Letnie sukienki

Mam kilku kumpli na uberze, którzy jeżdżą w dzień, a nie w nocy. Serio, podziwiam ich. Może nie tak bardzo jak Einsteina, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Vadisa Odidja-Ofoę, czy paru innych, ale jednak podziwiam. Dzisiaj nawet bardziej, niż kiedyś. Bo sam sprawdziłem, czym jest dzienna jazda w tygodniu, po Warszawie. I wiem, że nie chcę.

Nie ważne czym. Na rowerze, w aucie, na uberze, w dużym, popowodziowym, taxi-merolu beżowym. Na quadzie, w wypasionym lambo, deskorolką, czymkolwiek. Wrotkami też nie chcę, tym bardziej na rolkach. Ale od początku.

Po kilkunastu miesiącach wyłącznie wieczornych, nocnych, nadrannych kursów, spisywania alko-przygód moich pasażerów, które znacie i tych innych spraw, postanowiłem dla odmiany wyjechać w dzień. Tak każualowo, kilka spraw na mieście, w urzędach do ogarnięcia miałem, sami wiecie, no to zrobię parę kursów, przy okazji. Plus chęć sprawdzenia. Może i fajnie w dzień. Never know, sami wiecie. Zanim nie spróbujecie. Życie.

Ta moja dzienna jazda zaczyna się całkiem niewinnie. Wręcz fajnie się zaczyna, przyjemnie wspominam mój pierwszy kurs tego pięknego, czerwcowego poranka, gdy lekka bryza łagodzi jaskrawość porannego słońca, podwiewając letnie sukienki letnich panienek na ulicach Warszawy, w górę. Jak u Marilyn Monroe*.

Wychodzę z domu około dziesiątej, już po najgorszych korkach, taką mam przynajmniej nadzieję. Lajtowo podchodzę do astry, zaparkowana pod blokiem, widokówki z mandatem, w folijce, z żółto-czerwonym paskiem i syrenką, za wycieraczką na szczęście nie ma, dzielni strażnicy Teksasu-tfu!-Warszawy, jakoś przysnęli dziś rano, nie zdążyli złapać. Zanim zdążę się dobrze sztachnąć, tym wicerojem za osiemdziesiąt groszy sztuka z nocnego na Mirowie, łapię pierwsze zlecenie.

Żesz kurwa, nawet dopalić nie dadzą, pstrykam wpół spalonym papierosem na usyfiony topolowym puchem trawnik pod moim blokiem, wsiadam do wozu. Paulina wzywa, osiemset metrów stąd gdzie mieszkam, jest na Platynowej.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Niecała minuta i ja też jestem tam gdzie ona, na Platynowej, po Paulinę. Ogarniam to cudne dziewczę, w czarnych obcisłych leginsach, adidaskach w trzy paski, blond panna stoi przy samej ulicy, macha ręką do mnie, jakby nocny zamawiała. Ubrana do tego w taką czarną koszulkę, co wiecie, obcisła, też czarna zaczyna się nad cyckami, a kończy zaraz pod. Goły brzuch, kaloryferek. No wypisz-wymaluj, taka Lewandowska, przed ciążą, nawet fryzura taka sama, burza kasztanowych, z buzi też podobna. Widzę ją zza zakrętu, z Miedzianej, tę moją pasażerkę Paulinę, podjeżdżam z fasonem.

– Pan Paweł, prawda? – pyta piękni, gdy już usadowi swoje piękne uda, na tylnym astry. Co dość trudne raczej, zważywszy długość jej nóg. Dziewczę ogólnie wysportowane jest, zatem jej się udaje. Adres docelowy wbity w aplikację, ulica Nowogrodzka, bardzo niedaleko. Szkopuł w tym, że po nazwie ulicy nie ma numeru, samo: Nowogrodzka widzę.

Paulina niby wie, dokąd chce dojechać, a jednak nie do końca wie. Gdzieś na Nowogrodzkiej, chyba, widziała serwis I-restore. A może to była Hoża. A może to było i w Katowicach. Akurat ajfon, złota siódemka, jej się zablokował, albo może się zablokować, bo ktoś, bo coś, jakieś włamanie, bo na konto, były chłopak, opowiada, dość mętnie. W ogóle dziwna historia, panie Pawle, potrzebuję fachowej porady, odbezpieczenia dla niej, czy zabezpieczenia, nie wnikam. Ogólnie trzeba to sprawdzić. Tylko nie wie, czy Nowogrodzka, jakoś tak niedaleko Novotela i już.

– Bo wie pan, ja to taka typowa kobieta jestem – mówi do mnie Paulina, przez wsteczne, śmieje się, ogólnie szczebioce jak kawka w gnieździe – bo wie pan, na kierunkach to się znam, tylko inaczej. Dla mnie lewo to jest prawo albo lewo to jest lewo. Albo odwrotnie. Pan to pewnie ma inaczej, facet wiadomo.

Nie mówię nic, śmieję się do niej, we wstecznym. Ona odwzajemnia ten śmiech, jest wesoło w astrze, choć dość gorąco, otwieram szyby. Prawie jak w kabrio. Prawie, bo dach blaszany nad nami, granatowy. Grzeje się na światłach Kruczej. Kurczę, mega fajna dziewczyna, myślę, pozytywna.

I tak jeździmy, szukamy serwisu z jabłkiem dla złotego ajfona Pauliny. Wężem gonimy z Kruczej przez Nowogrodzką, do Parkingowej, pustej,  o dziwo, jestem zaskoczony, nie ta pora widać, ja ten rejon bardziej z nadrannych pór kojarzę, jakoś głupio, jak tak pusto. Potem przez Żurawią, znów do Kruczej. Same jednokierunkowe w tym kwadracie śródmiejskich ulic. Omijamy Hożą z prawej, jednak to nie tu, mówi Paulina, coś bym poznała. W końcu nie taka ze mnie blondi, choć przefarbowana, haha, śmieje się. Zatem daję w prawo, w Wilczą.

Przed samym skrzyżowaniem z Marszałkowską, za Żabką, dostrzegam nadgryzione jabłko w klimacie blakendłajt, na szyldzie, po lewej.

– Bingo, pani Paulino – mówię- no i mamy, ten pani serwis.

– Uauu – mówi Paulina – wiedziałam, że gdzieś tu będzie. Dziękuję, Paweł, jesteś super. Do zobaczenia, mam nadzieję, często uberem jeżdżę, haha.

Śle mi buziaka, na dłoni, najpierw zanim wyjdzie, potem już z zewnątrz auta, z ulicy. Odwzajemniam, zanim zielone puści mnie z Wilczej w lewo, w Marszałkowską.

Chyba błąd, myślę, Paweł. Chyba trzeba jeździć w dzień.

***

Kolejny kurs już mniej różowy, I dwa następne po nim, też całkiem nie różowe. Bardziej stoję, niż jadę, w aucie gorąco, klima nie wyrabia, trzeba tę klimę doładować, tylko ciekawe za co. Na mineralkę ledwo starcza, co dopiero na nabicie klimy. Może z Muszyny zmienię moje wodziane nawyki, na kerfurowe akua minerale za 59 groszy, taniej będzie, jakaś oszczędność. Jest plan.

Do tego same krótkie przejazdy mi się trafiają, z Polnej pod Centralny, z Emilii Plater na Konstruktorską, w samo serce Mordoru.

A potem trzeci, ten ostatni, z Galerii Mokotów, mistrzynie.

Łapię to zlecenie zanim skończę kurs, na Konstruktorskiej. Adres odbioru Wołoska 12, zamawia Joanna. Okej, galmok. Niby niedaleko, póltora kilometra z nawrotką na Wilanowskiej, tylko weź tam kurwa dojedź, dwunasta zero-pięć, akurat cały Mordor, równiutko wyległ na lancze. Nic to, zaciskam zęby, twardo jadę, pod galmoka. Trochę się smażę, jak dorsz na patelni, tak się tocząc, klima słabiutko, jak pisałem. Po 10 minutach już jestem, po dalszych trzech wsiada Joanna z koleżanką. Odpalam aplikację, sprawdzam adres docelowy. I kurwa, nie wierzę. Oto, co widzę:

Start: Galeria Mokotów, Wołoska 12. Finisz: Enel-med, Wołoska 3. Centralnie, po drugiej stronie ulicy, logo Enel-medu stąd widoczne, prawie dłonią mogę zahaczyć, jak dobrze się wychylę, przez akurat otwartą szybę, wiadomo klima nie działa. W prostej linii jakieś max 200 metrów. Okazały łącznik przede mną, kładka dla pieszych, łączy oba budynki. No dobrze, kursu będzie trochę więcej, z całe 800 metrów, z nawrotką przy Domaniewskiej, w mega korku.

A tam dziewczyny, że haha, że ubera chciały sprawdzić i że nie wiedziały, że jest łącznik, z Galerii Mokotów, wprost na drugą stronę ulicy. A jest? Serio, panie Pawle? Haha. Zaciskam zęby, toczę się w kawalkadzie służbowych insigni, ku światłom. Jest mega upalnie. Pocę się. One, na tylnym też.

– Podkręć klimę, Paweł, zaraz się tu ugotujemy – mówi Joanna, z tylnego. I dodaje do koleżanki, rozbawiona – oj słabiutki ten uber, żenua, nie mówiłam?

Dowożę je pod samiutki Enel-med. Z kurtuazją wysiadam, otwieram drzwi, tej z prawej strony auta. Ta z lewej wygramala się sama. Potem wychodzą, w kierunku przychodni, ja odjeżdżam.

Mój zarobek: dziewięć złotych, siedemdziesiąt cztery grosze na tym ostatnim  kursie.

Do tego nie mają letnich sukienek, tylko dżinsy. Nawet nie opięte.

Wylogowuję się, wracam w korkach do domu, odpocząć.

Wyjadę dopiero w nocy.

Jak zawsze.

_______________

* ten kadr znają chyba wszyscy. Podwiana sukienka Marylin Monroe w filmie ‚Słomiany wdowiec’, scena która na trwale weszła do historii popkultury.

żródło zdjęcia: filmweb

Obok Marylin stoi Tom Ewell, aka Richard, na potrzeby komedii, tytułowy słomiany wdowiec. Co prawda wlampia się Richard akurat nie tam gdzie trzeba, na tym kadrze, zważywszy sytuację, ale i tak dostał Złotego Globa, za rolę w tym filmie. I tylko on, bo Marylin, paradoksalnie nie.

W sumie, nic dziwnego, że nie dostała, Richard wiedział lepiej, gdzie się patrzeć. Bo podwiana sukienka, wszystko fajnie. Tylko co, do diabła, Marylin założyła pod nią?

Autor pisze swoje Uber-opowieści na blogu: http://uberide.war-saw.pl/2017/06/10/letnie-sukienki/#comment-159

 

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +2, liczba głosów: 4)
Loading...
The following two tabs change content below.

Paweł Grott

Ostatnie wpisy Paweł Grott (zobacz wszystkie)