Przyszłość Europy zależy od wyborów we Francji

Jeśli proeuropejski kandydat nie wygra wyborów we Francji, nacjonalistyczno-protekcjonistyczny porządek może zdominować Europę.

Tłumaczenia tekstu Knowledge@Wharton opublikowanego przez portal fairobserver.com dokonała Magda Gontarek.

Czy w tym samym momencie, kiedy Unia Europejska świętuje swoje 60. urodziny, w regionie szykuje się „europejska wiosna”? Kwestię tę rozważa Peter Vanham, członek kierownictwa Światowego Forum Ekonomicznego, oceniając ilość ostatnich zmian w Europie. (Opinie ukazane w tym tekście to opinie Petera Vanhama, a nie Światowego Forum Ekonomicznego jako ogółu.)

Europejska wiosna

Kilka tygodni temu w Hadze, premier Mark Rutte pokonał swojego populistycznego przeciwnika Geerta Wildersa w holenderskich wyborach. W międzyczasie w Edynburgu pierwsza minister Nicola Sturgeon zaproponowała kolejne Szkotom kolejne referendum dotyczące odłączenia się Szkocji od Wielkiej Brytanii. To dwie dobre wiadomości dla elity „eurofilów”. Oznaczają one, że obóz „proeuropejski” odzyskuje siłę po głosie Wielkiej Brytanii z czerwca 2016 roku, chcącej opuścić Unię Europejską.

Ale nawet dwie jaskółki wiosny nam nie uczynią. UE nie będzie w stanie tak naprawdę odetchnąć z ulgą do 23 kwietnia, a nawet 7 maja, kiedy to Francuzi wybiorą swojego nowego prezydenta. Jeśli kandydat proeuropejski nie wygra, dla projektu „Europa” może nastać długa, mroźna zima, a nacjonalistyczne, protekcjonistyczne i populistyczne porządki mogą raz jeszcze zapanować w regionie.

Na szczęście dla tych, którzy cenią sobie Europę, alternatywa rozsądnego proeuropejskiego francuskiego prezydenta jest nadal bardziej prawdopodobna, a razem z nią perspektywa silnej Europy gotowej na kolejny stresujący test – negocjacje w sprawie Brexitu.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Kiedy przywódcy Europy zebrali się późnym marcem w Rzymie, świętując 60 rocznicę podpisania traktatów rzymskich, jednocześnie stawiali czoła współczesnym Wizygotom u bram Unii. Populiści rosną w siłę wszędzie w 28-osobowym bloku, kwestionując idee, na których zbudowana została UE i grożąc przyszłości Unii w formie dotąd nam znanej. W tym kontekście, szkocka inicjatywa odłączenia się od Wielkiej Brytanii oraz wybory w Holandii nie wydają się być tak niepokojące.

Niektórych może zaskoczyć, że możliwa niepodległość Szkocji jest teraz postrzegana jako „dobra wiadomość” dla Europy. Nie dalej jak dwa lata temu pierwsze referendum dotyczące odłączenia się Szkocji zorganizowane przez poprzednika Sturgeon, Alexa Salmonda, zostało zdecydowanie odrzucone przez tę samą elitę europejską. Przywódcy UE chcieli pozostawić zjednoczoną Wielką Brytanię w Europie i zdecydowanie nie byli gotowi na dalsze rozłamy w narodzie.

Ale, jak śpiewał Bob Dylan, „czasy się zmieniają”. Brytyjska decyzja, aby opuścić UE dała szansę szkockiej niepodległości. Ostatnim razem było powiedziane, że Szkocja znajdowałaby się na końcu kolejki państw, które mogłyby zostać włączone w struktury UE. Dziś przywódcy europejscy, tacy jak negocjator w sprawie Brexitu ze strony Parlamentu Europejskiego Guy Verhofstadt mówi, że Szkocja miałaby prawo pozostać członkiem UE, jeśliby chciała.

Szkocka niepodległość

Jeżeli europejscy przywódcy są nagle bardziej zainteresowani niepodległością Szkocji, może to być bardziej taktyczne zagranie, aniżeli ze szczerej sympatii do tego kraju. Komunikat, że Szkocja byłaby mile widziane jako członek UE może być wiadomością przeznaczoną nie tyle dla rządu szkockiego, co brytyjskiego. Kwestia Szkocji może być jedną z wielu kart, którymi przywódcy UE mogą grać, aby mieć pewność, że znajdują się na dominującej pozycji, kiedy już Wielka Brytania rozpocznie oficjalną procedurę opuszczenia UE.

O ile dobre wieści zza kanału są interpretowane z uwagą, o tyle newsy dotyczące wyborów w Holandii zostały przyjęte serdeczniej w Europie. Mark Rutte, liberalny premier, sukcesywnie pokonywał Geerta Wildersa, swojego antyimigranckiego, populistycznego rywala, co zostało przyjęte radośnie i z ulgą. Było to interpretowane jako oddalenie się od antyeuropejskiego prądu. „Gratulacje dla mojego przyjaciela, Marka Ruttego” – napisał na Twiterze przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, kontynuując po holendersku „zbudujmy wspólnie silną Europę”.

Mimo to, holenderskie „proeuropejskie” zwycięstwo być może było niejako zwycięstwem pyrrusowym. Nawet wtedy, gdy populista Wilders raz prowadził w sondażach, nigdy uważano, że może choćby zbliżyć się do objęcia funkcji premiera – nigdy nie przekroczył poparcia w wysokości 25%. Zgodnie z holenderskim systemem wielopartyjnym z takim wynikiem nigdy nie byłby w stanie obalić obecnej koalicji, której przewodzi Liberalna Partia Marka Ruttego.

A więc konkluzja, która płynie z wydarzeń w Szkocji, Holandii oraz Wielkiej Brytanii to nic innego niż odciągnięcie uwagi od tego, co faktycznie zdeterminuje przyszłość Europy – wyborów prezydenckich we Francji, które będą miały miejsce w dwóch turach od 23 kwietnia do 7 maja. Powodem dla tego są dwa kluczowe argumenty.

Po pierwsze, Marine Le Pen, populistyczna kandydatka w tych wyborach, ma o wiele większe szanse je wygrać niż Wilders miał kiedykolwiek na wygranie wyborów w Holandii. Francuska polityk ma też o wiele większe poparcie.

Bardzo prawdopodobne jest, że Le Pen przejdzie do drugiej tury wyborów razem z Emmanuelem Macronem, czołowym centrowym kandydatem. Sondaże obojga polityków utrzymują się na poziomie około 25% i wysuwają się oni zdecydowanie naprzód względem innych kandydatów. W drugiej turze oczekuje się, że Le Pen zdobędzie jedynie około 35% głosów. To zdecydowanie poniżej wyników sondaży zwycięzców wyborów brzemiennych w skutki z 2016 roku – kampanii „Leave” w Wielkiej Brytanii oraz Donalda Trumpa w wyborach USA. Ale atak terrorystyczny lub polityczna „bomba” nadal mogą uczynić z Le Pen prawdziwym rywalem w finałowej turze 7 maja.

Przyczyn tego może być wiele, lecz fakt, że przez ostatnie lata Francja była głównym celem ataków terrorystycznych w Europie, a także to, że od lat ma skomplikowane relacje z imigrantami – może odgrywać kluczową rolę.

Jeśli chodzi o kwestię imigrantów, Le Pen jest mniej radykalnym politykiem niż jej ojciec – znany z polityki zaprzeczenia, który założył Front Narodowy, którego jego córka jest teraz przewodniczącą – ale nadal stoi twardo za prawicowym populizmem „kozła ofiarnego”. (Polityka zaprzeczenia jest czasem wiązana z odrzuceniem i sugeruje reinterpretowanie historii w oddaleniu od faktów. Ojca Marine Le Pen, Jeana-Marie Le Pena, kojarzy się czasem z bagatelizowaniem pewnych aspektów Holocaustu – określał komory gazowe w obozach koncentracyjnych jako „szczegóły” historii.) Postawa taka kontrastuje z lewicowym populizmem, który dominuje w krajach południowoeuropejskich takich jak Hiszpania czy Grecja.

Po drugie, perspektywa wyboru Le Pen na prezydenta Francji jest dla Europy wizją o wiele gorszą niż Brexit.

„Silnik” UE

Francja, odwrotnie niż Wielka Brytania, jest jednym z krajów założycielskich, tak samo jak Holandia. Jednak to Francja, a nie Holandia, była prawdziwym „silnikiem” dla integracji europejskiej, podobnie jak Niemcy. Francuskim politykom, a przede wszystkim byłemu przewodniczącemu Komisji Europejskiej Jacquesowi Delorsowi, przypisuje się ukształtowanie instytucji europejskich takimi, jakie znamy je dziś. Inni, tacy jak francuski prezydent Francois Mitterand, dali podwaliny tandemowi francusko-niemieckiemu.

Ten tandem z pewnością rozpadłby się za prezydentury Le Pen. O ile nie chce ona, aby Francja całkowicie opuściła UE, o tyle w wywiadzie dla BFMTV wyraziła pragnienie, aby Francja wycofała się z unii monetarnej, aby odzyskała kontrolę nad swoimi granicami i zatrzymała ekspansję na Europę. Taka postawa oznacza koniec UE w formie, w jakiej ją znamy. Stanowisko Le Pen jest więc tu zupełnie opozycyjne do tego, które zajmują kanclerz Angela Merkel i Przewodniczący Komisji Europejskiej Juncker.

Jednak pomimo przyczyn powyżej wymienionych, mało prawdopodobne jest, aby Francja zamieniła się w kolejne populistyczne domino przeznaczone do rozpadu. Bardziej możliwe jest, że wybory francuskie wygra umiarkowany, proeuropejski polityk z mniej lub bardziej wygodnym marginesem (zgodnie z sondażami 65% do 35%). W takim wypadku, projekt integracji europejskiej ma szanse zrobić to, co umie najlepiej – urosnąć pomimo kryzysu, wliczając w to Brexit. Może być tak, że zjedzenie tego brytyjskiego jabłka zajmie kolejne dwie zimy. Możliwe też, że 29 marca 2019 roku będzie naprawdę początkiem „europejskiej wiosny”.

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: 0, liczba głosów: 2)
Loading...