Dzisiejszą polityką rządzi nostalgia, a nie chęć zmiany

Brexit i Donald Trump obiecali proste rozwiązania trudnych problemów – co się stanie, jeśli swoich obietnic nie dotrzymają?

Rewolucja Francuska nie wybuchła wtedy, kiedy warunki życia były najtrudniejsze, ale wtedy, gdy poprawiające się standardy wytworzyły dalsze oczekiwania rozwoju i zmiany. Dziś słaba klasa średnia w krajach rozwiniętych obawia się, że to, co do tej pory udało jej się osiągnąć, jeśli chodzi o jakość życia, jest zagrożone.

Tłumaczenia tekstu Satyajita Dasa z portalu independent.co.uk dokonała Magda Gontarek.

Ankieterzy i analitycy określili Brexit, wybór na prezydenta USA Donalda Trumpa oraz wzrost na sile nietradycyjnych partii lewicowych i prawicowych jako manifestacje „populizmu”. Jednak te diagnozy mogą być mylące.

Populizm jest oksymoronem. Demokracja z góry zakłada udział popularności ze zdecydowanym, a przynajmniej znacznym poparciem potrzebnym dla zdobycia siły politycznej. Pomijając problem nieprecyzyjnych prób określeni, czym są te wydarzenia, bardziej warto skupić się na przeanalizowaniu idących za nimi ukrytych czynników.

Po pierwsze, większość obywateli odpowiada za pogarszające się widoki na pracę, zarobki, dostępność miejsc zamieszkania, edukację oraz koszty opieki zdrowotnej, wielkość emerytur oraz ograniczone perspektywy dla ich dzieci. Winą za ten spadek obarczają globalizację, zwłaszcza konkurencję międzynarodową oraz off-shoring (przenoszenie wybranych procesów biznesowych za granicę – przyp. red.) wykorzystujący sieć globalnych zasobów.

Istnieją obawy dotyczące rozwidlonego rynku pracy, gdzie niewielu wykwalifikowanych pracowników, zwłaszcza w dziedzinie finansów, technologii i rozrywki, zarabia bardzo dużo, podczas gdy większość zatrudnionych rywalizuje o słabo płatne posady z ograniczonymi perspektywami rozwoju. Efektem jest niezadowolenie wynikające z różnic w dochodach i zamożności, a także brak sprzeciw wobec pogarszającego się poziomu ekonomii.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Po drugie, biorąc pod uwagę kilka najgroźniejszych ataków terrorystycznych, imigracja oraz wolny przepływ ludności są widziane jako zagrożenie ekonomii i bezpieczeństwa.

Po trzecie, w społeczeństwie istnieje pewien rodzaj urazy za zauważalną utratę suwerenności, narodowej autonomii, a także etnicznej i kulturalnej tożsamości.

Po czwarte, znacząca część społeczeństwa obrusza się, kiedy „intelektualne elity” jak np. eksperci, którzy rzadko kiedy doświadczyli problemów, na tematy których się wypowiadają, mówią im, co ludzie powinni myśleć w pewnych kwestiach. W 1994 roku, senator Stanów Zjednoczonych oraz jednokrotny kandydat na prezydenta Pat Buchanan trafnie opisał te napięcia: „To amerykańscy pracownicy fizyczni tracą pracę, kiedy opadają bariery handlu, to dzieci klasy pracującej krwawiące i umierające w Mogadishu (…). Najlepsi i najbardziej błyskotliwi próbują wymknąć się najgorszym konsekwencjom polityki, którą wspierają (…). To może tłumaczyć (…) dlaczego narodowe statystyki pokazują po wielokroć, że najlepsi i najbogatsi Amerykanie są najbardziej zagorzałymi internacjonalistami zarówno w sprawach ekonomii, jak i bezpieczeństwa”.

Prawnicy z Wielkiej Brytanii, opuszczającej UE, prezydent Trump, francuski Front Narodowy zręcznie wykorzystują te elementy i czerpią zyski z różnic między grupami społecznymi dla własnych, politycznych korzyści.

Jeśli chodzi o ekonomię, pogrywają na strachu pozbawionych prawa głosu i tych, których utrzymanie się stoi pod znakiem zapytania. W kwestii imigracji, starają się pobudzić porozumienie między słabą klasą robotniczą a kulturalną grupą konserwatywną pod pozorem patriotyzmu. W sprawach kultury, starają się przemówić do społecznego konserwatyzmu grup o różnych przekonaniach dotyczących edukacji, religii oraz kwestii etnicznych.

Najważniejszym składnikiem dzisiejszej polityki nie jest zmiana, jak powszechnie się przyjęło, ale nostalgia. Nietradycyjni kandydaci obiecują, że przywrócą złotą epokę własności, bezpieczeństwa i zdecydowanie homogeniczne społeczeństwo ze wspólnymi wartościami, zapamiętanymi ciepło, ale nie do końca właściwie przez część społeczeństwa.

Ci, którzy popierają prezydenta Trumpa, wierzą w jego obietnice, że na nowo uczyni Amerykę wielką (słynne hasło „Make America great again” – przyp.red.), pomimo że niejasne jest, co tak naprawdę miałoby to oznaczać, o ile kiedykolwiek miałoby to być prawdą. Opowiadający się za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej chcą przywrócić wcześniejszy handel i siłę polityczną, która osiągnęła swój szczyt, kiedy Wielka Brytania była imperium. Premier Abe stara się odmienić japońską słabość ekonomiczną i przywrócić pozycję Japonii jako państwa pierwszorankingowego – itto koku. We Francji kandydaci rywalizują w wyborach na bazie idei przywrócenia „les trente glorieuses” (trzydzieści lat szybkiego rozwoju po II wojnie światowej), a nawet powrotu do La Belle Epoque (okres pomiędzy schyłkiem XIX wieku a I wojną światową).

W Południowej Europie ta nostalgia jest dużo bardziej złożona, podzielona przez pokoleniowe uprzedzenia. Młodsze pokolenia pragną powrotu do czasów sprzed przystąpienia do UE, odrzucając wspólną walutę i wierząc, że jest ona przeszkodą dla ekonomicznej własności. Starsze pokolenia, przeciwnie, czują sentyment do okresu przed ostatnim kryzysem, uważając UE i euro za strażników ich bogactwa i pensji przed złym zarządzaniem i częstą dewaluacją.

Ta nostalgia miesza się ze wsparciem dla „silnego” leadera, który może i dostarczy prostych i bezbolesnych rozwiązań na wspomniane problemy. Prezydent Trump nieustannie twierdził, że sam jest w stanie naprawić Amerykę. Równocześnie ostatnio trendy w postkomunistycznej Rosji i Wschodniej Europie są potwierdzone przez wzmocnienie się pozycji prezydenta Vladimira Putina, który przez wielu jest podziwiany, również przez prezydenta Trumpa. Przykładem pragnienia silnego przywództwa jest też przydomek niemieckiej kanclerz Angeli Merkel – „Mutti” – co oznacza „ślepe zaufanie”.

Jednakże mało prawdopodobne jest, aby populistyczni leaderzy i takie same partie przywróciły przeszłość. Nacjonalizm i protekcjonizm mogą tylko pogorszyć, a nie poprawić standardy życia, co będzie rezultatem obniżonego przychodu z eksportu i podwyższonych kosztów importu. Zapobieganie imigracji ograniczy dostęp do pracowników zarówno wykwalifikowanych, jak i tych niewykwalifikowanych – tak potrzebnych do skutecznego rozwoju.

Uwolnienie rynku może obniżyć płace, ochronę oraz bezpieczeństwo pracy. Wyższe zarobki uczynią biznes bardziej konkurencyjnym na rynku międzynarodowym i zachęcą do zautomatyzowania się, redukując etaty, nawet tam, gdzie przywraca się produkcję krajową (reshoring – przyp. red.). Podział multietnicznego społeczeństwa i powrót do przedimigracyjnej przeszłości będzie bardzo trudny. Odrzucenie wielostronnych relacji może zmniejszyć, a nie poprawić bezpieczeństwo narodowe.

Prawdziwym problemem jest to, co stanie się, jeśli, co jest prawdopodobne, urzędujący politycy nie będą w stanie sprostać oczekiwaniom, które rozbudzili, walcząc o władzę.

Nastawienie coraz bardziej pozbawionej złudzeń klasy średniej jest tutaj kluczowe. W dziele L’Ancien Régime et la Révolution, dziewiętnastowieczny historyk Alexis de Tocqueville twierdzi, że Rewolucja Francuska nie wybuchła wtedy, kiedy warunki życia były najtrudniejsze, ale wtedy, gdy poprawiające się standardy wytworzyły dalsze oczekiwania rozwoju i zmiany. Dziś, słaba klasa średnia w krajach rozwiniętych obawia się, że to, co do tej pory udało jej się osiągnąć, jeśli chodzi o jakość życia, jest zagrożone.

Dotychczas, protesty były prowadzone w ramach istniejących już instytucjonalnych struktur w pokojowy, choć nie zawsze miły i pełen godności sposób. Jednak, jeśli nie nastąpią obiecane zmiany, rozczarowani obywatele mogą być skłonni użyć bardziej radykalnych metod.

Podczas Wielkiego Kryzysu rozczarowanie zwykłych ludzi, którzy potracili swoje prace i oszczędności było przyczynkiem do narodzin faszyzmu. Piszący w tamtym okresie historyk AJP Taylor zauważył, że „klasa średnia, która wszędzie jest filarem stabilności i szacunku (…) została zupełnie zniszczona (…) jest pełna żalu (…), przemocy i brak jej odpowiedzialności (…), gotowa pójść za pierwszym lepszym demagogiem-zbawcą”.

Dziś jeszcze się to nie dzieje, ale pozostajemy z pytaniem: czy nie mogłoby się to zdarzyć?

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 3)
Loading...