W sprawie Katalonii – list otwarty do Przewodniczacego Rady Europejskiej, pana Donalda Tuska

Kim wiec jesteśmy my, pan Tajani, pan Juncker i Pan, Panie Prezydencie, by ignorować to autentyczne, pochodzące z serca pragnienie stanowienia o sobie i swoim narodzie ogromnej części społeczeństwa, powołując się przy tym na Konstytucję z 1978, pisaną i podpisywaną pod przymusem, pod szantażem, jakim tuż po śmierci Generalissimo była alternatywa albo-albo?

 

Szanowny Panie Przewodniczący Rady Europejskiej,

Drogi Panie Donaldzie,

Pozwoliłam sobie zwrócić się do Pana tak poufale ze względu na pochodzenie – tak jak i Pan, jestem gdańszczanką, jesteśmy więc nie tylko rodakami, ale i krajanami.

Mieszkałam w sumie w czterech krajach, mówię i piszę w sześciu językach. Tak, w dużym stopniu zawdzięczam to Unii, nie będę negować jej ogromnej roli w integracji europejskiej. Dziś jednak nie jestem już dumna ani z Polski, ani z Unii, ani tym bardziej z mojej drugiej „formalnej” – po zmianie obywatelstwa ze względów rodzinnych i na skutek kilkunastoletniego (w zamyśle „na zawsze”) zamieszkiwania tam – ojczyzny, Hiszpanii.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

W zasadzie nie powinnam pisać Hiszpanii, a dziś – w dniu, w którym hiszpańskie sądownictwo, jedno z najmniej niezależnych w Europie, zamknęło w więzieniu przywódców demokratycznie wybranego Parlamentu katalońskiego – bardziej niż kiedykolwiek wstydzę się słowa, które widnieje na moim obecnym paszporcie i dowodzie osobistym, „España”. Co gorsza, zaczynam się wstydzić również innej nazwy na nich widniejącej, mianowicie słów „Unión Europea”. Tak, panie Prezydencie, ja, Euro-fanka przez cale życie, dziś wstydzę się postawy tejże organizacji wobec wołającej o pomstę do nieba krzywdy, jaka dzieje się mojej – tym razem już z wyboru i świadomie – ojczyźnie, czyli Katalonii.

Tak, ponieważ przez 15 lat mieszkałam w Katalonii, którą uznaję za moją drugą ojczyznę. Są rzeczy, które będąc legalne, nie są słuszne, i rzeczy, które nie będąc legalne, są po prostu słuszne – i takim jest dążenie do samostanowienia tego narodu. Kto tam mieszkał, kto zna i rozumie język, kulturę, kto ramię w ramię z tubylcami szedł w manifestacjach, oglądał ludzkie wieże „Castells”, słuchał albo i śpiewał hymn Segadors czy wzruszającą pieśń Cant de la Senyera, po prostu o tym wie. Trudno wymagać od każdego polityka EU, by doświadczył tego wszystkiego na własnej skórze. Dlatego też, mimo iż nie jestem – w odróżnieniu do autorów listu otwartego europejskich intelektualistów „Upholding the Rule of Law in the European Union” – znaną osobistością czy wyrocznią intelektualną Europy, mogę tylko dać Panu własne świadectwo, podzielić się moim osobistym doświadczeniem, Europejki o polskim pochodzeniu i korzeniach, ale katalońskiej duszy. Jak wspomniałam, mieszkałam – po kilka-kilkanaście lat – w czterech różnych krajach i byłam świadkiem i uczestniczką wielu rozmaitych manifestacji. Nie da się ukryć, iż obecnie cala Europa skręca mocno na prawo i coraz silniej dochodzą do głosu bardzo ekstremalne, niebezpieczne ideologie, często bez zażenowania odwołujące się do haseł czy symboli nazistowskich, których przedstawiciele ostentacyjnie podnoszą rękę w geście hitlerowskim, obnoszą się ze swastykami (elementy, nota bene, nie zabronione w Hiszpanii). Mamy takie przykłady w Polsce, mamy i Niemczech, w Holandii, w Austrii, i niestety również w Hiszpanii, w tym na ulicach Katalonii. Chciałabym bardzo wyraźnie zaznaczyć, że elementy te nalezą bez wyjątku do przeciwników auto-determinacji Katalonii, czyli obozu „España una, grande y libre”. Nie chce uprawiać demagogii i twierdzić, że to wszyscy, bądź też że reprezentują oni większość unionistów. Niemniej jednak to wśród nich i tylko wśród nich można znaleźć podobne gesty i okrzyki, jak również manifestacje nienawiści, wyższości, pogardy, zemsty, rewanżyzmu, i zwykłej, prymitywnej żądzy krwi (hasła: Puigdemont al paredón, Artur Mas – cámara de gas). Byłam na wielu, bardzo wielu manifestacjach prokatalońskich, ogromnych manifestacjach, liczących nieraz 1,5 miliona ludzi i proszę mi wierzyć – nigdy, przenigdy, nie byłam tam świadkiem takich scen ani haseł.

Sobiranizm, często nazywany pogardliwie separatyzmem jakby z chęci zestawienia go np. z separatyzmem rosyjskim w Ukrainie, sobiranizm kataloński to – po rewolucji Gandhiego – najbardziej pokojowy, pacyfistyczny ruch w historii współczesnej.

Nie jest skierowany przeciwko czemuś, a ku czemuś; na pewno nie przeciw Hiszpanii, z którą duża część Katalończyków związana jest rodzinnie czy uczuciowo, i której na pewno źle nie życzą, a wręcz przeciwnie: której dobra pragną na pewno, po to jednak, by budować z nią nowe, dojrzałe relacje jak równy z równym. Nie przeciw Hiszpanii, a ku własnej tożsamości kulturowej, językowej, narodowej, do której to wszyscy mamy prawo. Kim jesteśmy my, kim jest Unia, ten organizm biurokratyczno-finansowy (tak, teraz już niestety tylko tak go widzę), jeśli rości sobie prawo do niweczenia, deptania, a najlepszym wypadku ignorowania tego podstawowego ludzkiego prawa, jakim jest prawo do posiadania narodowości, z którą się utożsamiamy. Narodowości, której nie narzucono nam w drodze podboju, wszystko jedno jak dawno ten się dokonał, nawet jeżeli mowa o 300 latach. W drodze podboju i umacniając i ratyfikując jeden najazd – drugim, jedną krzywdę – drugą, gdyż jak zapewne Pan wie, również w 1934 roku Prezydent katalońskiej Generalitat, Lluis Companys, dokonał próby ogłoszenia republiki Katalonii, co skończyło się dla niego aresztem i śmiercią. Podobnym losem groził obecnemu Prezydentowi Carlesowi Puigdemontowi rzecznik rządzącej w Hiszpanii Partii Ludowej, tak, partii Mariana Rajoy, pan Pablo Casado, nie ściągając na siebie z tego powodu żadnej reprymendy ze strony polityków ani hiszpańskich, ani Unii Europejskiej.

Kim wiec jesteśmy my, pan Tajani, pan Juncker, i Pan, Panie Prezydencie, by ignorować to autentyczne, pochodzące z serca pragnienie stanowienia o sobie i swoim narodzie ogromnej części społeczeństwa, powołując się przy tym na legislację, na Konstytucję z 1978, pisaną i podpisywaną pod przymusem, pod szantażem, jakim tuż po śmierci Generalissimo była alternatywa albo-albo: Konstytucja lub dyktatury frankistowskiej ciąg dalszy? Czy my, Polacy, nigdy nie byliśmy w podobnej sytuacji, bez suwerenności, pod reżimem, który narzucono nam odgórnie, bo akurat to państwo a nie inne wygrało wojnę? Czy wobec tego niesłuszne było zwrócenie Polsce tożsamości i państwowości po 1. Wojnie Światowej, skoro pod zaborami mogła przecież liczyć na jakąś tam, ograniczoną autonomię? A gdyby 2. Wojnę wygrał Hitler i nasz kraj nad Wisłą byłby teraz częścią Rzeszy, z pewnością teraz już częściowo demokratycznej, otwartej na świat i respektowanej przez sojuszników Rzeszy, może nawet przyznającej podbitym Polakom, Holendrom, itp. jakąś tam, ograniczoną, autonomię? Czy tak już miałoby być na wieki wieków, zgodnie z powojenną Konstytucją Nowej Rzeszy – podpisanej ochoczo również przez przedstawicieli jej podbitych autonomicznych rejonów wschodnich, zachodnich, północnych… Czy niesłusznie postąpiły Litwa, Łotwa i Estonia, decydując unilateralnie odłączyć się od ZSRR? Z pewnością było to nielegalne wobec obowiązującego je wówczas prawodawstwa, czy powiedzą Państwo w oczy tym lojalnym dziś członkom EU, że nie miały do tego prawa, że nie powinny istnieć, gdyż powstały w sposób nielegalny? Czy prawo do rozwodu przysługuje – i jednostkom, i narodom – tylko w wypadkach, gdy partner bądź Państwo wyrażają na to zgodę?

Paragraf 1.2 Karty Narodów Zjednoczonych uznaje zasadę samostanowienia, stawiając to prawo ponad indywidualnym prawem państwowym.

„A fundamental principle of international law is that the provisions of a state’s constitution cannot be deemed inherently legal – they must equate with international law.” ”To claim that a state’s constitution is the sole determinant on the legality of action taken within that state is to essentially reject the very idea of international law.[1]

Tak więc, jeżeli w prawie międzynarodowym istnieje prawo do samostanowienia, hipokryzją i brakiem logiki jest wymaganie zgody państwa „gospodarza” na secesję, zgody, której zabrakło zresztą w przypadku Kosowa, które ogłosiło niepodległość w sposób unilateralny i „nielegalny” niecałe 10 lat temu, i zostało uznane przez ogromna ilość państw UE. Czym wiec zawinili Katalończycy, że odmawia im się ze strony tych samych szacownych instytucji, takiego samego prawa? Może swoim pacyfizmem? Może spokojem i godnością w dochodzeniu swoich praw, w śledzeniu swojego dalekosiężnego celu? A może zawinili tym, że są obecnie częścią silnego – z pozoru – państwa, członka EU i NATO, z którym łączą te instytucje rozmaite układy i współzależności, w tym całkiem pokaźny dług finansowy Hiszpanii wobec UE?

Zwracam się do Pana jako przedstawiciela tej Europy

z prośbą, by zechcieli Państwo rozważyć raz jeszcze, czy rzeczywiście warto zawsze trzymać stronę silniejszego, nawet gdy łączą was z nim solidne, wieloletnie układy, czy może dla odmiany nie lepiej wstawić się za słabszym, gdy tak wyraźnie łamane są jego prawa, w tym prawo do głosu. Gdy za pójście do wyborów ludzie są pałowani przez policję za przyzwoleniem rządu w Madrycie, a za wypełnienie programu wyborczego, którego głównym punktem było referendum w sprawie niepodległości i w razie rezultatu pozytywnego, ogłoszenie republiki – demokratycznie wybranych członków rządu wsadza się do więzienia. Gdzie przywódców pacyfistycznych organizacji ANC i Ómnium Cultural, ta ostatnia z korzeniami wywodzącymi się jeszcze z czasów dyktatury, z ponad 50-letnią tradycją pielęgnowania języka i kultury katalońskiej w czasach, gdy te były … nielegalne (czy nie kojarzy się to natychmiast z Polską pod zaborami?) – też wsadza się do więzienia bez kaucji, jak wulgarnych przestępców, jak terrorystów z ETA, jakby mieli na sumieniu co najmniej kilkanaście ofiar śmiertelnych, a nie po prostu… ideę. Więzienie za ideologię! Panie Prezydencie, proszę, błagam Pana i Pańskich współpracowników, proszę wreszcie przestać zasłaniać się legislacją i przymykać oczy na to bezprawie, tylko dlatego że tak postępuje ceniony i lojalny sojusznik NATO i UE! Ceniony i lojalny, bądź też wywierający naciski na pozostałe kraje… mniejsza z tym. Więźniowie polityczni w Europie 21. wieku, czy jest to dla Unii do przyjęcia? Czy nie wypadałoby wreszcie powiedzieć dość, miarka się przebrała, podejmujemy inicjatywę i proponujemy mediację – obu stronom konfliktu, bez dzielenia na interlokutorów uprawnionych i nieuprawnionych? A może i w tym wypadku UE przejmie bezkrytycznie, tak jak do tej pory, oficjalna retorykę Madrytu i będzie negowała istnienie więźniów politycznych, przekonując, że chodzi tu o zwykłych kryminalistów, którzy postępowali niezgodnie z prawem. Jeszcze raz zapytam, czy Pan i pan Juncker powiedzieliby to samo Estonii, Litwie, Słowenii?

Flaga Katalonii – jesteśmy bezpieczni

Drogi Panie Prezydencie, proszę mi wierzyć jako Pańskiej rodaczce i krajance, że przypadek Katalonii jest jedyny w swoim rodzaju, tak jak jedyny w swoim rodzaju jest ten naród. Wracając do flag i barw narodowych, musze Panu coś wyznać, powołując się raz jeszcze na moje doświadczenia z czterech krajów. Otóż nie ma drugiej takiej flagi na świecie jak estelada, i już wyjaśniam o co chodzi. Wśród tylu nacjonalizmów groźnych, wykluczających, nienawistnych, ksenofobicznych, ten jeden taki nie jest. Co zresztą widać na przykładzie moim własnym i wielu moich znajomych o korzeniach bardzo różnorodnych, w nikłym tylko procencie katalońskich, którzy jak jeden mąż broniliśmy demokracji i prawa do głosu podczas „nielegalnego”, acz słusznego moralnie referendum 1. października. Otóż gdy widzę ogromne morze flag, w większości przypadków waham się, czy podejść, czy raczej zrobić w tył zwrot. Obecnie mieszkam w Niemczech, gdzie nie tak dawno ksenofobiczna AfD weszła do Sejmu, od dość dawna jednak działa Pegida, a ugrupowania neonazistowskie od bardzo dawna. Stąd też, widząc z daleka morze niemieckich flag, nigdy nie wiem, czy bezpiecznie jest się zbliżyć, podejść. To samo dotyczy Austrii, Francji i paru innych państw. Z bólem serca muszę tez przyznać, ze podobnie mam z Polską – świadoma mojej przynależności do tak zwanego „gorszego sortu”, obawiałabym się trafić na przedstawicieli „lepszego sortu”, którzy nie pałają miłością do takich jak ja, a mając już wyjątkowego pecha, mogłabym natrafić na grupę wspomnianych na początku „prawdziwych patriotów”, którzy takich jak ja i moja rodzina najchętniej potraktowaliby kijem bejsbolowym, drugą ręką wymachując radośnie flagą w barwach narodowych z symbolem Polski Walczącej. Także przykro mi, ale widząc morze polskich flag, nie wiedząc kim są ich nosiciele, na wszelki wypadek trzymam się z daleka. No i Hiszpania.

Jeżeli czegoś mnie nauczyły wydarzenia ostatnich lat w Barcelonie, to tego, by bać się tych, którzy okutani we flagę hiszpańską – czy to z herbem królewskim, czy z niekonstytucyjnym, frankistowskim czarnym orłem – wykrzykują w twarz przechodniom „Arriba España!”, „Una, grande y libre!” i tym podobne hasła, śpiewają frankistowski hymn „Cara al sol” z gestem „zamawiania taksówki”, tuż potem zaczynając obławy na, obrażając i atakując werbalnie i fizycznie imigrantów, ludzi z inną flagą, autonomiczną policje katalońską Mossos d’Esquadra, itd., itp. Takich „patriotów” się boję. A także tych, którzy, dobrze ubrani, dobrze sytuowani, nieraz reprezentując partie zasiadające w hiszpańskim Sejmie, nie mają najmniejszych skrupułów, by manifestować się wspólnie z tamtymi.

I wreszcie esteladas. Proszę mi wierzyć, ale jest to jedyna flaga, jedyne kolory, których widok z daleko sygnalizuje mi: idź, dołącz do nich, będziesz bezpieczna. I nie, nie chodzi tu idee czy ideologie, o poparcie lub nie dla secesji. Chodzi o to, jacy ci ludzie są. Katalończycy zwykli mawiać o sobie: ”nosaltres no som d’eixe mon” – nie jesteśmy z tego świata. To pod tymi barwami, estelady, odbyła się w lutym ogromna, jedyna w swoim rodzaju manifestacja na rzecz przyjmowania uchodźców pod hasłem „volem acollir” – chcemy przyjmować. Jakoś pod innymi znanymi mi flagami manifestuje się raczej niechęć do przyjmowania tychże uchodźców, ale może to nic nie znaczący drobiazg. Proszę mi jednak wierzyć, że jest to jedyna narodowość, wśród której – w grupie, w dużej heterogenicznej masie ludzkiej, w milionowym zgromadzeniu – czuję się bezpieczna. Wiem, że nic mi się nie stanie. Wiem, że będzie dobrze, pokojowo, zgodnie, często radośnie, coraz częściej niestety poważnie, ostatnio smutno, energia powoli się zmienia, powoli zaczyna narastać złość, rozgoryczenie, nawet wściekłość na coraz bardziej bezwzględne represje hiszpańskiego rządu i coraz większą hipokryzję Unii Europejskiej, którą Pan reprezentuje, ale i tak jest dobrze, i tak jest pokojowo i to się nie zmieni. Czy Europa na pewno może sobie pozwolić na to, by zrezygnować z takiego narodu, Panie Prezydencie? Takich narodów trzeba nam w Europie. Takich narodów trzeba nam jak najwięcej.

 

Monika Sykutera

[1] https://theconversation.com/self-determination-is-legal-under-international-law-its-hypocritical-to-argue-otherwise-for-catalonia-86558?utm_term=Autofeed&utm_campaign=Echobox&utm_medium=Social&utm_source=Twitter#link_time=1509455356

red. Rafał Betlejewski
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 9)
Loading...
The following two tabs change content below.