Jeszcze jeden wysiłek…

Czy będę dziś wieczór pod sądem, by zapalić znicz? Będę. Czy będę w ten sposób bronić sędziokracji? Nie będę. Istotą toczącego się w Polsce sporu nie są bowiem sędziowie, ale to, kim ma być Polak jako obywatel.

Zapisany w Konstytucji trójpodział władz wiąże się bowiem w sposób nierozerwalny z określoną wizją reżymu demokratycznego, ta zaś — z określonym sposobem pojmowania obywatela jako podmiotu niezbywalnych obowiązków i praw.

Z łatwością przyjdzie mi zgodzić się ze stwierdzeniem, że judykatywa potrzebuje zmian. Zmiana nie oznacza jednak rewolucji, której celem jest budowa — bez większości konstytucyjnej w parlamencie i poprzez ustawy — nowego ustroju. Nie wierzę również, by owa rewolucja odbywała się w imię obywatelskich wolności. Bliski jest mi raczej pogląd Alaina Touraine’a, który optuje za przeciwstawieniem sobie demokracji i rewolucji. Pisze on:

„Rewolucja nie jest drogą prowadzącą do demokracji, podobnie jak ta ostatnia, ze względu na wolności, jakie zapewnia, nie może być traktowana jako narzędzie rewolucji. Idea rewolucji podporządkowuje aktora społecznego pewnej logice «naturalnej», czy to biologicznej, czy też ekonomicznej, która niszczy zarówno wszelką podmiotowość, jak i wszelkie prawa. […] Idea rewolucji implikuje zerwanie z całością systemu instytucjonalnego, a nie tylko ekonomicznego, w którego instytucjach aktor — klasa, naród lub mniejszość dowolnego rodzaju, której sprawy się broni — nie może już znaleźć środków do osiągnięcia swoich celów, do uzyskania żądanych reform, do usunięcia niesprawiedliwości czy nierówności, które są nie do zniesienia”.

Nie trzeba wiele wysiłku, by odnieść te słowa do naszej obecnej sytuacji. Widać doskonale, że zmiany wprowadzone przez PiS dotyczą nie tylko porządku ekonomicznego (choć wiele bym poprawił, cenię obecne władze za programy takie, jak 500+), ale dotyczą całej sfery instytucjonalnej, w której wyraża się polski model demokracji konstytucyjnej.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński. Autor zdjęcia: Piotr Drabik

PiS dokonuje tego w obronie „narodu”, a instytucje takie, jak TK czy Sąd Najwyższy stoją mu na drodze w realizacji założonych celów. Możemy, rzecz jasna, twierdzić, że PiS leży na sercu demokracja, tradycja nie dostarczyła nam bowiem tylko jednego sposobu rozumienia tego, czym demokracja jest. Z całą pewnością nie jest to jednak demokracja konstytucyjna, z wpisanym w nią mechanizmem obrony praw każdego obywatela, w tym mniejszości, ale demokracja rozumiana ilościowo.

Sam sądzę nawet, że stawką nie jest demokracja, ale sięgająca korzeniami polskiej szlachetczyzny odmiana „arystokracji”.  W jakiejś mierze cechy arystokracji jako ustroju posiada każda demokracja przedstawicielska. Pamiętać jednak należy o mądrych słowach Monteskiusza, że „Im bliżej arystokracja zbliża się do demokracji, tym jest doskonalsza”. Uważa on dalej, że jest ona tym bardziej niedoskonała, im bardziej zbliża się do monarchii. Sam w obecnych warunkach mówiłbym o zbliżaniu się do władzy wodza, wyróżnionej jednostki, która potrafi rzekomo wyrażać obiektywny interes społeczeństwa, narodu czy klasy. To negatywne i decyzjonistyczne ciążenie arystokracji jest najbardziej niebezpieczne tam, „gdzie część ludu, która słucha, znajduje się w niewoli cywilnej u tej, która rozkazuje, jak w Polsce, gdzie chłopi są niewolnikami szlachty”.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Każdemu zostawiam swobodę w odpowiedzi na pytanie, czy nie idziemy właśnie w stronę takiego ustroju, czy nie mamy do czynienia z podporządkowaniem XXI-wiecznej „szlachcie” rzeszy ludzi, którzy bronią ram reżymu demokracji konstytucyjnej?

Populizm

Winą za obecną sytuację łatwo jest obarczyć populizm i nieświadomość mas. Siłą takiego wytłumaczenia jest jego prostota, sądzę jednak, że jest to tłumaczenie zwodnicze. Unieważnia ono bowiem niezbywalny paradoks demokracji konstytucyjnej, którą podtrzymują dwa nie współistniejące pokojowo filary: władza ludu oraz zapisy konstytucji, „chroniąc[e] obywatela przed rządem i arbitralnością władzy, nawet jeśli jest to władza politycznej większości, która powołuje rząd” (Yves Mény, Yves Surel). Populizm jest dzieckiem owego napięcia, stanowi bowiem próbę prostego objaśnienia mechanizmów władzy, które w demokracji konstytucyjnej nie są proste. Na takie rozumienie populizmu nakierowała mnie Margaret Canovan. Twierdzi ona, że

„polityka demokratyczna nie jest zrozumiała i nie może być zrozumiała dla większości ludzi, których emancypacji ma służyć. Choć bowiem demokracja jest jedną z najbardziej inkluzywnych i otwartych form politycznych, jest także formą nad wyraz nieprzejrzystą. Z powodu swej inkluzywności demokracja potrzebuje przejrzystości; tę zaś może zaoferować ideologia. Ideologia ta […] — rozumiana przez Canovan neutralnie, jako system pojęć przystępnie tłumaczących polityczną rzeczywistość — z natury rzeczy jednak systematycznie wprowadza ludzi w błąd”.

Jeśli zgodzić się, że bardziej zrozumiała jest władza sprawowana przez jednostkę, wodza, niż nieprzejrzysty system negocjacji w ramach polityki inkuzyjnej, rozsądne wydaje się stwierdzenie, „że wyborców co jakiś czas oczarowuje populistyczne marzenie o pogodzeniu przejrzystości z udziałem we władzy , które polega na powierzeniu realizacji interesów ludu przywódcy bezpośrednio wybranemu przez lud i do ludu się tylko odwołującego”. Jest to działanie odwołujące się do jednego z filarów demokracji konstytucyjnej — do wskazania na wolę ludu jako źródło ustroju, praw, także cnót, zbiorowej mądrości, pozwalającej na odróżnianie sprawiedliwości i niesprawiedliwości, dobra i zła (piszę to za Jerzym Szackim). „Vox populi — vox Dei, jak głosi stare porzekadło. Bez tego przekonania nie ma populizmu” (znów Szacki). Strategia populistyczna polega na tym, by rozegrać „lud” przeciwko złowrogim siłom, czyli „całej reszcie świata społecznego”, której szyldem stają się

„zdemonizowane, złowrogie, uprzywilejowane pod każdym względem i żyjące na koszt większości elity. […] Znamienne wydaje się przy tym populistyczne wyobrażenie owych elit, albowiem obejmuje ono nie tylko, co najzupełniej zrozumiałe, wielkich posiadaczy i sprzyjający im aparat biurokratyczny, zbijających fortuny pośredników wszelkiego rodzaju oraz bankierów utrzymujących wysokie stopy procentowe i wpędzających biedaków w długi, lecz również, z jednej strony, najrozmaitszych gryzipiórków, jajogłowych mędrków, ekspertów o oderwanych od «ludu» uczonych, z drugiej strony, wszelkich, choćby najbardziej demokratycznie wybranych i zdecydowanie opozycyjnych, polityków, którzy — występując rzekomo w imieniu «ludu» — gotowi są jednak respektować przyjęte w istniejącym systemie politycznym reguły gry i nie wierzą w możliwość poprawienia czegokolwiek z dnia na dzień” (wytłuszczenie słów Szackiego moje — M. M. B.).

Dlatego populiście podkreślają, że to właśnie oni, głównie za sprawą wodzą bezpośrednio związanego z wolą mas, wyrażają głos ludu, narodu czy suwerena. Przy czym liczy się wola wyrażana w danym momencie, którą przeciwstawia się „skorumpowanemu i skostniałemu z natury rzeczy systemowi instytucji”.

Nie cieszmy się jednak za bardzo widząc, jak charakterystyka ta pasuje do PiS. Ona pasuje także do wodzowskiego modelu, który w PO wprowadził Donald Tusk. Jako polityk także nie stronił on od populizmu, a jednym z przykładów mogą być losy Karty Praw Podstawowych UE. Wbrew kuszącym obietnicom, Tusk nie zdecydował się wprowadzić jej całej do polskiego systemu prawnego i podtrzymał wyłączenia, za którymi optował rząd koalicyjny z PiS na czele.

Były Premier Polski Donald Tusk. Autor zdjęcia: PROEuropean People’s Party

Nie cieszmy się również dlatego że stoi przed nami pytanie: jak przez ponad 25 lat trwania III RP próbowaliśmy objaśniać mechanizmy działania demokracji? A jeśli w ogóle to czyniliśmy, to czy w sposób nie-populistyczny?

Emocje

Żyjemy w kulturze emocji wierząc w moralnie zbawczą moc empatii. O tym, jak ważna jest empatia dla życia zbiorowego, można przekonać się chadzając na kursy i szkolenia dla branż usługowych. Dziś nie zaleca się już rozmawiania z klientem o jego potrzebach; dziś z klientem trzeba empatyzować. Paul Bloom skutecznie przekonał mnie jednak, jak zwodnicza potrafi być empatia i jak destrukcyjne dla wspólnego życia jest fetyszyzowanie emocji. Dla jasności, za Bloomem, rozumiem empatię jakoakt doświadczania świata tak, jak sądzimy, że doświadcza go ktoś inny”, a więc nie jako racjonalne współczucie, troskę czy zrozumienie, ale stawiające na uczucia i emocje współodczuwanie.

Polityka populistyczna żeruje na emocjach, a wywoływanie współodczuwania jest jej naczelną strategią. Dlaczego nie toczymy racjonalnej debaty o uchodźcach? Bo wielu z nas współodczuwa strach, czuje lęk, odczuwa ból — uczucia wywołane umiejętnie podawanymi informacjami o gwałtach, aktach terroru, przemocy. Dlaczego wraca wciąż sprawa Smoleńska? Bo żywe i współodczuwane są emocje, które budzi umiejętnie reprodukowana opowieść o stracie w wyniku zamachu. Dlaczego zamiast racjonalnej krytyki porządku neoliberalnego czy dysfunkcji systemu sądownictwa, część z nas aktywni popiera niszczenie ustroju? Bo współodczuwamy z tymi spośród ludu, którzy w widoczny sposób padli ofiarą spisku, toczonego przez masonów, islamistów, ONZ, rząd światowy przeciwko narodom. Ale czy z drugiej strony nie ustawiamy się wobec moherów, czując lęk przed ciemnogrodem? I czy nie współodczuwanie lęku przed powrotem autorytaryzmu pozwala na łatwe identyfikowanie działań PiS z działaniami III Rzeszy?

Miesięcznica Katastrofy Smoleńskiej. Autor zdjęcia: Kuba Bożanowski

Z emocjami nie da się dyskutować, dlatego doskonałym wyjściem dla polityków jest oparcie swojej strategii działania na mechanizmach, które budzą i zarządzają emocjami i ich współodczuwaniem.

Twarz

Wroga kreuje się poprzez jego dehumanizację i uprzedmiotowienie. To zaś dokonuje się, poprzez epatowanie obrazami, w których nie chodzi o to, by zobaczyć rzeczywistą twarz drugiego człowieka, który w swym człowieczeństwie jest taki, jak ja, ale o to, by dostrzec „zaledwie widok zawierający w sobie zestaw wyobrażeń na jakiego temat” (Paweł Cywiński). Nie chodzi tu zatem o to, by dostrzec innego człowieka, ale by wypełnić obraz „swoją własną opowieścią”. Zajmująco pisze o tym mechanizmie Paweł Cywiński w letnim Przekroju, a ja chętnie do tego tekstu nawiązuję. U Cywińskiego motywem jest zdjęcie Etiopki, my pomyślmy o tym, jak media narodowe przedstawiają rozliczne kontrmanifestacje. Pomyślmy o tym, jakimi słowy Jarosław Kaczyński uprzedmiatawiał imigrantów (nosiciele mikrobów) czy opozycję (choćby ZOMO). Ale… pomyślmy także o tym, jak Donald Tusk lekceważąco mówił o moherach, o nieciekawych wypowiedziach Stefana Niesiołowskiego, o obronie tortur dokonywanych w Kiejkutach przez Leszka Millera, o oderwanych od realiów kredytowych zaleceniach Bronisława Komorowskiego dla wyborcy, o okrutnej dehumanizacji ateistów, dokonywanej przez Dariusza Oko. Od dawna oduczamy się widzieć w twarzy drugiego człowieka to samo człowieczeństwo, co w twarzy własnej. Nie można tu całej winy i odpowiedzialności przerzucać na PiS.

Naród

Zarządzanie emocjami i mechanizm uprzedmiotowienia pozwalają na wykreowanie i podtrzymywanie podziału „my” — „oni”. My, w zależności od opcji, to elita, prawdziwi demokraci,  ludzie rozumiejący, co faktycznie się dzieje, naród, suweren, prości ludzie pokrzywdzeni przez elity. W retoryce obecnych władz ich „my” to prawdziwie polski i suwerenny naród. Przy czym narodem nie są wszyscy obywatele Polski, bo też i naród jest tutaj swoistą fikcją, konstruowaną po to, by legitymizować własne działania. W tej wizji dochodzi do oddzielenia tego, co narodowe, i tego, co społeczne. Obu tym sferom przypisane zostają inne cechy, samo pojęcie narodu zaś ma w Polsce genealogię teologiczną. Jak dookreśla się naród? Kim są prawdziwi Polacy? Są patriotami i katolikami, którzy nie godzą się na porządki zaprowadzane przez Zachodnich liberalno-lewicowych libertynów.

Myśmy zatrzymali muzułmanów, bolszewików i gender. Myśmy nawet Clinton zatrzymali. Polak potrafi” — przywołuję w pamięci wypowiedź Dariusza Oko przytoczoną w Tygodniku Powszechnym.

Przypomina mi się scena, którą widziałem tej zimy. Punkt z kebabem. Za ladą uwija się pracownik, na moje oko Arab. Klientem jest chłopak ubrany w bluzę z serii „odzieży patriotycznej”. Choć obaj są spokojni, w scenie tej — widzianej z boku — jest jakiś dysonans. Do głowy przychodzą mi pytania: to spokój równorzędnych partnerów? A może spokój taktyczny? Lub wyraz kapitulacji przed polską dumą z tego, że zatrzymało się „muzułmanów, bolszewików i gender”? Jaki komunikat chce wysłać klient ubierając się w „bluzę patriotyczną” i kupując w niej kebab?

 

Chcąc tego, czy nie, jego bluza konotuje znaczenia, które składają się na pewną wizję narodu polskiego i dumy z bycia Polakiem. Jest wyrazem „przeświadczeni[a] o podstawowej wartości ojczyzny”. Stanowi afirmację podmiotu zbiorowego, który został ochrzczony, bierzmowany, który posiada życie osobowe nierozerwalnie związane z chrześcijaństwem i Kościołem rzymsko-katolickim, choć to nie Kościół jest drogą narodu, ale naród jest drogą Kościoła (ks. Czesław Bartnik). Tak pojmowanego narodu nie da się zastąpić pojęciem „społeczeństwa obywatelskiego”, bo jest to „fenomen płytki, materialny, bezosobowy, którym da się rządzić przez mass media, pieniądz, towar, technikę”, a Kościół uznaje się jedynie za „«dopuszczalny»” wtedy, „gdy będzie poddany nie hierarachii, lecz «świeckim elitom postępowym», które «zmodernizują» jego naukę i podstawę”. Jak twierdzi Bartnik, tak pojmowany naród jest także obcy marksistom i socjalistom, liberałom, indywidualistom i subiektywistom, którzy toczyli i toczą z nim wojnę.


Sąd Najwyższy w Warszawie. Autor: _ashlee_
Sąd Najwyższy w Warszawie. Autor zdjęcia: _ashlee_

Przyjdę dzisiaj pod sąd, by wyrazić swoje oburzenie nie tylko polityką obecnej władzy, ale tym wszystkim elementom wcześniej uprawianej polityki, które wpływały niszcząco na polski reżym demokracji konstytucyjnej. Przyjdę także dlatego że nie chcę opisywać siebie jako ofiary, ale działać. I to działać w imię powszechnych praw, które uzasadniają moje dążenia do społeczeństwa bardziej równego, sprawiedliwego, wolnego. W Przekroju Draginja Nadaždin, szefowa polskiego oddziału Amnesty International twierdzi, że

„coraz mnie osób uzasadnia swoje dążenia do lepszego świata prawami człowieka, więcej używa się języka złości i resentymentów Zauważył to zmarły niedawno wybitny prawnik prof. Wiktor Osiatyński. Przez ostatni rok obserwuję, jak wielką rolę odgrywają w tym politycy. Swoją retorykę i działania opierają na demonizacji całych grup społecznych, wykorzystując opozycję my-oni”.

Mnie się wydaje, że odwołanie się do praw człowieka jako do uzasadnienia własnych dążeń nigdy nie było w III RP nazbyt popularne. Myślano tak w czasach PRL, powołując do życia opozycyjny Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Znam jednak osoby, które w tamtej dobie sympatyzowały z ROPCiO, a dziś uważają prawa człowieka za lewacką ideologię.  O tym, jak powszechne prawa człowieka funkcjonują w praktykach naszego społeczeństwa zadecydowały braki edukacyjne, w tym zbyt mała aktywność środowiska prawniczego, które powinno uczyć społeczeństwo czym jest, po co jest, jak działa prawo, ale także hipokryzja polityków, bez względu na ich deklaratywne barwy (o tym, jakie losy spotkały Kartę Praw Podstawowych UE za czasów Tuska wspominałem). Sądzę jednak, że dla dobra Polski, a więc nas samych, trzeba przywrócić prawo społeczeństwu. Trzeba też jak najczęściej uzasadniać swoje działania właśnie prawami człowieka. Siła takiego odwołania tkwi w tym, że prawa człowieka legitymizują moje jednostkowe dążenia, ale jednocześnie przysługują innym ludziom. Krzyżuje się tu moment jednostkowy i powszechny: ochrona siebie musi być wtedy ochroną innych. Mnie ten moment jednostkowo-powszechny nieustannie przypomina, że moje dążenia, wynikające m. in. z bycia społecznie wykluczonym w różnych obszarach, zbiega się z wykluczeniem, którego doznają inni ludzie. Jeśli więc uzasadniam swoje roszczenia do zniesienia nierówności i wykluczeni poprzez odwołanie do praw przysługujących powszechnie, powinienem także optować, za zniesieniem nierówności i wykluczenia owych innych. Jeśli zaś nie będę ich uprzedmiotowiał jako nośników takiego samego wykluczenia, jakie dotyka mnie, ale pozwolę im mówić własnym głosem, dostrzegę, że są oni traktowani nierówno także z innych powodów, a owe różne wykluczenia krzyżują się, splatają, łącząc ze sobą doświadczenia już nie wąskich grup, ale szerokich części społeczeństwa. W takiej optyce, którą nazywa się intersekcjonalna, nie ma już pojedynczych problemów. Prekaryzacja, ubóstwo, brak związków jednopłciowych, stereotypizacja ze względu na pochodzenie etniczne, zła sytuacja szkolnictwa czy pielęgniarstwa — zjawiska te nie muszą być traktowane oddzielnie, ale mogą być ze sobą wiązane. Roszczenia o zmianę status quo uzasadnia powiem odwołanie do tych samych praw. Jest to jednak możliwe tylko wtedy, gdy żyje się w kraju, którego władze przestrzegają reguł demokracji konstytucyjnej, gdzie zapisy konstytucji pozwalają chronić obywateli przed władzą i dyktaturą ilości.

Czy będę dziś wieczór pod sądem, by zapalić znicz? Będę. Czy będę w ten sposób bronić sędziokracji? Nie będę. Nie o to bowiem toczy się spór.


Główne zdjęcie artykułu: Jean-Paul Navarro

Inne zdjęcia wykorzystane w artykule pochodzą z portalu flickr.com

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +4, liczba głosów: 8)
Loading...
The following two tabs change content below.
mm

Marcin Maria Boguslawski

Marcin M. Bogusławski — rocznik ’82. Meloman, doktor filozofii. Interesuje się filozofią humanistyki, filozofią polityczną i współczesną epistemologią. Miłośnik czarnego feminizmu, gotowania i Alaina Touraine’a.
mm

Ostatnie wpisy Marcin Maria Boguslawski (zobacz wszystkie)