Byłam na demonstracji. Nie skandowałam, po prostu byłam, bo im nas więcej, tym lepiej

Im nas więcej, tym lepiej, myślę. Nie skanduję, nie krzyczę, nie podnoszę rąk ani pięści w górę. Jest mi dobrze, gdy po prostu jestem w tym tłumie i nie muszę nic robić. Ludzie są bardzo życzliwi, uśmiecham się do mijających mnie osób – odśmiechują się, mówią cześć.

Piątkowy wieczór – demonstracja pod Senatem. Po spotkaniu z przyjaciółmi późnym wieczorem coś karze mi zjechać z utartej drogi prowadzącej do domu i kieruje mnie tam – na Wiejską. To samo coś pcha mnie w sam środek skandującego tłumu – tłumu ludzi, którzy zdecydowali się ten konkretny lub kolejny wieczór spędzić na demonstrowaniu swojego sprzeciwu wobec poczynań rządu. Mam ochotę tam być teraz, choć na całość tego konfliktu patrzę z innej perspektywy.

Myślę, że my – szeregowi obywatele – nie mamy zbyt wielkiego wpływu na historię. Historia bowiem jest zbyt potężna i obiera swój kurs. Przeciętnie patrzymy z perspektywy ostatnich 50-100 lat, bo tyle obejmuje pokolenie naszych rodziców i dziadków, którzy mogą nam opowiedzieć o tym, co się działo. Historycy natomiast dobrze wiedzą, że raz na jakiś czas jest jakieś pieprznięcie, jakaś wojna, rewolucja, zmiana demokracji w tyranię – tak było, jest i będzie. Dla historyków ten cykl jest – jakkolwiek przerażajaco to brzmi – oczywisty i przewidywalny.

Ponad to, a może przede wszystkim? w perspektywie naszego życia chyba nie to jest najważniejsze, by spalać się w konfliktach politycznych. Zamiast zajmować się polityką, wolimy zapatrzeć się w nasze dzieci, które dziś jeszcze mieszczą się w naszych ramionach, lecz jutro już będą wybywać z chaty i traktować ją jak hotel; wolimy zapomnieć się w ramionach wspaniałej kobiety lub wspaniałego mężczyzny; chcemy odwiedzić dziadków lub starych rodziców, bo czujemy, że jeszcze chwila i…. Więc czy jest coś ważniejszego niż relacje międzyludzkie?

Nie oznacza to jednak, że mamy być bierni. Tak samo, jak myślę, iż mimo, że zrozumienie drugiego człowieka jest niemożliwe ze względu na wielość różnych doświadczeń rodzinnych, edukacyjnych, zawodowych, towarzyskich, różnych tekstów kultury, którymi karmiliśmy się lub karmimy dalej, różnych temperamentów i kondycji psychicznej, i te de, to nie oznacza, że mamy nie starać się zrozumieć drugiego człowieka. Finalnie nigdy go nie zrozumiemy w pełni, lecz próbując go zrozumieć, przynamniej wzbogacimy się o nową wiedzę i nową wrażliwość, co sprawi, że nasze relacje z innymi ludźmi będą po prostu lepsze. W tej sytuacji – niemożności zrozumienia się nawzajem – jedyne co nam pozostaje to być dla siebie życzliwym.

A więc mamy nie być bierni. Hannah Arendt, moja ulubiona filozofka i teoretyczka myśli społecznej, która relacjonowała proces Eichmanna, powiedziałaby, że mamy obowiązek wychodzenia z tej sfery prywatnej, jaką jest nasz dom, i uczestnictwa w przestrzeni publicznej i wpływania na nią oraz kontrolowania tych, co sprawują rządy. Uczestnictwo w tej przestrzeni ma się łączyć z myśleniem i działaniem, gdyż to dopiero jest w stanie zapobiec złu, takiemu na przykład, jakie miało miejsce w czasach III Rzeszy.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Tymczasem jest 2017 rok, piątek, godzina 23:00. Demonstranci trzymają w dłoniach zapalone świeczki – zapachowe lub znicze. Przyjemnie pachnie parafiną i olejkiem zapachowym. W tę ciemną noc płomienie oświetlają twarze ludzi i nadają im ciepłego wyrazu. Nasuwa się skojarzenie z domem, rodzinną wspólnotą, bezpieczeństwem.

Nie skanduję, nie krzyczę, nie podnoszę rąk ani pięści w górę. Jest mi dobrze, gdy po prostu jestem w tym tłumie i nie muszę nic robić, nikt też z powodu mojej bierności nie patrzy na mnie „wilkiem”. Spojrzenia ludzi są bardzo życzliwe, uśmiecham się do mijających mnie osób – odśmiechują się, mówią „cześć”. Lecz czy jestem bierna? Nie, bo jestem tu, bo chcę być kolejną osobą, która jest tutaj obecna. Im nas więcej, tym lepiej, myślę. Nie ma alkoholu, są papierosy, czuć ich dym w powietrzu – kojarzy mi się z odczuwaniem intensywnych emocji, które muszą znaleźć ujście w postaci dymu wydmuchiwanego z płuc.

Ktoś rzuca hasło – tłum skanduje. Ktoś inny rzuca kolejne hasło – tłum skanduje. Jakiś bębniarz wybija rytm. Skandujący tłum nie pozwoli ci zasnąć. Otoczy cię sobą i będzie ci w nim dobrze, nawet jeśli nie cierpisz konformizmu, jesteś indywidualistą w życiu, często idziesz pod prąd i nie umiesz się zachować na manifestacjach, wszak to są bardzo specyficzne imprezy, na których ludzie zachowują w dość określony sposób; nie wszyscy to czują, nie każdy ma ochotę skakać, krzyczeć, wznosić ręce lub pięści. To zrozumiałe. Ale tłum demonstrantów ze świeczkami afirmujących umiłowanie wolności, równości i demokracji, których bronią jest wytrwałość i cierpliwość jest tłumem życzliwym, przyjacielskim.

Są dziewczyny odstawione w kieckę na imprezkę, są niepełnosprawni na wózkach inwalidzkich, są ludzie starsi i młodzi, są przyjaciele i tacy, którzy dopiero się poznają.

– Cześć, Wiktor, miło mi. – słyszę za plecami.

Są rodzice z kilkuletnimi dziećmi, trzymają je na baranach, by te nie zasnęły. Ale jak tu zasnąć w taką noc?! Przecież to impreza totalna dla dzieciaka! Może się wykrzyczeć za wszystkie czasy i nikt nie zwróci mu uwagi. Żegnam się z tłumem wymieniwszy spojrzenie z dziewczynką z burzą kręconych czarnych włosów, która siedzi na plecach swojego taty, cała podryguje, podnosi rękę w górę i krzyczy:

-Wolność! Równość! Demokracja!

Jestem pełna wrażeń.

Polecam przeczytanie felietonu o tym, czy warto aż tak przejmować się polską polityką?

Tak naprawdę nie obchodzi nas, co dzieje się z Polską. I czy jest w tym coś złego?

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 3)
Loading...