Erasmus – podwyższone ryzyko miłości

‘’When you first arrive in a new city, nothing makes sense. Everything is unknown, virgin… After you’ve lived here, walked these streets, you’ll know them inside out. You’ll know these people. Once you’ve lived here, crossed this street 10, 20, 1000 times… it’ll belong to you because you’ve lived there. That was about to happen to me, but I didn’t know it yet.’’

(‘’Smak życia’’ reż. Cédric Klapisch)

Wysiadka z metra, pierwsze wrażenia, unoszący się zapach zioła, szybki check-in w hostelu i ta nieszczęsna zostawiona butelka wody na recepcji…

Szybki w tył zwrot,  brzdęki gitary i wspólny śpiew w tle. Już wiedziałam, że niedane mi będzie zamulić w pokoju pierwszej nocy…

Nie wiem kiedy, poprowadzona przez nowopoznanych obieżyświatów, znalazłam się na deptaku  nad rzeką Douro, pod światłami słynnego mostu Ponte Luís, na pierwszym têteà-tête z nowym miastem.

Narodziny idei

Od trzech dekad europejska brać studencka migruje i wymienia doświadczenia pod sterem unijnego programu Erasmus. Niewiarygodne, acz prawdziwe, wszak inicjatywa obchodzi w tym roku 30-te urodziny. Jak rozwijał się program, gdzie upatruje się jego korzenie i jak ewoluowały inicjalne cele, które powołały program do życia? Jako uczestniczka, wysłana na semestr do Portugalii, dzielę się swoimi subiektywnymi obserwacjami po powrocie.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Czytaj koniecznie:

10 „duchowych” działań, które są totalną ściemą

Program został ochrzczony imieniem słynnego filozofa, humanisty i teologa – Erazma z Rotterdamu. Patron jest z pewnością nieprzypadkowy, życiorys Erazma mógłby świadczyć żakom przykładem. Erudyta żył i kształcił się w wielu zakątkach Europy, rozpoczynając edukację w Paryżu, migrując do Belgii, Anglii czy Szwajcarii, w poszukiwaniu wiedzy, doświadczeń i spostrzeżeń, których dostarczyć mogły jedynie relacje z innymi nacjami. Pozostawiając swój majątek Uniwersytetowi w Bazylei, stał się pierwszym prekursorem zagranicznych stypendiów.

Chociaż dziś inicjatywa uchodzi za jeden z najbardziej kojarzonych i popularnych programów spod skrzydeł Wspólnoty Europejskiej, początki nie należały do łatwych. Program ruszył w czerwcu 1987 r., kiedy zapadła wiążąca decyzja Komisji Europejskiej, ułatwiająca międzynarodową współpracę uczelni wyższych. Mimo, że postawy krajów członkowskich były nieco ambiwalentne, już w pierwszym roku 3 244 studentów-pionierów z 11 krajów spakowało plecaki i wyruszyło rozpocząć swoją przygodę życia, i zarazem pisać wspólną erasmusową historię.

Stereotypy wokół

Wszakże statut programu przewiduje migrację studentów i pracowników naukowych w celach wymiany doświadczeń, jednak czai się za tym znacznie więcej. Owszem rozszerza się akademicka perspektywa, obserwuje się inną jakość kształcenia, relacje pośród społeczności uczelnianej jawią się mniej formalnie i te mędrca szkiełko (bo nie oko) wydaje się być o niebo nowocześniejsze.

Toteż pozytywnie osłupiałam, obserwując nad wyraz przyjazne, partnerskie relacje belfersko-studenckie. Przyzwyczajona do oficjalnych kontaktów z wykładowcami, spotkałam się z otwartą formą komunikacji. Sama pani profesor nie stroniła od żartów i powiedzonek, chociażby wychwalając swoje rodaczki, przytakując ichniemu stwierdzeniu, iż kobiety są tym lepsze, gdy są drobne niczym sardynki (port. a mulher é boa como a sardinha).

Jednak to sięga dalej poza uczelniane mury. Jest to istny barter bez ograniczeń. Mimowolnie wymieniamy nie tylko szeroko rozumiane doświadczenie, wiedzę, opinie, ale i odrywamy się kulturowo, mentalnie od własnych korzeni kulturowych. Dajemy się poznać innym nacjom i czerpiemy wiedzę o obcokrajowcach. Jest to naturalna okazja, by wyzbyć się krótkowzrocznego sposobu myślenia, czy przeciwstawić się hulającym jak zaraza, stereotypom, gdyż nagle otaczają ciebie przedstawiciele, istni ambasadorowie, z każdego zakątka świata dając obraz kultury i obyczajowości swojego państwa. Vice versa, sposobność, by odczarować niechlubną stronę wizerunku Polaka. Nota bene, to również czas odkryć nowych smaków i wypraw kulinarnych. Któż nie spędzał długich wieczorów przy wspólnym gotowaniu, poznawaniu nowych smaków, butelce wina i towarzyszącym temu głośnym i żywym rozmowom.

Na samą myśl o uczestnictwie w wymianie Erasmus, do głowy napływają same pozytywne konotacje i morza korzyści. Czy nie każdy, w umyśle maluje obraz Erasmusa jako czasu beztroski, niekończącej się balangi, podróży za bezcen, romansów, miłostek i totalnej przygody. Jak to w każdej banialuce, ziarno prawdy się ukrywa, jednak nie samą przyjemnością wypełniony jest żywot studenta na obczyźnie, a w wyjazd wpisane są nieuniknione trudności. Wszystko zaczyna się daleko przed wyjazdem, gdy ogarnięty bądź mniej ogarnięty student, zawita do drzwi BWZtu i stawia czoła wyjazdowej biurokracji. Niemniej i nie to przyprawić może o niemały zawrót głowy, lecz zamknięcie wszystkich gorących, bieżących osobistych spraw przed wylotem, jak i pożegnania, zostawienie przyjaciół, połówek i najbliższych. Dużo do myślenia daje również fakt i konieczność ograniczenia swojego dobytku do jednej sztuki bagażu. Naocznie doświadczasz jak niewiele potrzebne jest do życia i zastanawiasz się skąd się bierze ten konsumpcyjny pęd.

Ambarasy to wpisana i gwarantowana część pobytu, jak i cały ich smaczek. Od oczywistych wyzwań i kolei, które czekają każdego żaczka, począwszy od poszukiwania mieszkania w obcym kraju, zderzenia się z obcą biurokracją, po społeczne – odnalezienie się w nowej społeczności, nawiązywanie nowych więzi i kręgów znajomych, kończąc na wszelkich nieoczekiwanych, randomowych wypadkach i zdarzeniach, które muszą się wydarzyć, bo życie toczy się dalej. Czym jest cała idea, jak nie najlepszą szkołą życia i najlepszym testem samodzielności! Będąc zdanym tylko na siebie, przebywając w obcym kraju, każde doświadczenie wzbogaca i rozwija, pozwala na podejmowanie szybkich decyzji i nie wiesz kiedy, ale człowiek chyba nieco dojrzewa. Kto nie słyszał zmagań i opowieści znajomych o małych sprawach, które na obczyźnie nie rozwiązują się w mig. Utrata karty, usterka w mieszkaniu, awaria laptopa, czy te mniej przyjemne jak włamania, kradzieże, czy inne historie będące dziś anegdotą i miodem na uszy gawędziarzy, a wtedy wyzwaniem czy krótkotrwałą bolączką.

Kulturowy kocioł i językowy babel

Wyjazd poza granicę ojczyzny, bez względu na odległość, zawsze wiążę się z wystawieniem na muszkę szoku kulturowego. To, że wszyscy jesteśmy Europejczykami i jak daleko zapędziła nas globalizacja, nie ma znaczenia, gdyż my nadal różnimy się mocno pod wieloma aspektami. Niezależnie od tego jak sumiennie przygotujemy się na spotkanie z inną obyczajowością (studiując sterty przewodników, książek podróżniczych, filmów itd.) kulturowe i mentalne dysonanse i tak nas dopadną i zależy tylko od nas na ile się na nie otworzymy.

Jak mówi angielskie przysłowie: when in Rome do as the romans do (polskie: jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak one). Chcąc nie chcąc, człowiek prędzej czy później wchodzi w panujący tam rytm życia, dnia i zaczyna rozumować i szanować panujące tam prawidła. Inaczej, buntując się i pozostając barbarzyńcą tutejszych norm obyczajowych, skazuje się na ciągłe gafy i afronty. Z pozoru takie małe rzeczy, które na początku biły w oczy, jak taka rutynowa asekuracja serwetką podczas każdego posiłku (bez znaczenia czy spożywasz lunch czy porcję lodów), lecz nieszanowanie owego zwyczaju przy portugalskim stole, wskazywało na syndromy złego obycia w towarzystwie.   

Warto też zaprzyjaźnić się z lokalną fauną, która nie daje o sobie zapomnieć. Ja zmuszona byłam współdzielić przestrzeń z bezczelnymi,  nieustraszonymi mewami.  Wstydu nie miały nawet wówczas, gdy nonszalancko porwały kawałek pizzy z dłoni mojej blond roztargnionej koleżanki z Rumunii, Andrei.  Mnie natomiast dwukrotnie dały o sobie znać, dając dobitną sugestię by spróbować szczęścia na loterii…

Co więcej, tu też upatruję największy potencjał i wartość Erasmusa, który wiąże się z ciągłym przebywaniem w międzynarodowym zgiełku. Jest to okazja do nabrania multikulturowego obycia, jak i otwarcia głowy na inność. Łatwiej wyciągać wnioski, i czasem nie ma innej drogi niż wyłączyć  ‘’polskie myślenie’’ i otworzyć umysł, bo tylko wtedy jesteśmy w stanie spróbować zrozumieć stanowisko Włocha, Francuza czy chociażby Norwega. Tak przykładowo w otchłaniach pamięci na długo zapiszę się, charyzmatyczny Marokańczyk, Oussama chętnie dzielący się barwnymi opowieściami o swoim fantastycznym kraju, leżącym zaledwie 14 km od Europy. Skutecznie odpalił iskierkę ciekawości, dając jednocześnie wskazówki, jak nie wpakować się w tarapaty, w kraju tak odrębnym kulturowo, istnym haszyszowym potentacie, w którym przykładowo za spożycie woltażu na ulicy można nabawić się dwóch nocek w arabskiej celi. Polskie zachowania też wzbudzały zmieszanie, co zilustruje sytuacją, kiedy zgotowałam swoim współlokatorom grzańca, narażając się na widok wielkich skołowanych portugalskich oczu. Jak śmiałam podgrzewać ich dobro narodowe? Temperatura emocji jednak szybko opadła, a aprobata przyszła z pierwszym haustem.

Z pewnością powtórzę erasmusowe cliché, jakoby jednym z niezaprzeczalnych atutów było szlifowanie języków obcych. Dla jednych jest to okazja na przełamywanie lodów i barier, dla innych szansa na liźnięcie nowego języka. I choć z początku bywa nie lada wyzwaniem uczyć się i zdawać egzaminy w nowopoznanym języku, to wracając, gro studentów włada nimi na tyle biegle, otwierając sobie niejako dodatkowe drzwi na dalszej zawodowej ścieżce. Poznając obcy język niejako otwiera się oczy na inną rzeczywistość, otwiera się okno, z którego widać to samo, ale z zupełnie innej perspektywy. Tracimy klapki na oczach i budzimy się do nowej świadomości. Ale podejmę tę kwestię z innej strony. Nie ma możliwości poznania ludzi, kultury, niuansów bez poznania języka. O czym śpiewa Iglesias, co jest takiego w lambadzie, o co chodzi w  filmach Felliniego – wszystko naraz staje się jasne. Język to nieodzowna część kultury. Trudno też nie wspomnieć, że czasem ten język potrafi splatać figla. Zawsze pozostaną sfery, kwestie nie do oddania w innym języku niż ojczysty, wtedy przychodzi rzewna myśl, iż w stu procentach zrozumie cię wyłącznie swój krajan. Z zupełnie innej beczki, każdy język ma swoje typowo endemiczne frazy czy słowa, często niedające się prosto tłumaczyć, a w pełni poczuć ich sens można jedynie przebywając pośród lokalnych. Przykładem może być portugalskie określenie – saudade, oddające mocno ich sentymentalną, nostalgiczną naturę. Ten stan ciągłej tęsknoty za lepszymi czasami przeszłości, dalekimi przyjaciółmi i ukochanymi, mający swoje źródło w samotności, jest swoistym wyobrażeniem o nich samych. Inną ilustracją z Półwyspu Iberyjskiego, może być hiszpańska fraza: borrachera total (hiszp. totalne pijaństwo), której pełne brzmienie dane mi było odczuć podczas absolutnej fiesty, jaką była tradycyjna parada studentów (cortejo), podczas święta żaków w Coimbrze zwanego queima das fitas, gdzie entuzjazm świeżych absolwentów płynie hektolitrami piwnego potoku i przeplata się z najazdem karetek, stawiających na nogi oszołomionych procentami studentów.

 

Podwyższone ryzyko strzały Amora

Wszem i wobec znana jest nieco nieprzyzwoita łatka Erasmusa, acz właściwie cóż w tym złego, niejako uważanego delikatnie mówiąc, za okres eksperymentów i luźnych relacji wszelkiej maści. Często można usłyszeć dobitne przytyki sceptyków, przywołujących znany rym… Po własnych obserwacjach społeczności studentów, śmiem stanąć w ich obronie. Jest to czas wyjątkowy, gdy każdy jest sam i jedzie na tym samym, nomen omen, wózku.  Nie ma co ukrywać, Erasmus to również czas rozłąki, tęsknoty i wielu samotnych chwil (zwłaszcza na samym starcie semestru). Przebywając w różnorakich, kolorowych towarzystwach osób podzielających ten los, o zbliżenia i bratnią duszę nie trudno. Co więcej, przebywając w otoczeniu międzynarodowym, nie obawiam się stwierdzić, iż nie trudno o znalezienie sympatii czy adoratora, gdyż naturalnie inne nacje stanowią dla siebie pewnego rodzaju egzotykę i tajemnicę, co zwiększa tylko wzajemną atrakcyjność i napina łuk amora. Wszystkie opowieści, podsumowuje szacunkowa statystyka, przeto od początku trwania programu mogło narodzić się już ponad milion małych Europejczyków, owoców owych związków. Komisja Europejska szacuję, iż ponad ¼ studentów biorących udział w wymianie Erasmus, poznało wówczas swojego przyszłego partnera. Badania ankietowe pośród ex erasmusów, wykazały również, iż po epizodzie wymiany, osoby stają się bardziej otwarte na multikulturowe relacje.

Erasmusa meta czy start?

Powoli zmierzając ku finiszowi, jedną z najcięższych kolei losu Erasmusa, jest etap końcowy. Dopięcie walizki, zebranie stempli na dokumentach, słodko-gorzkie rozstania z najbliższymi towarzyszami doli, obietnice wizyt i wzajemna zaproszenia, łezki kręcące się w oku w parze z uśmiechem. Gorzka nostalgia i realizm uderza, gdyż prawdopodobnie nie dane już będzie spotkać się w tym gronie. Łut nadziei i optymizm zwycięża, w końcu świat się kurczy, a z innym podejściem trudno by było się rozstać. Jedni usychając z tęsknoty przebierają nogami za powrotem do kraju, inni już nigdy nie zagrzeją w nim miejsca na długo, gdyż zasmakowali życia w podróży i podbili tym samym paszport obywateli świata. Powrót do kraju, odnalezienie sobie miejsca po powrocie jest chyba najcięższym z zadań. W literaturze krąży już nieformalny termin post-erasmusowego bluesa, pojęcia określającego smutek, nostalgię, zjawiska depresjopodobnego, które często towarzyszy weteranom programu. Jedno się kończy, coś nowego się zaczyna. Część załapie podróżniczego bakcyla i wejdzie w buty globetrottera, inni przewartościują swój byt, wyciągną lekcje i przetrącą swoją filozofię życia. Okres po powrocie, bogaty jest w refleksje, burzę pomysłów, przemyśleń, nowych decyzji… Co zrobisz z tym potencjałem, otwartą głową, bagażem doświadczeń i apetytem na życie zależy od Ciebie. Ten Erazm z Rotterdamu miał jednak rację!

Martyna Piskorska, ex erazmus z Portugalii


Zebrane wrażenia zaprzyjaźnionych podzielaczy losu:

Monika, studentka geodezji – Hiszpania, Walencja:

,,Zaobserwowałam pewną różnicę między typowym Nowakiem, a Gonzalezem – Polak żyje aby pracować, natomiast Hiszpan pracuje żeby żyć (w oryginale: trabajar para vivir no vivir para trabajar). (…) Teraz dedykuję moje życie zupełnie innym wartościom niż tym przed wyjazdem.’’

Dorota, studentka geografii, Portugalia, Porto

,, Dzięki erasmusowi, chociaż to w sumie znowu przez ludzi, i to z Portugalii, przypomniałam sobie jak wielka miłością był dla mnie taniec i aplikowałam po przyjeździe na drugi kierunek, właśnie z nim związany. ‘’

Kuba, student malarstwa, Hiszpania, Madryt

,, Erazmus pozwolił mi w pełni korzystać z samodzielności, pomógł mi oswoić tęsknotę za bliskimi osobami i zrozumieć, że w życiu będę zawsze budował nowe relacje. (…) Pomógł mi rozwijać się niezależnie i bezstresowo, bez nadgorliwości ze strony profesorów, co w krótkim czasie skutkowałoby klęską, ale w dłuższej perspektywie było bardzo rozwijające.’’

Agata, studentka psychologii, Belgia,

,, Erasmus dał mi tez dużo wolności i takiej możliwości spuszczenia gardy, która w Polsce jednak trzymam. (…) Erasmus dał mi też potwierdzenie dla mojego podejścia do ludzi innych narodowości. Bo póki nie spędzi się z nimi serio czasu, twoja tolerancja, przekonania, ciekawość innych kultur, to w sumie teoria…’’

Ewa, studentka Szkoły Głównej Handlowej, Finlandia (Helsinki)

,, Myśląc o tym semestrze, uważam że największą wartością na wymianie byli ludzie. (…) Prowadzone przez nas dyskusje i wyciągane z nich wnioski były czymś, czego nigdy nie zapomnę. O kulturze nie wystarczy przeczytać, trzeba to poczuć na własnej skórze. Dzięki takiej wymianie myśli, znacznie łatwiej jest mi teraz zrozumieć pewne procesy zachodzące na świecie. W ramach wymiany miałam również okazję rozpocząć naukę dwóch obcych języków, a także uczestniczyć w zajęciach, które nie są dostępne w ofercie mojej uczelni macierzystej. Jestem zachwycona fińskim systemem nauczania!’’

Cezary, student politologii i stosunków międzynarodowych, Hiszpania (Grenada)

,, To był wspaniały rok – wyjątkowo wymagający intelektualnie, pełen spotkań ciekawych ludzi i nawiązywania prawdziwych szczerych przyjaźni oraz podróżowania (…). Dodał pewności siebie i wiary w swoje zdolności intelektualne. Skoro mogę studiować po hiszpańsku z sukcesem politologię i stosunki międzynarodowe, mogę dalej rozwijać swoje pasje naukowe gdziekolwiek na świecie.’’

Paweł, student ekonomii, Meksyk (uczestnik innego programu wymian)

,, Wyjazd na uczelnię nie dał mi kompletnie nic, oprócz możliwości powiedzenia, że się studiowało na jednej z najlepszych uczelni świata. (…) Można górnolotnie powiedzieć, że zobaczyłem trochę kulturę biznesu i inne metody nauki, a jeśli chodzi o wartość dydaktyczną, to uczyłem się więcej niż w Polsce, co nie zmienia faktu ze tego samego można się nauczyć w Sypitkach Wielkich, bo na uczelniach zagranicznych traktuje się studentów inaczej niż lokalnych, trochę jak studiujących turystów. (…) Żeby nie było ze nic nie dają wyjazdy, to od istnienia programów wzrosła liczba zwolenników UE, którzy de facto zostali przekupieni możliwością wyjazdu. ‘’

Natalia, studentka filologii norweskiej, ku zaskoczeniu… Norwegia

,, Erasmus dał mi możliwość zdobycia pierwszego doświadczenia zawodowego, bardzo cennego i związanego z rozwojem umiejętności językowych.(…) Zmienił moje patrzenie na świat. Miałam okazję skonfrontować swoje poglądy choćby à propos multikulturalizmu, którego byłam dużym zwolennikiem, wyjechałam z Erasmusa, jednak jako etnosceptyk widząc niejednokrotnie przepaść kulturową, która znacznie utrudniała normalne funkcjonowanie. (…)Erasmus zmienił moje patrzenie na zarobki. Wiem, że mogę wymagać też jako pracownik, że będąc kreatywna mogę robić różne rzeczy i zarabiać dobrze, bo dowiedziałam się, że moja praca jest pracą o wysokiej jakości. Nauczyłam się też pracować spokojniej, szanować swoją pracę i ją wyceniać.’’


P.S.

Dla tych, w których być może obudziłam ton nostalgii i przywołałam wspomnienia, zostawiam namiar na sztandarowy film o perypetiach Francuza wybywającego z Erazmem do Barcelony. Erazmusowy must-see – ‘’Smak życia’’ w reż. Cédrica Klapischa.


Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com

Autor: Andrew Gustar

 

red. Rafał Betlejewski
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 3)
Loading...
The following two tabs change content below.
mm

Martyna Piskorska

Studentka farmacji Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Dziewczyna z Mazur, pochodzi z krótkiego miasta - Ełku. Zainteresowana dziedziną farmakoekonomiki oraz opieką farmaceutyczną. Po zajęciach pływa oraz gra w koszykówkę wraz ze Sportowym Powiślem. Miłośniczka dobrego kina, literatury i Portugalii.
mm

Ostatnie wpisy Martyna Piskorska (zobacz wszystkie)