O Stelli, która doprowadziła do przyznania Polakom 23 medali „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”

„Jeżeli Stella coś mówi, to znaczy, że Pan Bóg tego chce” – mówili na Karmelu o aktywistce i działaczce społecznej – prowadzącej „dom otwarty” na wzgórzach Hajfy. Silnej i pewnej siebie kobiecie, która przeżyła największe piekło XX wieku. Pokornej i oddanej służbie ludziom byłej karmelitce. Błyskotliwej, dowcipnej i pełnej wigoru 90-latce, która uchyliła drzwi swojego mieszkania i mnie – polskiej studentce.

Jak Stella komentowała swoje 90-te urodziny, które odbyły się w listopadzie? „Będzie normalnie. Najpierw msza, potem bałagan”.

Przylatując do Izraela wiedziałam, że zamieszkam u osoby niebanalnej, z oryginalną i niełatwą historią. Mimo, iż nakręcono niedawno film o niej w polskiej wersji językowej – nie oglądałam go. Artykułów ani reportaży także nie czytałam. Tabula rasa – Stella pisała, że według takiej zasady podchodzono w jej domu rodzinnym do nauczania religii.  Nie chciałam patrzeć na tę kobietę jak na bohaterkę z gazet, daleką ode mnie starszą panią z Internetu, która wiele przeżyła. Nie chciałam podchodzić do niej jak do kogoś zachowanego niczym obiekt muzealny, którego lepiej obserwować z daleka. Przecież, oprócz patrzenia, miałam ze Stellą po prostu żyć!

Po wizycie w Tel Awiwie i Jerozolimie dotarłam do Hajfy. Autobus 123 jakby odliczał swoim numerem chwilę, kiedy po raz pierwszy zobaczę Stellę. Wjeżdżaliśmy na górę pokonując kolejne stopnie do „taram tadam!” czyli oto jest dom.

Wcześniej kierowca powiedział, że uprzedzi mnie gdzie mam wysiąść. W Hajfie nie funkcjonuje idea wywieszonych rozkładów jazdy, ani na przystankach, ani w autobusie. Tłumaczenie jest następujące: a) elektronika owego miejsca prezentuje na tyle wysoki poziom, że manifestuje się w używaniu „przez wszystkich” aplikacji moovit (która jednak krótko mówiąc „działa jak chce” – czym wyraża może swoją izraelskość), b) w Izraelu społeczność ceni sobie bezpośredni kontakt, brak planu jazdy stanowi więc dobrą okazję by rozpocząć pogawędkę z kierowcą lub innym podróżnym. Kierującemu autobusem zdarza się czasem pamiętać, że obiecał powiedzieć gdzie osoba mniej poinformowana powinna wysiąść. I w moim pierwszym przypadku w Hajfie – też tak było.

Dzielnica „olim hadaszim” (ole hadasz to osoba z diaspory, która decyduje się po wielu pokoleniach emigracji wrócić do Izraela). Na ulicach ludzie z Maroka, Etiopii i… krajów byłego Związku Radzieckiego. W ogóle ma się wrażenie, że językiem Hajfy oficjalnie jest hebrajski, nieoficjalnie- rosyjski. Albo i ja miałam takie wrażenie.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

W drodze do nowego domu- dowiedziałam się, że mieszka tam także mówiąca po polsku Niemka (sic!) oraz Hinduska ze swoim mężem Izraelczykiem, co Stella skomentowała krótko: „Wzięła baba prosię”. Koty są nieodłącznym elementem krajobrazu tutejszych ulic i plaż, które żartobliwie nazywałam kuwetami. Na naszej uliczce także ich nie brakowało, a jednego dnia doliczyłam się skupiska aż dwudziestu. Poza tymi czworonogami niekiedy podziwiać można było całe rzesze góralek, nazywane przez tubylców króliczkami pustynnymi (ja przy pierwszym spotkaniu z nimi byłam pewna, że zobaczyłam susła).

Stella wydała się być zdziwiona faktem, że tak długo docierałam do miejsca. Stwierdziła, że chętnie by pomogła, gdyby wiedziała, że podróż do niej zajmie mi tak dużo czasu. Nie można odmówić tej kobiecie wigoru – kolejnego dnia na bazarze goniłam za nią ile sił w nogach. Na zakupy wybrałyśmy się właśnie wtedy, bo – jak każdy mieszkaniec Izraela wie – w piątek po południu ceny najkorzystniejsze (pudełko avocado kosztowało 3 złote). A Stella korzysta z korzystnych cen. Między innymi dlatego miałyśmy w pokoju składzik płatków kukurydzianych, a wcześniej soków winogronowych (te były jednak zbyt dobre, by mogły zachować się na dłużej). W prywatnym magazynie Stelli znajdowały się też różnego rodzaju przetwory i grzyby „na wypadek, gdyby wybuchła wojna”.

Usiadłyśmy i zaczęłyśmy rozmawiać – stos pytań z mojej strony – ogień ze strony Stelli. Ale był to bardzo delikatny, ciepły płomień. Zrobiło się domowo, a ja chciałam się już tylko tulić. To był pierwszy wieczór, kiedy usłyszałam jej historię. Albo przynajmniej najważniejsze wątki. Getto w Łodzi, umierający z głodu człowiek pod restauracją, „akcja” i słowa, które 16-letnia Stella powiedziała do swojej Mamy, kiedy obie były załadowane na wóz do obozu: „Ja chcę żyć. Ja stąd uciekam. Kiedy gestapowiec się odwróci pobiegnę w stronę tej wąskiej uliczki. A Ty najlepiej zrób to samo”. Jak powiedziała, tak zrobiła. Zerwała się i ukryła w paprociach pewnego gospodarstwa.

„O czym myślałaś wtedy, leżąc w tych paprociach?”- spytałam. „Bałam się, bo nie wiedziałam, co się stanie- widziały mnie dzieci z gospodarstwa. A dzieci mogły pójść i niechcący mnie wydać. Ale najbardziej myślałam wtedy o mojej Mamie. Nie wiedziałam, czy ją jeszcze kiedykolwiek zobaczę. Nie wiedziałam, czy uciekła, czy jej się udało. Słychać było ogromny hałas i strzały. A ja leżałam w tych paprociach i próbowałam wtulić się w ziemię” – odpowiedziała mi.

Mama Stelli także uciekła. Szukała potem córki w różnych możliwych miejscach – co Stella ze wzruszeniem w oku wspomina. Ukrywały się (oddzielnie) w kilku gospodarstwach u znajomych, najczęściej szyjąc dla gospodyń sukienki „bo i wtedy chciano ładnie wyglądać” – jak opowiadała Stella. Odnalazły się, ale potem wojna znów je rozdzieliła. Nie mogły przebywać razem, mogły się tylko odwiedzać. Kiedy Stella musiała uciekać przed złodziejami świń myśląc, że to gestapo (pewien gospodarz pozwolił mieszkać jej w czystej skrytce na trzodę) – wiele osób nie wiedziało, co się z nią stało. Mama Stelli również. Zaczęła jej znów szukać. Nie spotkały się już więcej.

W filmie „Stella” Macieja Pawlickiego widzimy tułaczkę, oglądamy pukanie od domu do domu. Tak też było. Niektórzy otwierali, godząc się tylko na jedną noc, inni nie. Bali się, bo wiedzieli, że udzielając pomocy jednej Żydówce – ryzykowali życiem całej rodziny. Stella ich rozumie. Dlatego wyraża dozgonną wdzięczność tym, którzy mimo strachu – przyjmowali ją. „A gdyby to było nasze dziecko?”- pamięta pytanie zadane mężowi przez jedną z gospodyń – „Dobrze. To niech tu zostanie”. I została. Do końca wojny.

Dziś Stella jest pogodną, pełną życia i radości kobietą. Piękną kobietą.

„Gdy kiedyś wywieszałam pranie zobaczyłam na ulicy pięknego chłopca z kręconymi włosami. To było jeszcze przed wojną, dorastałam. Pomyślałam sobie: „takiego mogłabym pokochać”. Ale zaraz potem przyszła mi do głowy myśl – „nie, ale przecież on umrze. Przecież nie jest to nikt stały, nie zostanie ze mną na zawsze – od tej pory zrozumiałam, że mogłabym pokochać jedynie kogoś większego, kogoś kto nie przeminie. Ale nie miałam pojęcia kogo” – wspomina Stella.

Po wojnie wróciła do Łodzi, przyjęła chrzest. Wstąpiła do zakonu karmelitanek. Pod koniec lat 60. wyemigrowała do Izraela. Na początku na Karmel. Po dwóch latach „wydalili ją”, ponieważ chciała modlić się po hebrajsku i działać społecznie, co nie spodobało się francuskim siostrom.

Obecnie Stella udziela się przy polskiej parafii w Domu Chleba, jest aktywistką Kobiet w Czerni – dlatego w piątek zakłada na siebie tylko taki kolor. Jej dom jest zawsze otwarty, goście nie przestają przychodzić, telefon dzwonić, podarunki napływać – a Stella obdarowywać, twierdząc jednocześnie, że raz jeden tylko kupiła bluzkę wyprodukowaną w Indiach za 5 szekli – i to tylko dlatego, że chciała wesprzeć współpracę gospodarczą z tym krajem.

Czuje się tu wkorzeniona. Czuje się Żydówką. Chociaż odbyła ku temu bardzo długą drogę. Przed wojną była przecież polską patriotką.

Mówi biegle po polsku i po hebrajsku. Oprócz tego po francusku.

Nadal jada polskie śniadania. A jej najlepszym przysmakiem wydaje się być masło. Może to dlatego, że będąc małą dziewczynką w tajemnicy przed mamą zjadła całe jego opakowanie, a potem bała się do tego przyznać? Stella lubi to wspominać.

Kochava Stella Zylberstein Tzur- ocalała z Holocaustu 90-letnia kobieta, która doprowadziła do przyznania Polakom 23 medali „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”. Wspomina jednak po dziś dzień tych (a było to około 65 osób), których nie udało jej się odnaleźć. Których nie udało jej się odznaczyć. Ale Stella doprowadziła i doprowadza do czegoś więcej. Doprowadza ludzi do domu.

Stella, Stelusia, Steluś, Stellinka.  Nawet nie potrafię opisać tego, co czuję będąc z Nią.

„Jeśli byśmy funkcjonowali tak, że oko za oko to wszyscy bylibyśmy ślepi”- z takim transparentem- be-ezrat haszem (tłm. z pomocą Bożą) – Stella pojawi się w piątek na rondzie przed ogrodami Bahaitów w Hajfie.

Stella żyje, kocha ludzi i wykorzystuje każdą chwilę.
A Ty?


 

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +2, liczba głosów: 2)
Loading...
The following two tabs change content below.
mm

Adrianna Anna

Studiowała studia nad słowiańszczyzną wschodnią i psychologię. Lubi podróżować w człowieka, w nowe przestrzenie geograficzne, w różne stories'n'histories- o niektórych pisze teksty. Publikowała w Magazynie Przestrzeń. Jest laureatką stypendium wymiany międzyrządowej Polska- Izrael, a na Bliskim Wschodzie pomagała także w kibucu i ośrodku Elwyn Israel w Jerozolimie. Współpracowała też z Mashmaut Center w Kiryat Motzkin, Helping Hand Coalition i Fundacją Anioły Kultury, gdzie obecnie zachęca młodych ludzi do wyjazdu na wolontariat do Izraela. Z całego serca zachęca!