy potrafiliby zrozumieć moje pytania. Nigdy nie chciałem od nikogo żadnych odpowiedzi. Chciałem tylko, by dano mi przestrzeń na pytania.

Z tym nastawieniem poszedłem na filozofię na UW, gdzie odpadłem na poziomie banalnej rozmowy wstępnej – brodaty profesor mnie zdyskwalifikował, gdyż nie pamiętałem, że w książce Kołakowskiego „Jeśli Boga nie ma” cytaty były wzięte w ramki.

W tej izraelskiej szkole poczułem natychmiast, że chcę być jak dziecko. Że jestem dzieckiem. O dziwo to samo wrażenie odniosłem o innych nauczycielach. To wszystko były dzieci. Zaprzyjaźniłem się z panem od matmy i panią od tańca, którzy z wielką wesołością spoglądali na ptaszki na drzewach.

Wszystko w tej szkole było otwarte. Przewiewne okna i klasy. Zbocze wzgórza było porośnięte roślinkami, które siały i pielęgnowały dzieci podczas zajęć z przyrody, czyli rolnictwa. Centralnym budynkiem była świetlica, w której było dużo gier planszowych, sporo instrumentów muzycznych i w której każdy dzieciak mógł siedzieć ile chciał, bo – uwaga! – chodzenie na zajęcia nie było obowiązkowe! Można było cały dzień przesiedzieć w świetlicy i grać w karty. A jednak wszyscy chodzili.

I nie była to szkoła dla dzieci starszych – gimnazjalnych. To była szkoła dla dzieci od sześć do 18. Powaga! Siedmiolatki pytano czego chcą się uczyć! I one mogły sobie wybrać.

W całej szkole nie widziałem żadnych odludków. Żadnych skinów, czy punków, czy dziewczynek w glanach patrzących spod kapturów. Wszyscy zdawali się zintegrowani, a były tam dzieci autystyczne. Zresztą tam właśnie po raz pierwszy prowadziłem zajęcia z dziećmi autystycznymi. Potem w Polsce chciałem robić to samo, ale okazało się, że potrzebuję szkoleń.

Nigdzie w tej izraelskiej szkole nie widziałem przemocy, nie wyczułem przemocy. Czułem spontaniczną radość z przebywania razem. Przede wszystkim nie było tego, co w Polskiej szkole jest powszechne – tak powszechne, że przezroczyste – przemocy, strukturalnej. Idącej od nauczycieli. Od dyrektora. Od programu. Od kuratora i ministra. Od flagi i Polski. Od historii i języka ojczystego. Od poezji wieszcza. Od równań różniczkowych i pracy domowej. Od przymusu siedzenia w ławce.

Dzień zaczynał się od pytania: czego chcesz się dziś dowiedzieć?

Polska szkoła rozczarowuje mnie najbardziej swoją niechęcią do stawiania pytań. Polska szkoła podsuwa odpowiedzi, wie, jak jest i jak powinno być. Polska szkoła jest afirmacją miałkości, mierności, codzienności, szarości, braku gustu i zwyczajności. Jest dokładnie tym, czym jest Marszałkowska.

Czego się nauczyłem?

Jesteśmy tymi Janami, którzy nie nauczyli się jako Jasie. Musimy to zrozumieć i przezwyciężyć własną głupotę.

Acha, jeszcze PS. Gdyby ktoś chciał sobie przypomnieć, w jaki sposób nauczyciele opieprzają uczniów, to zacytuję jeszcze ten wpis pod moim tekstem na FB, bo warto. Ta pani opierdala mnie, że miałem czelność napisać nie takie wypracowanie, jakiego sobie życzyła, choć jestem od niej dwa razy starszy i tyleż mądrzejszy (co już dodaję tylko z przyczyn złośliwości i braku elegancji):

Wesprzyj autora red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +7, liczba głosów: 15)
Loading...

Panie Betlejewski, czytam komentarze i widzę, że zasłania się Pan zamierzoną przez siebie formą wypowiedzi. Czy w Pana przekonaniu akt tworzenia felietonu legitymizuje wypisywanie obelg? Albo zamiast wyrażania merytorycznej, dziennikarskiej krytyki – wypluwanie jadu? Od kiedy mówienie krzywdzącej nieprawdy stało się opiniotwórczą prowokacją? Tak trudno się przyznać do błędu, poświadczyć, że tym wpisem mścił się Pan za krzywdy doznane w dzieciństwie (bynajmniej nie ze strony nauczycieli)? Czy Pan się w ogóle interesuje literaturą przedmiotu, filozofią edukacji, pedagogiką, dydaktyką? Proszę poczytać Korczaka, Zubelewicza. Będzie Pan miał bardziej wartościowe argumenty.