Francesco Tristano. Podwójne życie

Francesco Tristano to muzyczny kameleon. Wieczorami gra Bacha w najlepszych salach koncertowych, nocami – daje live sety w klubach techno. Koncertuje – grając przede wszystkim muzykę barokową – komponuje, ale gdyby to było możliwe, chciałby wyłącznie improwizować. 

Francesco Tristano jest artystą o dwóch zupełnie różnych muzycznych twarzach. Z równą łatwością odnajduje się zarówno w filharmonii, jak i w klubie. Został zaakceptowany przez DJ-ów, uwielbiany jest też przez publiczność sal koncertowych. Być może dzieje się tak dlatego, że w obu miejscach Tristano ma przy sobie fortepian. A, jak podkreśla, siedząc przy fortepianie zawsze czuje się pewny siebie i bezpieczny.

Występował w Carnegie Hall w Nowym Yorku, w berlińskiej Filharmonii w paryskim Cité de la Musique. Nagrywa płyty dla prestiżowej wytwórni Deutsche Gramophon. Jest absolwentem renomowanej nowojorskiej Juilliard School od Music. I to właśnie tam zaczęła się jego przygoda z muzyką klubową. Chociaż po uczelni wciąż krążą cienie gigantów muzyki współczesnej – Steve’a Reicha, Philippa Glassa, Luciana Berii, Francesco oparł się tradycji i poszedł własną drogą. Odkrył nowojorską scenę techno i zaczął, razem z przyjaciółmi, organizować własne imprezy w klubie.

Jako pierwszy w tak szerokim zakresie włączył tradycyjny fortepian do muzyki klubowej. Używa go tak, żeby uzyskać efekt oscylatora, filtra czy flangera – urządzeń wykorzystywanych w muzyce techno.

W klubach gra wyłącznie live sety – improwizuje muzykę na żywo, zamiast, jak DJ-e, puszczać istniejące już utwory. W jego improwizacjach pobrzmiewają echa minimalizmu i muzyki eksperymentalnej.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Ale czy to rzeczywiście aż tak dziwne, że jakiś artysta odnajduje się w dwóch zupełnie różnych muzycznych światach? Być może to tylko kwestia wielkiego talentu i doskonałej organizacji czasu.

Kręcone włosy ułożone w piętrzące się nad czołem fale, szlachetne rysy, smukła sylwetka. Francesco Tristano, klasycznie wykształcony muzyk, a zarazem klubowym guru, jak twierdzi, nie czuje przynależności ani do świata muzyki klasycznej, ani do uniwersum diżejskiego. Jest tajemnicą.

Co to jest muzyka? Jak pan ją definiuje?

Z pewnością to nie jest to zbiór dźwięków zorganizowanych przez człowieka. Muzyka to dźwięki natury. Muzyka narodziła się w naturze. Muzyka jest w morzu, w kamieniach, w śpiewie ptaków, w śpiewie wielorybów. Swój dźwięk mają nawet atomy. Swoją muzykę ma cywilizacja. Nie ma potrzeby narzucania porządku temu pozornemu chaosowi. Wystarczy słuchać dźwięków natury i próbować je odtworzyć.

A pana muzyka – jakby pan ją zdefiniował?

Robię różne rzeczy. Dorastałem jako pianista, ale pewnego dnia w moim żuciu pojawiła się muzyka elektroniczna. Teraz łączę dźwięki elektroniczne z akustycznymi.

Czy to połączenie jest przyszłością muzyki?

To jej teraźniejszość! Grupa ludzi, którzy, tak jak ja, podążają tą drogą jest już dość duża i rozrasta się.

Muzyka klasyczna i popularna sytuują się dziś po dwóch stronach barykady.

Naprawdę? Ja nie widzę tej separacji. W moim przekonaniu te dwa światy muzyczne bynajmniej nie są sobie wrogie.

Muzyka to rytm, melodia, barwa dźwięku, harmonia, kontrapunkt – wszystko to znajdziemy zarówno w muzyce elektronicznej, jak i akustycznej, w muzyce klasycznej i w rock and rollu. Według mnie wszystkie style tworzą continuum, wciąż będąc tym samym – muzyką. Owszem, publiczność jest nieco inna, inny jest kontekst, ale wojny między tym dwoma dziedzinami muzyki nie dostrzegam. W muzyce nie ma wrogów, są tylko przyjaciele. Za pomocą muzyki możemy komunikować się z innymi kulturami, może nawet kiedyś z tymi spoza Ziemi!

Dorastałem w domu, w którym słuchaliśmy Vivaldiego, Pink Floyd, Ravi Shankara, Bacha i Wagnera. Każdego rodzaju muzyki. Myślenie o muzyce jako niepodzielnym uniwersum jest dla mnie naturalne. Nigdy nie zadawałem sobie pytania, czy to co robię to ,,klasyka” czy nie, czy to jest ,,jazz” czy to nie jest jazz, ,,techno a może nie ,,techno”. Klasyka, jazz, techno – takie określenia potrzebne są osobom programującym festiwale, organizatorom wydarzeń muzycznych, ludziom, którzy sprzedają muzykę i zarządzają nią. Nie muzykom.

,, Klasyka, jazz, techno – takie określenia potrzebne są osobom programującym festiwale, organizatorom wydarzeń muzycznych, ludziom, którzy sprzedają muzykę i zarządzają nią. Nie muzykom.

Najbardziej lubi pan muzykę barokową. 

Moim ulubionym kompozytorem jest Bach. Kiedy miałem pięć czy sześć lat, powiedziałem mojej profesorce od fortepianu, że chcę grać wyłącznie moją muzykę i Bacha. Ona na to, że jestem jeszcze bardzo mały, poznam jeszcze wielu innych kompozytorów i na pewno ich polubię. A ja na to z uporem: ,,Nie, nie, nie! Będę grał tylko moją muzykę i Bacha!”. I tak oto gram dziś Bacha i jemu współczesnych kompozytorów oraz muzykę techno, moją własną. Te dwa bieguny niezmiennie mnie inspirują.

Skąd pana zdaniem bierze się dzisiejszy renesans muzyki barokowej?

Było kilka takich renesansów w historii muzyki.

Muzyka zapisywana i odtwarzana ma pewną zaletę. Może podróżować w czasie i przestrzeni, i w każdej chwili możemy nadać jej inny sens. Możemy ponownie ją odkryć. Zobaczyć na nowo, z współczesnej nam perspektywy. Tym, co najbardziej pociągające i interesujące w odtwarzaniu partytur z przeszłości nie jest granie ich tak, jak to dawniej robiono, ale ze współczesnego nam punktu widzenia.

Szanuję i cenię tzw. ,,historycznie poinformowane” interpretacje, i prawdę mówiąc, osobiście przedkładam je nad inne. Ale zachwycam się też, gdy utwory z dawnych czasów interpretuje muzyk o silnej osobowości, potrafiący uczynić z dawnej partytury narzędzie swojej osobistej wypowiedzi, nadać jej oryginalny rys, zinterpretować w niepowtarzalny sposób.

Na jakiej zasadzie połączył pan Bacha i Cage’a? 

Ci dwaj, z pozoru tak obcy sobie kompozytorzy są sobie bardzo bliscy. Muzyka obydwu ma wymiar intelektualny i aspekt duchowy. Dociera do najdalszych głębi ludzkiej percepcji, dotyka najbardziej wrażliwych, najgłębiej ukrytych miejsc ludzkiej duszy.

Poczyniłem szereg badań nad partyturami Bacha i Cage’a i znalazłem w nich szereg paralelizmów, w zakresie tonalności, rytmu, struktury. Dialog między dwoma wielkimi umysłami jest wyraźnie widoczny.

Czy ci dwaj artyści, których tyle łączy, a jednocześnie tyle dzieli, zdołaliby się porozumieć?

Bach nigdy nie opuścił Niemiec, ale zawsze bardzo dobrze orientował się w tym, co się dzieje w muzyce w innych krajach. Także John Cage pozostawał w ciągłym dialogu ze swoją epoką. Ci dwaj kompozytorzy nie są tak różni, jak mogłoby się wydawać. Przeciwnie, gdyby spotkali się na kawie to, moim zdaniem, momentalnie nawiązaliby kontakt i oddali rozmowie o filozofii i życiu. To taka moja hipoteza – jak mi się wydaje się, Bach i Cage byliby sobie znacznie bliżsi niż na przykład Bach i Mozart. Bach i Cage – pełni spokoju, poruszający się w sferach ducha i intelektu – tak ich sobie wyobrażam.

Planuje pan pokazywać paralele także między innymi kompozytorami?

Niekoniecznie. Kontynuuję mój cykl nagrań Bachowskich. W ubiegłym roku grałem partity, suity francuskie i angielskie. Będę także wciąż grać muzykę elektroniczną. Będę miał wciąż otwarte uszy na inspiracje, które nieustannie docierają z otoczenia.

Porozmawiajmy o improwizacji. Bardzo pan ją lubi.

Improwizacja to wspaniała rzecz. Paradoksalnie, najlepiej wychodzi wtedy, gdy jest się dobrze przygotowanym. Dopiero wtedy można być prawdziwie wolnym. Ale tę wolność zdobywa się często długimi przygotowaniami i wielkim nakładem pracy.

” Gdyby to było możliwe, chciałbym wyłącznie improwizować.

Gdyby to było możliwe, chciałbym wyłącznie improwizować. Muzyka improwizowana jest związana z chwilą. Z tym jednym jedynym momentem, w którym zanurzeni są artysta i publiczność, który tworzą okoliczności.

Improwizacja jest ostatnio coraz popularniejsza.

Wszyscy wielcy kompozytorzy wspaniale improwizowali. W XX wieku ten zwyczaj zanikł. A teraz do tej tradycji wracamy. Muzyka improwizowana trafia najkrótszą drogą do serca, pozwala najskuteczniej komunikować się za pośrednictwem muzyki. Wykonawca otwiera swoje serce i trafia prosto do serca widza.

Jakie przeżycia towarzyszą panu podczas koncertów muzyki poważnej, a jakie podczas live setów? 

Pod względem muzycznym, nie ma żadnej różnicy. W obu przypadkach jestem na scenie i gram dla publiczności. W obu przypadkach doświadczam artystycznego spełnienia. Różne są miejsca, kontekst, temperatura, czas. Imprezy w klubie trwają całą noc, ciągną się do rana. Ale to w gruncie rzeczy mało istotne szczegóły.

Muszę jednak dodać, że zawsze odczuwam swego rodzaju brak. Kiedy gram muzykę elektroniczną, tęsknię za Bachem. Kiedy wracam do fortepianu, chcę z powrotem zajmować się elektroniką.

” Lubię czasami zagrać Bacha w klubie o czwartej nad ranem. Przez minutę grać Bacha i obserwować reakcję sali – bezcenne!

Lubię czasami zagrać Bacha podczas imprezy w klubie o czwartej nad ranem. Przez minutę grać Bacha i obserwować reakcję sali – bezcenne! Lubię robić takie niespodzianki!

Ma pan możliwość zetknięcia się z dwoma rodzajami audytorium – słuchaczami muzyki klasycznej i publicznością klubową. Jak bardzo one się od siebie różnią? Czy coś je łączy oprócz miłości do muzyki?

Live sety angażują fizyczność zarówno mnie samego, jak i moich odbiorców. Jest gorąco, późno, ludzie się pocą. Recitale wymagają przede wszystkim ogromnej koncentracji. Z jednej strony nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż kontakt z publicznością, która siedzi w całkowitym skupieniu, słuchając z uwagą. Z drugiej strony, cudownie jest patrzeć na ludzi, którzy szaleją na parkiecie i niesieni muzyką całkowicie zapominają się w tańcu.

Czy publiczność sal koncertowych nie powinna być czasami bardziej spontaniczna? 

Trudno wymagać od publiczności, żeby reagowała w taki czy inny sposób. Sprowokowanie słuchaczy do mniej czy bardziej żywiołowej reakcji to jest właśnie zadanie muzyka. Do niego należy grać tak, by sprowokować publiczność do takiej lubi innej reakcji. Słuchacze będą zachowywać się inaczej w trakcie koncertu Bach – Cage, inaczej podczas recitalu z utworami Schumana i Chopina. Zadaniem pianisty jest stworzenie przestrzeni do spontanicznej reakcji.

Na każdym recitalu daję z siebie wszystko, również podczas niewielkich koncertów w nietypowych miejscach. Każdy koncert jest dla mnie ważny. Na każdym może zdarzyć się coś niezwykłego.

Niedawno grałem live set na plaży. Ten wieczór na pewno zapamiętam na całe życie. Impreza odbywała się na świeżym powietrzu, było dość dużo gości. W ciągu pół godziny ludzie po prostu oszaleli w tańcu. Tę niesamowitą energię dała im muzyka.

Gdy słyszę utwór, który mnie porusza, zdarza mi się płakać. Ale odczuwać emocje to jedno, a zdołać je przekazać to coś zupełnie innego. Jeśli to się uda, to nie może być nic wspanialszego!

A jaki recital pan zapamięta? 

Na przykład koncert, który zagrałem niedawno w niesamowitym miejscu – w ogrodzie muzeum sztuki współczesnej wśród rzeźb Miró. Fortepian sprawiał wrażenie jakby był jednym z dzieł sztuki! Koncertu słuchało około 200-250 osób, grałem Bacha, a w tle towarzyszyły mi dźwięki natury – odgłosy świerszczy, tryle ptaków. To było wyjątkowe doświadczenie!

Pierwszą płytę też nagrywał pan w wyjątkowych okolicznościach, w Warszawie.

Na pierwszej płycie nagrałem Wariacje Goldbergowskie Koncert, na którym to nagranie miało być zrealizowane, zorganizowany przez Elżbietę Penderecką, odbywał się w Krakowie. Zespół CD Accord, który miał zająć się rejestracją nagrania przyjechał specjalnie na ten wieczór ze stolicy. No cóż… Koncert się udał, ale ponieważ to był sam środek zimy z widowni co chwila słychać było kaszel… Po koncercie powiedziano mi, że zagrałem wprawdzie bardzo ładnie, ale nagranie nie może się ukazać, bo słychać na nim zbyt wiele odgłosów dobiegających z widowni… Jeśli jednak mógłbym przyjechać do Warszawy, nagranie można powtórzyć. Tydzień później znalazłem się w stolicy i późną nocą nagrałem koncert w sali warszawskiej Filharmonii!


Główne zdjęcie artykułu pochodzi z oficjalnej strony Francesco Tristano.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 1)
Loading...
The following two tabs change content below.

Dorota Relidzyńska

Dorota Relidzyńska, filozofka i autorka tekstów, redaktorka tekstów poświęconych muzyce i popularyzujących naukę oraz historię. Ukończyła studia w Instytucie Socjologii i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, studiowała w Instytucie Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Publikowała teksty o tematyce muzycznej i popularnonaukowej w gazetach codziennych i magazynach: Gazeta Wyborcza, Życie, Machina, Beethoven Magazine, Echos de Pologne, W Podróży. Pracowała w radiu Tok FM, w kanale informacyjnym Polsat News. Prowadziła projekty wydawnicze jako redaktor prowadząca i naczelna. Jest autorką haseł w polskiej Wikipedii poświęconych muzyce poważnej.