Nowy Star Trek jest jak USA po wojnie w Iraku. Smutny i pusty.

Nie twierdzę, że nowa seria Star Treka – Discovery – jest prostą alegorią współczesności, ale z pewnością jest jej produktem. Można sądzić, że Discovery odbija nasze sny i wyobrażenia o kosmosie, o świecie, o nas samych. Mówiąc bardziej obrazowo, że jest odbiciem podświadomości naszych czasów.

Discovery wystartowało 24 września i można ją oglądać w serwisie Netflix – co tydzień pojawia się nowy odcinek (teraz trwa przerwa do stycznia). Na tajmlajnie startreków Discovery umieszczone jest mniej więcej dziesięć lat przed serią oryginalną, czyli przed Kirkiem, Spokiem i ekipą choć oglądamy ją dokładnie 51 lat później. Pomiędzy nową serią, a oryginalną istnieją drastyczne różnice, które mogą się podobać lub nie. Mogą też przerażać – tak jak mnie.

Kosmos – ten czarny atłas rozpościerający się ponad naszymi głowami, ta otchłań w której z jakiegoś niewyjaśnionego powodu lewitujemy na okruszku planety – od zawsze była ekranem, na którym ludzkość (albo jej część złożona z nerdów) wyświetlała swoje wizje dotyczące bogów, herosów, początku świata, sensu życia i przeznaczenia. Trudno podejrzewać, by wizje pisarzy i marzycieli były prawdziwe, ale można z nich odczytywać stan ich ducha. Czego się spodziewają? potworów siejących zniszczenie, czy ratunku przed naszymi demonami, spełnienia obietnic o szczęściu, współpracy i sensie, czy czarnej zimne j i nieprzekraczalnej pustki? Oglądając Discovery ma się wrażenie, że Kosmos stał się miejscem odpychającym, pełnym cierpienia i okrucieństwa, wypełnionym małymi ambicjami, zawiścią i egoizmem. Niczym USA Georga Busha.

Jakiż to niezwykły i zasmucający kontrast z oryginalną serią!

Nowa seria straciła wszystko, co było wspaniałe i wyjątkowe w oryginalnym pomyśle Gene Roddenberry.

Przede wszystkim optymizm i zachwyt kosmosem. Bohaterowie Roddenberrego ruszali w podróż nie dla wojny, a z radości odkrywania, płynęli po czarnym oceanie jako zaciekawione dzieci, ludzie którzy lubią się nawzajem i spodziewają się odkryć rzeczy wspaniałe. Byli wyposażeni w niezłomny kod solidarności ze wszystkimi żyjącymi istotami, których przede wszystkim nie wolno niszczyć, które mogą nas wzbogacić. Bohaterowie Oryginalnej Serii i Następnego Pokolenia chcieli być w Kosmosie, czuli się w nim dobrze i widzieli w tym sens. Trochę tak jak my wszyscy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy pierwsze sputniki latały po orbicie. Wierzyliśmy, że przed nami otwiera się nowa era wspaniałych odkryć, że za chwilę wyruszymy w podróże niezwykłe, pełne cudownych odkryć. Że ludzkość w obliczu innych planet będzie potrafiła się wreszcie zjednoczyć.

Po drugie, w Discovery nie ma ani krztyny ciekawość z eksplorowania. Kosmos jest dla załogi Discovery jak Afganistan dla Amerykanów: dziki i niepojęty. Albo jeszcze gorzej: jest ciemną otchłanią, której nie warto poznawać, gdyż nie ma w niej nic dobrego. Zagadki związane z nowym sposobem podróżowania odkrywa się na kolanie w kilkusekundowym dialogu, a ich jedyny sens to wykorzystanie militarne, nawet jeśli wiążą się z cierpieniem żywych istot. Kosmos zabija i jest okrutny – jak Ursynów na złym tripie po kwasie.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Po trzecie, nowa seria utraciła przyjaźń i chęć współpracy pomiędzy głównymi bohaterami. Oni się po prostu nie lubią. Nikt nikomu nie ufa. Główna bohaterka jest przestępczynią, którą obwinia się za początek wojny oraz śmierć tysięcy ludzi. Ona sama nie ufa nikomu i nikogo do siebie nie dopuszcza. Można nawet się domyślać, że nigdy nie była z mężczyzną, że – mówiąc wprost – jest dziewicą, a jej dziewictwo nie wynika z wiary w Jezusa, ale z paranoicznej podejrzliwości. Kapitan jest raptownym sadystą napędzanym prywatnymi ambicjami i przekonaniem o swojej wielkości. Nie widzi problemu w utrzymywaniu seksualnej relacji z wojskową przełożoną, relacji opartej tylko na fizycznej żądzy.

Po czwarte, co jest wyjątkowo smutne, nie ma poczucia humoru. Wszystko jest na poważnie, wojna jest pełna patosu, a przede wszystkim cała seria zaczyna się od tragedii – która ujęta jest bardzo serio. U Roddenberrego początkiem podróży zawsze były sceny wyjeżdżania ze stoczniowych doków: cudny statek opuszczał stocznię żegnany dumnymi spojrzeniami. W Discovery nie ma żadnego tak optymistycznego ujęcia. Od razu jest rozpierdol.

 

W nowym Star Treku jest okrutna wojna, napędzana prywatnymi ambicjami, kosmos jako czarna otchłań beznadziei, główne postaci, które się nie lubią ani sobie nie ufają, a przede wszystkim nie reprezentują żadnych wartości uniwersalnych. Są tortury, smierć i zniszczenie, a wartość człowieka wyznaczana jest jego siłą i bezwzględnością. Główna bohaterka boi się emocjonalnie zaangażować, gdyż wie, że to prowadź tylko do bólu – W końcu sama została zdradzona przez ojca, a później sama zdradziła swoją kapitan.

Nowy Star Trek jest jak Stany Zjednoczone po wojnie w Iraku. Smutny i pusty.

Ale paralele z rzeczywistością są dalej idące. 

Historia zaczyna się od zasadzki Klingonów i ataku na statek Federacji (czyli tych dobrych niby, tych niby nas), który kończy się masakrą kilku tysięcy ludzi. Główna bohaterka stacza heroiczną batalię najpierw z własną załogą i kapitan (kobietą), a następnie z wrogiem. W jej wyniku pani kapitan ginie, a główna bohaterka zostaje postawiona przed sądem i prawomocnie skazana na dożywotni obóz karny. Mamy więc początek jak w II Wojnie Światowej – zdradziecki atak Japończyków na Pearl Harbour, lub jak w wojnie z Irakiem: atak Arabów na WTC. Klingoni są jak Arabowie: okrutni, zdeterminowani, skłoni do mistycyzmu, honorowi, a śmierć w boju jest dla nich chwałą. W dodatku są strasznie brzydcy, co ma nam ułatwić ich zabijanie.

Czy atak Klingonów okaże się „operacją czerwonej flagi”? Wcale bym się nie zdziwił.

Od początku mamy więc wojnę. Wojnę okrutną, pochłaniającą tysiące ofiar, w której główna bohaterka motywowana jest przede wszystkim żądzą zemsty.

W dodatku jest wyrzutkiem, jest prywatnie zhańbiona, nikomu nie ufa i sama nie wzbudza zaufania u towarzyszy. Ma problemy z emocjonalnym zaangażowaniem w przyjaźń lub miłość, a nawet seks – zdaje się zamknięta w psychotycznej klatce. Bez okien. Czyżby wojna była dla współczesnych Amerykanów jedyną zrozumiałą motywacją? Czy nie są wstanie wyprodukować z siebie żadnej innej historii niż wojenna?

Większość dialogów jest wypowiadana w złości.

Dominującymi emocjami są gniew, strach, podejrzliwość, zawiść oraz prywatne żądze. I to też są główne motywacje serialowych postaci: ich własne ambicje. W serialu dominuje przemoc, a bohaterowie posługują się siłą i nie cofają przed torturowaniem. Pojawia się nawet statek kosmiczny, w funkcji kolonii karnej, gdzie więźniowie są regularnie bici, zastraszani i zabijani. Co prawda statek ten należy do Klingonów (Arabów) a nie Federacji, czyli Amerykanów, co jest oczywistym odwróceniem faktów znanych z rzeczywistości, jednak wiemy przecież, że każdy zbrodniarz próbuje zrzucić swoje winy na ofiary.

W nowym Star Treku kosmos wydaje się czarną otchłanią beznadziei.

Nowinki techniczne, natychmiastowe podróże przez galaktykę służą tylko skuteczniejszemu zabijaniu lub ucieczce przed wrogiem, a oparte są na bezlitosnej eksploatacji istot żywych (dosłownie!) najpierw jakiejś przedziwnej kosmicznej monstury, a następnie głównego biologa na statku, który ze swojego organizmu tworzy element napędowy statku.

Nikt z nikim nie rozmawia o kosmosie. Nikt nie zadaje pytań, nikogo nic nie frapuje, nie zastanawia. Problemy są tylko zadaniami do pokonania, każdy opór należy po prostu przełamać. Kiedy w serii The New Generation kapitan Jean Luc Picard jest torturowany, to scena służy pokazaniu jak uniwersalne humanistyczne wartości, którymi kieruje się Picard, pozwalają mu zatriumfować nad prześladowcą i obronić przed upokorzeniem. W Discovery tortury pozwalają kapitanowi Gabrielowi Lorca zaprezentować tężyznę fizyczną oraz wytrzymałość na ból. Nic więcej. W odwecie za to, jak został potraktowany Lorca wyrzyna następnie prawie całą załogę statku i pozostawia na pastwę losu współwięźnia, który mu się nie spodobał. 

Zresztą, jak donoszą portale fanów Treka, Ash Tyler, który uciekł z niewoli razem z kapitanem Lorca może się okazać klingońskim agentem. A więc zdrada, zdrada, zdrada. Śmierć, śmierć. Beznadzieja.

POTENCJALNY SPOILER: Po czym fani to wnioskują: otóż aktor, który odgrywa rolę Asha Tylera, czyli Shazad Latif, pojawiał się w napisach końcowych pierwszych odcinków, pomimo, że postać Asha pojawia się na ekranie dopiero w odcinku piątym. Dodatkowo, aktor, który jest wymieniany w napisach jako odgrywający rolę Voqa, Klingona, czyli Javid Iqbal nie istnieje w rzeczywistości – nie jest wzmiankowana jego praca poza serialem ST, nie ma go w bazie danych IMDb itd, co może świadczyć, że nazwisko zostało wymyślone przez producentów filmu tylko po to, by ukryć fakt, że Voqa grał Shazad Latif. Voq musiał się udać do klingońskiej akademii szpiegów, a odchodząc oświadczył, że jest gotowy poświęcić wszystko… czyli pewnie także wygląd.

Ash Tyler

Nie twierdzę, że nowa seria Star Treka jest alegorią rzeczywistości, ale z pewnością jest jej produktem. Można więc twierdzić, że Star Trek odbija nasze sny i wyobrażenia o kosmosie, o świecie, o nas samych. Mówiąc bardziej obrazowo, że jest odbiciem podświadomości naszych czasów. Niestety obraz nas samych jaki się rysuje z Discovery jest odpychający.

Czy nic nie pozostało po latach osiemdziesiątych, gdy wierzyliśmy, że jako ludzkość znajdziemy w kosmosie nadzieję? Że w nas samych jest piękno, które możemy w kosmos zanieść?

Niestety wydaje mi się, że moje pokolenie zostało w latach osiemdziesiątych oszukane.

Wesprzyj autora red. Rafał Betlejewski
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 5)
Loading...