Wspólnota pogardy

„Nie, mój synu, miłość nie mieści się w naturze walczącej prawdy. Miłując prawdę nie możesz ani kochać, ani litować się nad tym, co się prawdzie przeciwstawia. […] Tylko odblask miłości nam służy. […] Tym zaś jest pogarda. Miłość, istotnie, pozwala widzieć i ogarnia wielkie cele przeznaczenia, jednak nie przez nią, lecz poprzez surową pogardę możemy owe wielkie cele kształtować”

— takie słowa włożył do ust inkwizytora Tomasza Torquemady Jerzy Andrzejewski. Przyszły mi one na myśl, gdy czytałem dyskutowany ostatnio post Jacka Poniedziałka. I nie opuszczają mnie, gdy czytam komentarze do tego posta, zarówno krytyczne, jak i takie, których autorzy starają się Poniedziałka bronić („jest odważny, napisał to, co wielu z nas myśli”; „tak, to emocjonalny wpis, ale każdy ma prawo do emocji” itp.). Sam podzielam jego niechęć do obecnej sytuacji politycznej w Polsce, a to, co się dzieje, uważam za szalenie niebezpieczne. Mógłbym zatem powiedzieć, że dostrzegam prawdę jego słów. Ale mimo podobieństw w naszej ocenie sytuacji wydaje mi się, że nasze „prawdy” są co najwyżej podobne — moim zdaniem nic tak nie oddala od trzeźwej oceny status quo jak „postawa torquemadowska”. Postawę tę dzieli zaś Poniedziałek z wieloma politykami PiS i sympatykami tej partii. Jak oni, dokonuje zgranych redukcji i uogólnień: z jednej strony mamy zatem lewaków, genderystów czy ludzi o mentalności aborcyjnej, z drugiej — „biedny, otumaniony” i kupiony 500+. Podobnie zapomina, że Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli, skoro części polskiego społeczeństwa winszuje, by rozpłynęła się i przepadła. Zapomina dalej, a jest to kolejne podobieństwo — że szacunek winniśmy każdemu człowiekowi i że nie przemoc słowna, a rzetelna argumentacja są narzędziem sensownej krytyki. W końcu, jego pogarda zaprzęgnięta jest — podobnie jak ma to miejsce w przypadku przedstawicieli PiS — do obrony człowieka przed tym, co jest „zakałą”, zaprzeczeniem autentycznych wartości. Wszystko to pozwala mi uznać, że mamy w przypadku posta. Poniedziałka i wielu wypowiedzi osób związanych z PiS z „postawą torquemadowską”: to „prawda”, w imię której działają, pozwala im posługiwać się pogardą, tym „ziemskim ramieniem miłości”. Nie upieram się, rzecz jasna, że mam rację kusząc się o taka interpretację, myślę jednak, że warto się nad nią zastanowić. Warto to zrobić tym bardziej, że Andrzejewski pokazuje, iż „postawa torquemadowska” jest narzędziem służącym zaprowadzeniu porządków totalitarnych, których wyznacznikiem jest choćby permanentny stan nieufności. Skoro „wobec prawdy nie ma ludzi nie podejrzanych”, „całkowite posłuszeństwo musi wypełniać wszystkie myśli i uczynki człowieka walczącego o prawdę”, a dla dobra sprawy tolerować trzeba „jednostki małe i nędzne, tchórzliwe, karłowatą mściwością i żądzą zysku przeżarte” jeśli tylko da się doraźnie korzystać z ich usług, nie jesteśmy w stanie ani zaprojektować działań, które połączą obywateli różniących się politycznie, bo każda chęć porozumienia się jest podejrzana, ani dostrzegać granic własnego światopoglądu, ani poddawać krytyce swoich własnych środowisk. Przykładem na to ostatnie zjawisko były reakcje na seksistowską wypowiedź Jerzego Owsiaka. Broniono jej np. przypominając, że Pawłowicz regularnie obraża ludzi czy twierdząc, że krytyka Owsiaka jest na rękę PiS.  (Inna sprawa, że całkowicie obca jest mi krytyka Owsiaka w stylu Piotra Nowaka z portalu strajk.eu, to kolejny przykład „postawy torquemadowskiej”).

Co przeciwstawić „postawie torquemadowskiej”?

Propozycji może być wiele. Modelowo wskażę na dwie, które moim zdaniem, lokują się na przeciwstawnych biegunach, a zatem na „wspólnotę płynów ustrojowych” Krzysztofa Pacewicza i na wzmacnianie procesów upodmiotowienia w ujęciu Alaina Touraine’a.

Pacewicz jest stanowczym krytykiem myślenia o wspólnocie, dla którego źródło, arche, stanowi jednostka pojmowana jako indywidualne i odgraniczone od innych ciało. Operuje się tu bowiem „biopolityką izolacji”, w wyniku której współczesny człowiek jest krańcowo samotny, a jego życiem rządzi strach. „Sama koncepcja indywidualnego i ograniczonego ciała — pisze — nie izolowała by tak skutecznie od wspólnoty, gdyby nie towarzyszył jej paniczny strach przed naruszeniem granic tego ciała. Koncepcja suchego ciała politycznego nie zdominowałaby polityki, gdyby nie towarzyszyła jej kampania promująca lęk przed epidemią, przed utratą kontroli nad przepływem biofluidów, przed fluksem. Biopolityka izolacji żywi się twoim lękiem przed wspólnotą”. Jedyną odpowiedzią na biopolitykę izolacji może być w perspektywie Pacewicza odpowiedź „materialna” czy „empiryczna”, która za arche bierze wspólnotę płynów ustrojowych, istniejącą „przed” odizolowanymi, suchymi ciałami. Dokonując przybliżeń takich wspólnot Pacewicz wspomina choćby o pierwotnej prazupie, miszaninie, „misz-maszu”, z którego miało wyłonić się życie. Aktualnie taki misz-masz dostrzec można w swobodnie uprawianym seksie, mieszaninie krwi, spermy, wirusa HIV czy narkotyków. Nie bez kozery Pacewicz afirmatywnie wspomina o warszawskich skłotersach, którzy „zażywali dożylnie amfetaminę, używając tych samych strzykawek. Ponieważ cała wspólnota wymieniała się płynami ustrojowymi w najbardziej bezpośredni sposób, każda substancja trafiająca do krwi jednego z nich mogła natychmiast przedostać się do wspólnego krwioobiegu. Aby chronić się przed zakażeniem wirusem HIV czy HCV, wymiana strzykawek z osobami spoza kręgu była zabroniona”. Zdaniem Pacewicza oznacza to, że skłotersi z Płonącego co prawda zanegowali „porządek instytucjonalny nowoczesnego państwa i społeczeństwa mieszczańskiego”, ale nie zrezygnowali z „polityki ochrony płynów ustrojowych wspólnoty przed zagrożeniem: heroiną, wirusami, bakteriami”. W podobnym duchu, choć chyba z większą fascynacją, pisze on wspólnocie, którą tworzą barebackersi — geje uprawiający seks bez zabezpieczeń świadomie decydując się na zakażenie wirusem HIV. „Dla barebackerów — pisze —wymiana płynów ustrojowych jest obiektem erotycznej fascynacji. Fluks przestaje być postrzegany jako zagrożenie i staje się materialnym zwornikiem quasi-rodzinnej wspólnoty. Warto zauważyć, że uprzywilejowaną formę wymiany biofluidów jest dla jeżdżących na oklep nie seks pomiędzy dwoma mężczyznami, ale stosunek grupowy. Szczególne znaczenie dla wspólnoty ma rytualna orgia inicjacyjna, w której nowicjusze penetrowani są przez wielu partnerów, dzięki czemu nie da wskazać się konkretnego źródła infekcji. Taki układ […] daje możliwość zatracenia indywidualności w orgiastycznej wspólnocie ludzko-wirusowej. […] Konstrukcja wspólnoty barebackerów jest […] możliwa tylko dzięki zapośredniczeniu relacji między jednostkami przez nieludzkie, materialne «ciało» wirusa. W tym sensie dla jeżdżących na oklep wirus HIV pełni analogiczną funkcję co ciało i krew Chrystusa dla wspólnoty Kościoła, a rytuał zakażenia odpowiada komunii świętej”. Jest on także, zdaniem Pacewicza, swoistą formą „biopolityki szczepienia”: choć jest to „szczepienie” wyjątkowo kruche, to zakazić da się tylko raz, człowiek uodparnia się zatem, który pociąga za sobą izolacjonizm suchych ciał. Co więcej, myśląc i budując wspólnotę na przekroczeniu strachu „przed kroplą cudzej śliny na swojej wardze” (ale także na porodzie naturalnym, karmieniu piersią czy — jak sądzę — ograniczeniu antykoncepcji, by nie wprowadzać w przyrodę estrogenów), mamy być w stanie przeciwstawić się współczesnej fali nacjonalizmów.

Pacewicz mógłby ulokować mnie po stronie „biopolityki izolacji”, gdyż jego tekst wywołał u mnie zakłopotanie. Taka kwalifikacja nie byłaby jednak w pełni zasadna przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, cenię kulturowe gesty profanacji w sensie Agambenowskim, czyli takie, które przywracają wspólnotowe życie wartościom, zjawiskom, pojęciom, dlatego że wyrywa się je z uświęconej i trącącej trupem sfery politycznego uświęcenia. Po drugie, cenię działalność queerowego projektu Pornceptual z jego Pornifestem (pisałem o tym tutaj). Od początku podkreśla się tu jednak uniwersalizm tego projektu: na gruncie queerowanej pornografii mają szansę odnaleźć się wyrzutkowie, ważne jest tu budowanie relacji ponad podziałami kulturowymi czy geograficznymi, osoby, a które artystycznie wiążą się z grupą są sprawczymi podmiotami: to one korzystają z konwencji pornograficznych, a nie są wykorzystywane przez jakiekolwiek konwencje. By móc sensownie mówić o sprawczości trzeba podkreślać indywidualność jednostek, która nie oznacza jakiejś metafizycznej niezależności wobec przyrody, społeczeństwa i kultury, ale nie fetyszyzuje także rozpływania się indywidualności w jakiejś sferze misz-maszu. To pierwsza kość niezgody między mną a Pacewiczem. Poważną usterką jego pochwały wspólnoty płynów ustrojowych jest też — moim zdaniem — niedostateczne rozpoznanie zagrożenia, które niesie ze sobą myślenie komuniarystyczne. W jego wywodzie najbardziej widocznym zagrożeniem jest, rzecz jasna, zagrożenie życia, bo nijak nie przekonuje mnie próba pokazania, że wspólnoty barebackerów są w jakikolwiek sposób realizacją „biopolityki szczepień”. Nie mam też ochoty opiewać rodzenia w bólach; mężczyźnie jest to robić zbyt łatwo. W końcu nie mam powodu, by poważnie traktować redukcję nazizmu do dyskursu, w którym krążenie płynów ustrojowych (krwi w rasie) jest fikcjonalne i zblokowane, wobec czego „[o]stateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej było tylko preludium do ostatecznego rozwiązania kwestii niemieckiej, do którego z pewnością doszłoby, gdyby nie zwycięstwo aliantów”. Po prawdzie, kwestię niemiecką rozwiązywano od lat 30ych choćby na grupach ludzi niepełnosprawnych intelektualnie czy homoseksualistów. Nie sądzę także, by Szoah dało się potraktować jako jakiekolwiek preludium. Wystarczy też  sięgnąć choćby do Czarnej ziemi. Holokaustu jako ostrzeżenie Timothy Snydera by spostrzec, że i kwestia nazizmu, i współczesne zagrożenie nacjonalizmem są dużo bardziej złożone. Ale zagrożeniem jest sam duch „ciasnych wspólnot”, w ramach których konstruuje się silne tożsamości i związane z nimi reguły gry, które wyodrębniają się z całości życia społecznego. Naturalny poród oraz karmienie piersią nie mogą być dla mnie praktyczną wskazówką, jak budować wspólnotę „misz-maszu”, bo nie jestem w stanie rodzić i karmić piersią. Ale nie może być taką wskazówką również wspólnota barebakerów. Jasne, w przypływie chuci połączonej z przekonaniem, że prezerwatywa zmniejsza przyjemność z penetracji mogę poddać się orgii inicjacyjnej, ale nie umiem zuniwersalizować mojego przekonania, czyli uznać, że model wspólnoty barebackersów należy rozciągnąć na całe społeczeństwo czy wszystkich ludzi. Takie roszczenie oznaczałoby konflikt, niekoniecznie tylko symboliczny, z ludźmi, którzy zachowania barebackersów uznają za zagrożenie. Gdybym zaś chciał pozostawić ludziom wolną rękę co do dobrowolnego zakażenia HIV, musiałbym pomyśleć wspólnotę w taki sposób, by oni mieli do tego prawo, a ja — miałbym prawo do odmowy. Zarówno barebackersi, jak i ja, musielibyśmy być podmiotami, względnie izolowanymi „suchymi ciałami”, które działają w oparciu o prawa przynależne im, jako jednostkom, i innym podmiotom. W tym kierunku idzie właśnie Touraine.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Touraine nie boi się mówienia o indywidualizmie, bo ma świadomość, że indywidualizm nie jest w sposób konieczny związany z konsumpcjonizmem i samotnością. Dla niego indywidualizm oznacza umiejętność odkrywania w sobie podmiotowości: płaszczyzny uniwersalnych praw politycznych, socjalnych i kulturowych, do których odwołujemy się tworząc swoje życie. Ów „dublet transcendentalno-empiryczny”: uniwersalność i jednostkowość praw, ich pozaświatowy czy idealny charakter oraz konkretne ucieleśnienie w decyzjach jest sferą mediacji między jednostkami, płaszczyzną współdziałania, źródłem inkluzywnego modelu wspólnotowości. (W wydaniu najbardziej kameralnym wzorem takiej wspólnoty może być, jak sądzę, przyjaźń, niezwykłe laboratorium wiązania ze sobą odrębności przyjaciół, ich sprawczości, i „misz-maszu”). Z takiego — zapewne mniej „materialnego” i bardziej abstrakcyjnego — spojrzenia da się również wyciągnąć konkretne wnioski polityczne, o które dla mnie trudno w przypadku koncepcji Pacewicza. Jednym z takich wniosków jest zalecenie, by odrzucić „postawę torquemadowską”. Jej stosowanie różnicuje bowiem ludzi pod kątem przysługujących im praw: jednakowo w przypadku określonych osób czy grup kwestionuje je Krystyna Pawłowicz, produkując pełne pogardy posty na Facebooku, jak i Jacek Poniedziałek, robiąc dokładnie to samo. W moim odczuciu „postawy torquemadowskiej” nie uniknął także Jurek Owsiak. Należałem do krytyków jego wypowiedzi, bo uważam, że Pawłowicz ma dokładnie takie samo prawo do poszanowania życia intymnego i godności, jak ja. Pisząc o tym — a jakże — na Facebooku pozwoliłem sobie wprowadzić wątek osobisty: „Dorastając byłem nieznośny  — przemądrzałością, tupetem, katolicyzmem konserwatywnym maskowałem swoje rozchwianie wewnętrzne i poczuciem nienormalności. Ale sama moja retoryka obracała się także przeciw mnie — sam odbierałem sobie godność. Wyrwała mnie z tego Ishbel, nie dlatego że krytyką pozbawiała mnie godności, ale spoza moich fobii, lęków, światopoglądowych konstrukcji wygrzebywała tę godność. Nawet jeśli zachowania Pawłowicz są skandaliczne (nie mam cienia wątpliwości) i należy je piętnować (ale, jeśli chce się być uczciwym, trzeba wtedy piętnować je gdzie indziej), trzeba zachować miejsce na obronę jej jako podmiotu ludzkich praw. W Turcji z Erdoganem zmagają się także za pomocą kultury osobistej, np. poprzez upowszechnienie słów przepraszam i proszę. To bodaj dobry trop. Lepszy niż memy, które wylały się po słowach Owsiaka, gdzie np. Pawłowicz ma podpisy rodem z ogłoszeń towarzyskich”.

Ale sytuacja z Owsiakiem pozwala łatwo zaobserwować inny element „postawy torquemadowskiej” — uruchomienie specyficznych form obrony poglądu osób publicznych z określonych powodów nam bliskich bądź bliższych od innych, które chroni reprezentowanie określonych wartości. W odniesieniu do Torquemady, a potem jego ideologii inkwizycyjnej, taką funkcję spełnia w powieści Andrzejewskiego brat Diego, początkowo stanowczy i uczciwy krytyk kościelnej przemocy (po prawdzie Diego-jako-krytyk-inkwizycji w imię współczucia i miłości do ludzi jest dla mnie wzorem „postawy antytorquemadowskiej”). Być może też wypowiedź Owsiaka nabrała dla mnie cech „postawy torquemadowskiej” właśnie ze względu na sposób, w jaki jej broniono. Nie tutaj jednak miejsce na zajęcie się tym problemem. W tym kontekście odeślę jedynie do tekstów Joanny DerlikiewiczKaliny Błażejowskiej. A od siebie dorzucę cytat z innej powieści Andrzejewskiego — z Miazgi. W załączonym do niej Dzienniku pisze Andrzejewski o prawie mimikry, które pozwala szerzyć się wśród działań opozycyjnych „postwie torquemadowskiej”:

„Wydaje mi się, że jednym z niebezpieczeństw, deprawującym w sensie intelektualnym ludzi opozycji, jest naturalna niejako skłonność tych jednostek zepchniętych na margines życia publicznego, aby swoje poglądy upodabniać do «obowiązujących» w kołach opozycji, opozycja […] także poszukuje swojego lepiszcza. Ponieważ w systemie totalnym opozycja oficjalna nie istnieje i istnieć nie może, ludzie opozycji dobierają się przede wszystkim na zasadzie środowiskowej, a w określonym środowisku zawsze na ogół działa prawo mimikry, nawet w tak zindywidualizowanych, jak środowiska intelektualno-artystyczne”.

Prawo to działa, jak sądzę, nawet w tych systemach, w których opozycja oficjalna istnieje.


Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com

Autor: Feliciano Guimarães

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: 0, liczba głosów: 4)
Loading...
The following two tabs change content below.
mm

Marcin Maria Boguslawski

Marcin M. Bogusławski — rocznik ’82. Meloman, doktor filozofii. Interesuje się filozofią humanistyki, filozofią polityczną i współczesną epistemologią. Miłośnik czarnego feminizmu, gotowania i Alaina Touraine’a.
mm

Ostatnie wpisy Marcin Maria Boguslawski (zobacz wszystkie)