Fatima Bhutto: Filmy mogą przekonywać i inspirować, ale nigdy nie są niewinną rozrywką

Mało kto wie, że CIA maczała po cichu palce w produkcji wielu filmów – „Dobry agent” („The Good Shepperd”), „Operacja Argo” („Argo”), „Helikopter w ogniu” („Black Hawk Down”), „Wróg numer jeden” („Zero Dark Thirty”). Dlatego też trzeba sprawdzać kto jest prawdziwym narratorem oglądanej historii!

 

Artykuł jest skróconą wersją wykładu, wygłoszonego przez Fatimę Bhutto podczas corocznego happeningu kulturalnego p.t. „Wpływ kina i ruchomych obrazów” (Power Of Film And Moving Image) mającego na celu badanie i ujawnianie wpływu filmów na obraz dzisiejszego świata.

Fatima Bhutto 22 February 2017

Prelekcję w języku angielskim, wraz z wideo fragmentami filmów i transkryptem, można znaleźć na witrynie Open Democracy pod adresem https://www.opendemocracy.net/fatima-bhutto/cinema-can-be-powerful-and-inspiring-but-it-is-never-innocent

Od Tłumacza

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Przez Europę i USA przetacza się obecnie wciąż rosnąca fala populistycznego strachu i niechęci do uchodźców, muzułmanów i islamu, wzbudzona zarówno przez tendencję do szukania zewnętrznego kozła ofiarnego odpowiedzialnego za powszechny kryzys (eksternalizacji), jak i przez sensacjonalne, wyolbrzymione i wyjęte z kontekstu doniesienia o problemach powodowanych przez tych przybyszów. Nastroje te  są bardzo silne w Polsce. Przypuszczam, iż w znacznym stopniu można je przypisać subtelnej i wszechobecnej propagandzie w filmach rozrywkowych produkcji amerykańskiej, bardzo w Polsce popularnych, chętnie (i często bezkrytycznie) oglądanych. Starsi Polacy są dobrze obznajomieni z propagandą filmową serwowaną w czasach tzw. realnego socjalizmu, była ona jednak prawie zawsze raczej prymitywna i tak sprzeczna z obserwowaną rzeczywistością, że nikt jej nie wierzył. Filmy z Hollywood’u należą jednak do zupełnie innej kategorii – cechują się bowiem doskonałością techniczną, psychologiczną subtelnością, a wreszcie przedstawiają interpretację procesów i wydarzeń, której widzowie nie są w stanie skonfrontować z rzeczywistością.

Amerykańskie kino i media prawie od zawsze propagowało niechęć i wrogość do Arabów i muzułmanów, podobnie zresztą jak do wielu innych ras i kultur. Szerzenie takiego nastawienia nasiliło się jednak znacznie po 1948 roku, wzmogło po 1967 i stało się powszechne i wszechobecne po upadku ZSRR w 1991, kiedy elitom rządzącym Stanami Zjednoczonymi na gwałt potrzebne były po pierwsze nowy groźny „wróg”, a po drugie propaganda wojenna niezbędna do usprawiedliwienia czynnych interwencji na Bliskim Wschodzie. Czytelnikom zainteresowanym zgłębianiem tego tematu polecam film dokumentalny „Valentino’s Ghost:Why we Hate Arabs” (http://www.alternet.org/media/valentinos-ghost-why-we-hate-arabs ), nagrodzony i chwalony na festiwalach w Wenecji i Amsterdamie, blokowany i ignorowany przez kina, stacje TV, szkoły filmowe i uniwersytety, oraz dostępny na Vimeo film „Reel Bad Arabs”.

Fatima Bhutto

Zacznę od zapewnienia, że choć seria filmów „Rambo” nie należy na ogół do repertuaru mych wykładów, muszę poświęcić im tutaj 15 minut. Kino jest dokładnie tym o czym była tu mowa przez cały ranek – niezwykle silnym katalizatorem zmian. Jest zawsze na krawędzi innowacji. Może być inspiracją.

 Na pewno nie jest jednak niewinną rozrywką.

Moim zdaniem nigdy nią nie było i to właśnie siła filmu – medium opartego na sugestii, niuansach i emocjach, czyni je tak użytecznym środkiem propagandy. Gdy mowa o kinie i propagandzie nie można oczywiście pominąć Leni Riefenstahl. Zanim zatem przejdę do dnia dzisiejszego, przypomnę tu klasykę – film z 1935-go roku, „Tryumf woli” („Triumph des Willens”). Wielu z Was może go zna, ale na wszelki wypadek wyświetlę krótki fragment. Film jest w zasadzie tylko dokumentalną relacją z przybycia Hitlera na konferencję NSDAP w Norymberdze – począwszy od przylotu jego samolotu nad miasto obwieszone swastykami i pełne entuzjastycznych tłumów, i uważany jest za klasyczny przykład kina propagandowego, obwieszczający „Odrodzenie Narodu Niemieckiego”.

Fragment „Tryumfu Woli” pokazujący przejazd orszaku Hitlera wśród ekstatycznych tłumów.

OK, cała dwugodzinna reszta jest w tym samym stylu. „Tryumf Woli” został nakręcony na polecenie Fuhrera, a w 1938 r., po Nocy Kryształowej, Riefenstahl zabrała film ze sobą na podróż promocyjną do USA [celem skontrowania powszechnego potępienia ataku na żydów, przyp. tłum]. Żadne studio w Hollywood i żaden z ich dyrektorów nie chciał jednak się z nią spotkać. Nikt, z wyjątkiem Walta Disneya, który sam był entuzjastycznym propagandzistą filmowym. Jest dla mnie oczywiste, że „Tryumf woli” to film propagandowy, nie jestem jednak w stanie zrozumieć, dlaczego ten fragment filmu „Snajper” („American Sniper”) za propagandę uważany nie jest.

 

Prelegentka wyświetla fragment filmu, pokazujący snajpera Chis’a Kyle zabijającego irackiego snajpera.

 

Powrócę do „Snajpera” za chwilę, bardzo jednak wątpię czy podobny film pod tytułem „Iraqi Sniper” dostałby tyle nominacji do Oskarów. A teraz powrócę do tego super-amerykańskiego bohatera Rambo. Zanim dojdziemy do jego wyczynów w „Rambo 3”, przypomnijmy, że w poprzednim filmie („Rambo 2”) walczył z komunistami w Wietnamie, oczywiście z wielkim sukcesem, poczym zaszył się w klasztorze buddyjskim w Tajlandii, by medytować nad osiągnięciem wewnętrznego spokoju. Wezwały go jednak na nowo obowiązek i Ojczyzna, która poprosiła go by udał się do Afganistanu, aby znowu uratował przyjaciela schwytanego i więzionego przez tych wstrętnych komunistów, a przy okazji pomógł w dostarczaniu uzbrojenia dla dzielnych afgańskich Mudżahedinów, czyli dzisiejszego Talibanu.

 

Taka właśnie narracja była na czasie gdy Ameryka finansowała i zbroiła afgańskich bojowników, z których wielu skończyło właśnie w szeregach Talibanu. Kino nie jest niewinną rozrywką, a Rambo był programowany zgodnie z obowiązującą w danym momencie polityką. Narracja musi być jednak zmieniana, gdy ci dzielni bojownicy zaczynają walczyć z Amerykanami. Rambo jest więc klasyczną „wojnografią” – pornografią wojenną, która ukształtowała poglądy pokoleń przy pomocy zdradliwej, ale elektryzującej politycznej propagandy, głoszącej, że gdy Amerykanie zabijają, to tak naprawdę nie chcą – w odróżnieniu od Wietnamczyków, Sowietów, Niemców, czy Japończyków, a wreszcie Arabów w Iraku – i woleliby by raczej robić coś innego, jak np. medytować w klasztorach, czy, jak postać w którą wcielił się Ben Affleck w „Operacji Argo”, siedzieć w domu z dziećmi i opowiadać im bajki do poduszki. Gdy w latach 1980-ch Rambo, James Bond, czy nawet Rocky walczyli z Sowietami, próbowali nas przekonać, że zabijanie z właściwą motywacją polityczną jest nie tylko dobre, ale bohaterskie, a nawet bywa w wielu przypadkach obowiązkiem, natomiast jest obrzydliwe i złe gdy ktoś jest wstrętnym seryjnym mordercą.

 

Małżeństwo filmu z polityką jest oczywiście o wiele starsze niż pomaganie Talibanowi przez Rambo. Już Lenin powiedział, że dla Rosjan kino ma być najważniejszą sztuką i Sowieci nakręcili tony propagandowych filmów, nikt jednak nie płaci Netflixowi abonamentu by je oglądać i to jest właśnie inspiracją mojego dzisiejszego wykładu o Hollywood, choć to co mówię można odnieść do każdego kraju z jego miejscowym kinem. Wracając do tematu, wspomniany związek istnieje od początków filmu. Nie będę zapuszczać się aż tak daleko w przeszłość, ale tylko do lat 40-tych, kiedy to Walt Disney produkował filmy propagandowe dla amerykańskiego lotnictwa, marynarki wojennej i Departamentu Skarbu. Donald Duck we własnej osobie zdobył sam jeden kilka japońskich baz lotniczych i przypominał widzom, starym i młodym, że mają wielkie szczęście nie będąc poddanymi III Rzeszy. Kilka lat później CIA wykupiła prawa autorskie do „Folwarku Zwierzęcego” George Orwell’a i na jego podstawie wyprodukowała kreskówkę-horror naprawdę doskonałej jakości. W latach 50-tych dyrektor wydziału cenzury w studiu Paramount, Luigi Luraschi, pełnił bardzo ważną funkcję. Luraschi, który jak się później okazało pracował równocześnie dla CIA, miał za zadanie wybieranie, jak to nazywał, „Murzynów z ogładą” do obsadzania ról w filmach przeznaczonych do dystrubucji zagranicznej, a mających kontrować informacje o brzydocie i brutalności segregacji rasowej w USA.

Autor: Timothy Neesam
Autor: Timothy Neesam

W 1996 r. okazało się, że CIA ma tyle roboty w Hollywood, że musiała otworzyć tam specjalny wydział współpracy z przemysłem rozrywkowym – moje informacje pochodzą z jego witryny internetowej i łatwo je sprawdzić, choćby przez Google. Tak więc, jeśli ktoś pracuje dla kina – jako producent, reżyser, scenograf czy nawet aktor, i chce zrobić poprawny politycznie film z jakiegoś epizodu historii USA, CIA chętnie udzieli mu pomocy w pisaniu scenariusza, dostarczy dane i fakty wywiadowcze, wyniki badań, a dla ludzi którym brakuje inspiracji na samym dole strony jest nawet wciąż uaktualniana lista książek i artykułów z odpowiednimi tematami. Agencja stworzyła ją z dobroci serca, by pomóc artystom.

CIA ma oczywiście pełne prawo współpracować z przemysłem filmowym, tak samo jak choćby pierwszy z brzegu aktor, jednak ukrywanie jej roli w tworzeniu filmów, których przesłanie akceptujemy w prostocie ducha, jest więcej niż nieuczciwe, jest niebezpieczną manipulacją, gdyż filmy pełne są ukrytych treści. Mamy więc prawo wiedzieć, kto nam te treści przekazuje, i że CIA, rząd USA i rządy innych krajów maczają palce w produkcji większości popularnych filmów w o wiele większym stopniu niż się przypuszcza – „Dobry agent” („The Good Shepperd”), “Wojna Charliego Wilsona”, „Operacja Argo” („Argo”), serial TV „Agentka o stu twarzach” („Alias), „Helikopter w ogniu” („Black Hawk Down”), „Wróg numer jeden” („Zero Dark Thirty”).

I tak np. gdy Ridley Scott kręcił „Helikopter w ogniu”, Pentagon udzielił mu naprawdę wyjątkowej pomocy. Zapewniam Was, że filmowcy dostali do dyspozycji helikoptery wojskowe najnowszej generacji, wyniki dochodzeń sądów wojskowych, każdy wymagany rodzaj wsparcia. W zamian za to wszystko Pentagon zażądał tylko kilku drobnych zmian. Jeśli widzieliście film, pamiętacie może charakter rangera John’a Grimes’a, granego przez Ewan’a McGregor, który w filmie jest uwięzionym za biurkiem poczciwcem, pragnącym jednak gorąco służyć aktywnie swemu krajowi i w końcu mu się to udaje – z dużą odwagą. Jedyny problem to ten, że prawdziwy charakter na którym oparto tą postać był recydywistą skazanym za pedofilski gwałt. Mark Bowden, autor książki „Black Hawk Down” i scenariusza filmowego powiedział gazecie „New York Post”, że wywarto na niego silny nacisk by pominął ten niewygodny fakt. Ujawnił go w książce, ale w zamian za te helikoptery musiał usunąć go ze scenariusza.

 

Propaganda i kino nie tylko idealizują własne wojska, ale uczą również masową widownię kogo ma się bać i nienawidzić w danym momencie. Uważam, że ogłoszony przez prezydenta Trump’a zakaz wjazdu muzułmanów z wielu krajów miał zagwarantowaną popularność dzięki wszechobecnej w rozrywce filmowej kulturze islamofobii. Doskonałym przykładem jest choćby „Homeland”. Być może go oglądaliście. Cały serial jest z premedytacją oparty na fałszywym stereotypowaniu całej społeczności muzułmańskiej i robi bardzo dobrą robotę – boję się, że po tym stwierdzeniu już nigdy nie dostanę żadnej pracy w Hollywood. Serial używa ostrego rozgraniczenia dobra i zła. Wszystkie „białe charaktery” to właśnie biali, a źli to kolorowi. Gdy „Homeland” chce pokazać jakiegoś białego jako „złego” używa bardzo prostego sposobu. Wszystko co do tego jest potrzebne, to nawrócenie się takiego charakteru na islam i gdy serial chce by widzowie zaczęli podejrzewać sierżanta Nick’a Brody o coś podstępnego, wystarczy by zerknął na Koran lub zaczął się modlić, co jednak ok. 2 miliardy muzułmanów robi kilka razy dziennie. Nawet gdy wygłosi kilka okaleczonych słów po arabsku wystarcza by odpowiednio nastroić widzów.

Propaganda i filmy nie tylko wybielają „Naszych” – rozumianych w luźnym sensie, bo nawet ja sama w pewnym sensie należę do „Onych” [patrz przypis o autorce, przyp. Tłum] – i demonizują wrogów („Onych”), ale gloryfikują i usprawiedliwiają przemoc, a nawet zachowania zbrodnicze. Powróćmy tu do „Snajpera”:

Fragment „Snajpera”  – Chris Kyle zabija skradającego się  irackiego „terrorystę” z granatnikiem przeciwpancernym [RPG-11, przyp. Tłum.], do trupa podbiega dzieciak, próbuje podnieść granatnik i strzelić w amerykański wóz opancerzony w końcu alejki. Snajper błaga szeptem, żeby dzieciak granatnik upuścił i prawie mdleje z ulgi, gdy tak się dzieje i nie musi go już zabić.

Dzięki bogu, że nie musiał zastrzelić dziecka – „terrorysty”. Scena ta jednak zadziwi każdego kto czytał pamiętnik Chris’a Kyle, w którym opisywał zabijanie jako frajdę, coś co kochał robić i co mu łatwo przychodziło gdyż, jak napisał „p…doli irackich Arabów” i „nienawidzi przeklętych dzikusów”. Film jednak musiał pokazać Bradley Cooper’a (Chris’a Kyle) prawie omdlałego z ulgi, że nie musiał zabić tego chłopaczka, tak że dobrotliwy i poczciwy widz może poczuć się mniej winny i bardziej odseparowany od krajobrazu przemocy, w którym uczestniczy za pośrednictwem tego typu filmów.

A teraz „Wróg numer jeden” …. chyba prawie wszyscy widzieli „Wróg numer jeden”??? W tym samym czasie gdy film ten trafił na ekrany, komisja Senatu USA prowadziła przesłuchania na temat skuteczności tortur by dojść po bardzo długim śledztwie do wniosku, że tortury nie ujawniły ani żadnych nowych, ani żadnych użytecznych informacji. Innymi słowy, były nieskuteczne i nie służyły interesom Ameryki. Powiedzcie to jednak Hollywood’owi!

 

Fragment filmu „Wróg numer jeden”. Amerykański agent torturuje „terrorystę” przez podtapianie. Proces nadzoruje fikcyjna agentka CIA Maya (Jessica Chastain), która mimo widocznej niechęci i szoku pomaga aktywnie oprawcy.

 

Szokujący epizod, ale jestem pewna, że widzowie zadawali sobie tylko jedno pytanie – czy trauma wynikająca z uczestniczenia w torturach nie zaszkodzi Mai (Jessice Chastain). Tych co filmu nie widzieli zapewniam, że Maya wyszła z tego OK. CIA od początku do końca współpracowała bardzo blisko z filmowcami, zalecała zmiany scenariusza i, na zakończenie, zmiany w montażu, oraz była przez cały czas obecna na planie, by na bieżąco udzielać wskazówek reżyserowi i producentom. Podstawowym założeniem sceriusza było przekonanie widzów, że torturowanie ludzi prawie na śmierć dostarczyło informacji dzięki którym wytropiono Osamę Bin Ladena. Tak naprawdę jest to 100% kłamstwo! Bin Ladena znaleziono bez pomocy tortur. Po wejściu filmu na ekrany senator Diana Feinstein wysłała do dyrektora firmy Sony Pictures list otwarty protestujący przeciw fałszowaniu faktów, który nie zrobił jednak żadnej różnicy, jak dowodzi przyznanie filmowi w 2013 r. Oskara, wręczonego symbolicznie przez Pierwszą Damę, Michelle Obama przez telebim z Białego Domu– i tu związek polityki z kinem robi się z lekka obrzydliwy. „Wróg numer jeden” nie zdobył Oscara za najlepszy film, zaszczyt ten przypadł innemu filmowi zrealizowanemu z pomocą CIA – „Operacji Argo”.

 

Władza powiązana jest z kinem na wielu poziomach. I tak na przykład, dlaczego torturujący oprawca jest w tych filmach zawsze tak przystojny, a jego ofiara groteskowo brzydka? Slavoj Żiżek [*] napisał, że bardzo niepokojąca jest filmowa neutralizacja scen tortur, przemocy, wojen i zabijania. Jeszcze bardziej niepokojące są neutralne nastawianie widowni oglądającej i przyswajającej sceny tortur, w rodzaju tych w powyższym fragmencie, i potęga filmu, zdolnego do skłonienia jej do odczuwania sympatii do oprawcy zamiast ofiary, do snajpera zamiast do człowieka, którego zabija. Żiżek pyta też, czy widownia mogłaby znosić i tolerować zaserwowane w sposób tak neutralny jak powyższe tortury obrazy np. gwałtu? Czy sympatyzowałaby z gwałcicielem czy z jego ofiarą? Bardzo bym chciała powiedzieć, że to niemożliwe, biorąc jednak pod uwagę tysiące scen w rodzaju tych z „Wróg numer jeden” w wysoce popularnych filmach, nie jestem tego taka pewna.

Film nie jest niewinną rozrywką. Film z wkładką propagandową ułatwia nam akceptację wielu niemożliwych do przyjęcia akcji, może również stłumić nasz sprzeciw wobec tortur, wobec wojen, wobec porywania ludzi [do Egiptu czy Starych Kiejkut, przyp. Tłum], wobec zbrodni wojennych. Film nadaje normalność wielu rzeczom, które nie powinny być normalne. Mamy prawo do rozrywki, ale jako świadomi widzowie powinniśmy zadawać jej producentom te same pytania jak mediom – kim są naprawdę ci, którzy nam te historie opowiadają.

Dziękuję.


Fatima Murtaza Bhutto jest z pochodzenia Pakistanką, wnuczką premiera Pakistanu Zulfikara Ali Bhutto i bratanicą Benazir Bhutto. Wychowywała się w Syrii i Pakistanie. Zdobyła licencjat nauk humanistycznych (B.A.) na żeńskim Uniwersytecie Barnarda (Barnard College) w Nowym Jorku i magisterium na Uniwersytecie SOAS w Londynie. Jest autorką tomu wierszy „Whispers In The Desert”, książki “Songs Of Blood and Sword” i korespondentką “The News” i “New York Times”.


[*] Slavoj Žižek jest z wykształcenia filozofem. Pracuje w Instytucie Socjologii i Filozofii Unierstytu w Lublanie (Słowenia). Jest profesorem języka niemieckiego na Uniwersytecie w Nowym Jorku i zagranicznym dyrektorem Instytutu Nauk Humanistycznych Birkbeck Uniwersytetu Londyńskiego. Działa na styku wielu dyscyplin – filozofii, politologii, studiów kulturoznawczych, psychoanalizy, krytyki filmowej i teologii.


This article is published under a Creative Commons Attribution-NonCommercial 4.0 International licence. If you have any queries about republishing please contact us. Please check individual images for licensing details.


Główne zdjęcie artykułu pochodzi z Facebook Fatimy Bhutoo.

 

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +4, liczba głosów: 6)
Loading...
The following two tabs change content below.

Chris Zwon

Chris Zwon jest autorem tekstów i przekładów publikowanych na portalu Medium Publiczne. Pragnie zachować anonimowość.