Król jest tylko jeden – o biografii Gombrowicza na stojąco

Wokół biografii Gombrowicza odbywa się festiwal zachwytów, któremu, choć pragnę z całych sił, ulec jakoś nie mogę. Ja przy lekturze miałem problemy z zachwytami, które udzieliły się seryjnie recenzentom i komentatorom.

Piszę „seryjnie”, bo mam więcej niż wrażenie, że w tzw. mediach mainstreamowych odbył się wyścig kto pierwszy opublikuje recenzję, a już na pewno „nie wypadało” zbytnio zwlekać od premiery, więc dostaliśmy jak dotąd teksty pobieżne, bezkrytyczne i kanonizujące dzieło Suchanow. Nie stworzyło też to okazji do jakiegoś ciekawego, świeżego głosu o samej twórczości Gombrowicza, jeśli już coś to raczej klisze, albo – ku memu osłupieniu – wywoływanie Twardocha(!?), Masłowskiej i Witkowskiego… Prawda, że rzecz jest napisana z rozmachem, prawda, że nie napisana na kolanach, prawda, że to pierwsza biografia w całości ujmująca życie Autora „Kosmosu” i wreszcie, choć w świetle niniejszego tekstu może zabrzmieć to nieprzekonywująco: warta polecania i czytania. Niemniej, ja miałem problemy z zachwytami.

Biografia od pierwszych stron wprowadziła mnie w letnią temperaturę i tak zostało do końca z wyjątkiem jednego rozdziału, ale o tym za chwilę. Tę anty-gorączkę zgotowałem sobie sam i z moich defektów ona się wywodzi, więc proszę nie brać tej tu pisaniny na poważnie tylko biec do księgarni kupować i czytać. Naprawdę warto – wartko napisane, a może wywoła bodziec ku powtórnej lekturze choćby „Ferdy” czy niebywałej, skandalicznej, świeżej etc. etc. etc. „Pornografii”?

Gdy trafiłem na początku sierpnia na zapowiedź biografii postanowiłem się przygotować i przeczytać niemal wszystko, co Gombrowicz popełnił, jak choćby „Testament” czy „Pornografię”, co do których miałem rażące, wstydliwe wręcz zaległości. „Kosmos” i „Trans-Atlantyk” strzeliłem sobie w żyły po trzy razy, dodając na dokładkę dwukrotne odsłuchanie audiobooków („T-A” w wykonaniu Wojciecha Pszoniaka to jest wybitne wydanie, do którego wracać już będę do końca życia, „Ferdydurke” w wykonaniu Macieja Stuhra jest jego rolą życia jak dla mnie). „Dziennik” podałem sobie niespiesznie, wracając nieustannie przy okazji lektury prozy Gombro. Dramaty, czytane po latach, wprawiły mnie w zachwyt co najmniej taki, jakbym Amerykę Literatury odkrywał… Tak przygotowany przystąpiłem do dzieła Suchanow i, choć czytało się to wartko i bez nudy, całe to święto, jakim miało być celebrowanie pierwszej biografii Mistrza, zamieniło się w posiedzenie przy letniej herbatce.

I pewnie było tak dlatego, że nigdy biografie pisarzy nie interesowały mnie szczególnie. Zawsze stroniłem, wyjątki jakieś robiłem, z których w najlepszej pamięci mam wyłącznie ostatnią – tj. „Gajcy” pióra Stanisława Beresia, która to biografia wniosła mi wszystko na nowo w życie i twórczość ważnego dla mnie poety. Pisarze to niezbyt ciekawi ludzie, raczej mętni, nudni, neurotyczni, przebodźcowani sobą i swoimi obsesjami. Ani mnie ziębi, ani grzeje czarna biografia Céline’a, wiedzę o blamażach Hamsuna czy o paskudnym charakterze Tomasz Manna, o jego podłościach w stosunku do własnych dzieci, witałem ziewaniem i wzruszeniem ramion. Kłopoty materialne Joyce’a miałem i mam w nosie, a trzęsiawka Prousta nad jego „papirkami” niewiele mi do czytania „W poszukiwaniu straconego czasu” wniosła. Nigdy też nie uważałem, że życie pisarza/pisarki jest jakimś szczególnym kluczem do jego/jej twórczości, wręcz przeciwnie – zbytni „kontakt” z twórcą, w mojej ocenie, raczej zaciemnia i „fałszuje” dzieło niż je podnosi ku interesującemu światłu. Kiedyś Świetlicki powiedział, że bezpośredni kontakt pisarza z czytelnikiem nie do końca higieniczny jest i ja to potwierdzam, i „Vice Versace”, że tak powiem…

Życie nudne jak flaki z olejem

Do tego, czego dzieło Suchanow mimo brawurowego zapisu ukryć nie może, życie Gombrowicza było nudne jak flaki z olejem. Przed wojną dorobił się „pod-stolika” w Ziemiańskiej, przebijał się bez żadnych forów do wydawców, walczył z „ciotkami” i rodzinką, chadzał na Plac Napoleona, żeby z chłopcami się zabawić. W sierpniu 1939 roku ruszył w rejs do Argentyny, w której spędził 24 lata swojego życia, życia przykrego, przyduszonego biedą, w naprawdę niewiele interesujących kontaktów obfitującego. Nawet ze spotkań z Borgesem nic ciekawego wywieść się nie da. To, co interesujące, co przywróciło niejako życie Gombrowiczowi, czyli publikowanie w paryskiej „Kulturze”, jest tu potraktowane zdawkowo, jak dla mnie niewystarczająco. Na tej niezbyt porywającej, „fizycznej” egzystencji Autora „Pornografii”, zbywa pierwszy tom „Gombrowicza, Ja geniusz” plus 250 stron tomu drugiego, to jest jakieś 700 stron, drodzy Państwo. W tym czasie Gombrowicz napisał wszystko, co najważniejsze w jego twórczości, zaczął ostatnią i największą (moim zdaniem) swoją powieść czyli „Kosmos”, prowadził ożywioną korespondencję, ale tego w biografii Suchanow jest jak na lekarstwo. I o ile rozumiem wymogi „gatunku” – biografia traktuje życie, mniej dzieło, Autorka też programowo nie zamachnęła się na krytyczne ujęcie twórczości W.G. – to jednak listów i papierów bardzo tu brakuje, a – zdaje się – dostęp do archiwum Gombrowicza miała Autorka swobodny. Mnie naprawdę nie interesują gorące wyprawy Autora „Ferdydurke” na Retiro, to, czy musiał oddawać się za pieniądze i czy krwawił po tym wszystkim z odbytu (pardon, ale i o tym jest ta biografia), bardziej kręci mnie to, jak pisał, z kim i o co się kłócił, co go zablokowało przy pisaniu „Kosmosu”…

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Jedyny rozdział, który mnie poruszył, wzburzył i wzruszył do prawdziwych łez to „Atak” z drugiego tomu. Traktuje o pobycie Gombrowicza w Berlinie (już po ostatecznym opuszczeniu Argentyny), kiedy to SB rękami Pani Swinarskiej (żona Tego Swinarskiego) wykonuje skuteczną prowokację na Gombrowiczu. Niezwykle przykro było czytać o tym, jak pozostali w kraju Dąbrowska, Iwaszkiewicz, Słonimski i Toeplitz opluwają Gombrowicza, podcinając jego zdrowie, być może odbierając szanse na Nobla, którego nie doczekał. Dokładnie te same osoby podczas krótkiej odwilży po 1956 roku wynosiły Gombrowicza pod niebiosa, dając – jak Toeplitz – kanoniczne wręcz interpretacje Jego twórczości. Był rok 1963, zbliżała się czystka, rewizjonizm i prosta droga do „Marca 68”, nie mnie ferować wyroki, ale postawy i niektóre wypowiedzi, które przytacza Suchanow rzucają czarne światło na uwikłanie polskiej inteligencji. Czytając to miałem jakieś wątłe, paraliżujące wrażenie, że coś z tego zostało, że toczy się, hula pod skórą i dziś, pobrzmiewa w tonie i pogardzie, która wychyla się w tej czy innej recenzji, z wycinania i podawania, przerzucania, wirowania, nieustannego „kompleksowania-siebie-w-innych”…
Niesamowite wrażenie z tego rozdziału robi to, że berlińska rozmowa, którą bez zgody i wiedzy Mistrza opublikowano w Polsce, a która stała się zapłonem do obrzydliwego ataku, przebiegła tak:

„[Swinarska] – Znał pan kiedykolwiek Niemców?
– [Gombrowicz] – Znałem. W Argentynie.
– [S] Towarzysko.
– [G] I widzę, jak się teraz tutaj zachowują. Mam dla Niemców jako narów wielki szacunek.
– [S] Pana wiedza o Niemcach jest niepełna.
– [G] Myśli pani o okupacji.
– [S] Tak.
– [G] To wasza wiedza jest niepełna. Człowiek, który cierpi, nie może patrzeć obiektywnie i nie ma odpowiedniego dystansu.
– [S] I słusznie. Nie wolno mieć dystansu do 5 milionów zabitych.
– [G] Wy stale w nieskromny sposób chełpicie się tą cyfrą. Widać, że na temat okupacji nie macie nic innego do powiedzenia. Niemcy zabijali, bo tak im nakazywała moralność. To jest tragiczne. Ja patrzę z perspektywy i dlatego ogarniam całość. Pani widziała tylko wycinek, czyli okupację, a ja…
– [S] … Pan patrzył z drugiej półkuli.
– [G] Tak. I dlatego ja, a nie wy, mam słuszność, bo umiem popatrzeć na zimno, z dystansem, bo ogarniam. Polacy są zaściankowi z urodzenia i przekonania. Ten nacjonalizm to między innymi brak spojrzenia na siebie i nieumiejętność spojrzenia na innych. I ta polska skłonność do przesady. Tylko u was opowiada się o okropnościach, jakie działy się podczas wojny. […] Dystans. Dystans. Tego wam brak.”

Kto dziś, przy zdrowych zmysłach będąc, jest wstanie zaatakować tę wypowiedź Gombrowicza (a to przytoczone wyżej jest już po redakcji w SB)? Dąbrowska, Iwaszkiewicz, Słonimski, Toeplitz i inni – wystarczyło, żeby wyciąć Gombrowicza w Polsce na lat bez mała trzydzieści… Polska ten kraj na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu… Polska Barona, Pyckala i Ciumkały, niezbywalnie…

Lata świetlne z przodu

Ale to wszystko, co naprawdę, poza niewątpliwą przyjemnością lektury, dał mi „Gombrowicz” Suchanow. Zdecydowanie więcej dowiedziałem się o Gombrowiczu czytając po latach jego „Dziennik”, czytając i słuchając „Kosmosu” (wspaniałe wykonanie Piotra Grabowskiego), a jeśli idzie o jego biografię, biografię Gombrowicza-pisarza, moja temperatura rosła do maksimum przy czytaniu „Testamentu”, który ze wszech miar polecam, niebywały to zapis od-autorskich interpretacji, tropów i zaciemnień, prowokacji i szczerości, brawurowych gard i wściekle inteligentnych odsłon…

Co mi dała lektura biografii pióra Suchanow? Przede wszystkim to, że nikt tak nie mówi Gombrowicza jak sam Gombrowicz. A do tego prawdziwe święto, które w roku Gombrowiczowskim, wyznaczonym 13 lat temu, w stulecie urodzin Pisarza, przegapiłem, święto czytania Jego prozy i dramatów, tego absolutnie wyjątkowego Dzieła światowej Literatury. Te trzy miesiące z Gombrowiczem przebiło wszystkie zachwyty i poruszenia wokół nowości i doraźnych „odkryć”; żadnego pisarza jak dotąd nie czytałem tak żarliwie, w tak wielkim osłupieniu, z taką intensywnością; powtarzałem raz za razem „Kosmos”, „Trans-Atlantyk”, „Ferdydurke”, „Ślub”, bez przekładek, bez odpłynięć do pęczniejących na półce nowości – nie mogłem się oderwać, co akapit to Znalezisko…

Gombrowicz pisał w „Dzienniku”, że Polska i polskość w jego twórczości to były przeszkody i tematy drugorzędne, że o statusie drugorzędności tych kwestii nigdy nie zapominał. Prawie pół wieku od Jego śmierci, 15 lat od ostatniego czytania, Jego twórczość dystansuje latami świetlnymi wszystkie gwiazdy literackie, które miałem niewątpliwą przyjemność czytać w ostatnich latach…

Drodzy Państwo – potraktujcie biografię Witolda Gombrowicza jako okazję do sprawienia sobie najwspanialszego literackiego prezentu: przeczytajcie Jego twórczość raz jeszcze, żaden „hit”, żaden „Booker” czy najnowszy „Pulitzer” nie dadzą Wam tyle, co dwa rozdziały „Kosmosu”.

Klementyna Suchanow, „Gombrowicz. Ja, geniusz”, T. 1., T2., Czarne, 2017.

red. Rafał Betlejewski
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +4, liczba głosów: 4)
Loading...
The following two tabs change content below.

Marcin Bełza