Spółdzielnie niezależności

Na półkach jerozolimskich supermarketów, w hotelowych sklepikach i na bożonarodzeniowych targach można kupić słoiki z serem labneh w oliwie z ziołami i figowe dżemy marki Jerusalem Mountains. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to produkty pochodzące z Palestyny.

Produkty z Zachodniego Brzegu rzadko trafiają na tę stronę muru. Przepływ dóbr idzie raczej w drugą stronę. Budowany od 2002 roku mur umożliwił Izraelowi  większą kontrolę nad tym, kto do Izraela z Palestyny wjeżdża. Ale również nad tym, co jest gdzie sprzedawane. Palestyńczycy kupują izraelskie pomidory, ogórki i sałaty. Są też uzależnieni od dostaw  prądu i wody dostarczanej przez izraelskie firmy. Jak pisze Nur Arafeh dla Al Jazeery:

“[izraelskie] produkty mają wolny dostęp do palestyńskiego rynku, ale palestyńskie dobra z trudem trafiają na rynek izraelski”[1].

– Żeby nasze produkty pojawiły się w Jerozolimie potrzebujemy specjalnych pozwoleń – opowiada mi Yara Ghabbash, księgowa w spółdzielni Al Eizariya, w której produkowane są dżemy Jerusalem Mountains. Yara mieszka w mieście Al Azariya położonym na zboczu doliny z widokiem na Jerozolimę. Kiedyś miasto nazywało się Betania. Jedna z jego bocznych uliczek prowadzi do domu i (pierwszego) grobu św. Łazarza.

Mahane Yehuda Market. Autor zdjęcia: plasmarella (flickr.com)

Yara, ma 30 lat, rocznego syna i wykształcenie w technologii żywności. Dobrze pamięta czasy sprzed muru.

„Do Al Azariyi przyjechałam jako siedmiolatka. Wcześniej mieszkaliśmy w Arabii Saudyjskiej. Do szkoły chodziłam w Jerozolimie, to dwadzieścia minut drogi samochodem. Popołudniami patrzyliśmy przez okna na drugą stronę doliny. Mieszka tam mój wujek. Jak tylko widzieliśmy jego samochód biegliśmy do taty: „tata, wujek już jest w domu”.  Po pięciu minutach siedzieliśmy u wujka na kanapie popijając herbatę. Od kilku lat przebiega między nami mur. On mieszka w Izraelu, my w Palestynie. Nie możemy go odwiedzić bez specjalnego pozwolenia”.

 

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl
Fragment muru w Betlejem. Autor zdjęcia: Kyle Taylor (flickr.com)

 

Spółdzielnia Al Eizariya, w której Yara zaczęła pracować tuż po studiach, została założona siedem lat temu z inicjatywy francuskiego NGO, L’Institut Européen de Coopération et de Développement. W Palestynie łatwiej założyć spółdzielnię albo kooperatywę niż biznes. Wynika to z mniejszego ryzyka finansowego oraz tego, że  łatwiej  o jest otrzymać dofinansowanie działalności z międzynarodowych funduszy rozwojowych. Palestyna to jeden z głównych beneficjentów Oficjalnej Pomocy Rozwojowej – ODA. W 2015 roku było to 423 USD na głowę[2].

Ale ruch spółdzielczy w Palestynie ma prawie 100-letnią historię. Według informacji podanych na stronie Międzynarodowej Organizacji Pracy (International Labour Organization – ILO), pierwsza palestyńska spółdzielnia została założona w 1924 roku. Zajmowała się produkcją tytoniu. Do 1948 roku, kiedy powstało państwo Izrael, na terenach Palestyny działały 244 kooperatywy i spółdzielnie. Z danych ILO na 2016 rok wynika, że dzisiaj palestyńskich spółdzielni jest 957 – z czego 785 funkcjonuje na Zachodnim Brzegu a 172 w Strefie Gazy. Głównie są to spółdzielnie rolnicze i mieszkaniowe. Ale są też i takie, które zajmują się rękodziełem i usługami[3].

Palestyńskie spółdzielnie stały się sposobem na wsparcie lokalnych produktów, tradycyjnych wyrobów i miejscowej ekonomii. I na znalezienie pracy. Z powodu muru na Zachodnim Brzegu wzrasta bezrobocie. W całej Palestynie (razem ze Strefą Gazy) prawie co trzecia dorosła osoba nie ma pracy. Dla wielu wstąpienie do spółdzielni to jedyna szansa na utrzymanie się.

El Eizariya liczy 15 członków. Wpisowe to 700 USD, pod koniec roku zyski ze sprzedaży produktów Jerusalem Mountains są dzielone pomiędzy wszystkich członków. Ale dla Yary bardziej od zysków liczy się to, że spółdzielnia tworzy miejsca pracy. Zatrudniają siedemnaście osób, które pracują w warsztacie tkackim i przy przetworach. Specjalizują się w dżemach (truskawkowe, jabłkowe, jabłkowe z cynamonem, pomarańczowe, brzoskwiniowe i – najpopularniejsze – figowe) i serze labneh w ziołowej zalewie. Starają się także o dodatkowe zlecenia.

W 2016 roku wygrali przetarg na przygotowanie koszy ramadanowych – 1300 paczek dla potrzebujących. To zlecenie na 60 tysięcy Euro, dzięki któremu 18 kobiet dostało dodatkową pracę. – Pracują dla nas studentki, które dzięki temu mają pieniądze na utrzymanie się podczas studiów – opowiada Yara. – Ale dajemy też pracę ludziom w naprawdę trudnej sytuacji finansowej. Jedna z kobiet ma męża po wypadku, który od 10 lat nie wstaje z łóżka. Inna, wdowa, zarabia na czesne za college dla swojej córki. Dla najbardziej potrzebujących stworzyliśmy możliwość dołączenia do spółdzielni w systemie ratalnym. Nie każdy tutaj ma prawie 700 dolarów, tak od ręki.

Hebron w Palestynie. Autor zdjęcia: Kyle Taylor (flickr.com)

Dżemy El Eizariyi można kupić w należącej do spółdzielni kafejce – przy drodze prowadzącej do domu Łazarza. To również miejsce spotkań dla lokalnej społeczności. Ale to w Jerozolimie zarabiają najwięcej. Podczas poprzednich bożonarodzeniowych targów dziennie zarabiali 845 dolarów. Razem ze swoimi dżemami sprzedają produkty innych spółdzielni, które występują pod wspólną marką „Mawasem”. Jest tam i oliwa z oliwek (sady oliwne zajmują ponad połowę ziemi uprawnej na Zachodnim Brzegu), i makdous (rodzaj ręcznie robionej drobnej kaszy), i suszone pomidory w ziołach, i piklowane bakłażany nadziewane orzechami, i melasa z winogron.

Pomysł wspólnej marki, która zrzesza kilka spółdzielni (produkujących różne produkty – żeby nie były dla siebie konkurencją, ale również żeby reprezentowały pełną gamę palestyńskich specjalności) został wprowadzony przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) – organizację pozarządową która specjalizuje się w pomocy humanitarnej (w Sudanie, Libanie i Nepalu) i w pomocy rozwojowej (w Etiopii, Kenii, Gruzji, Tadżykistanie i Palestynie właśnie).

El Eizariya to jedna z siedemnastu spółdzielni, z którymi współpracują na Zachodnim Brzegu. Anna Radecka, szefowa palestyńskich projektów, wspomina pilotażowy projekt, w którym uczestniczyła w 2014 roku: „To była spółdzielnia na północy Palestyny, Al Jalama. Nasze główne założenie jest takie, że nawet po skończeniu projektu, kiedy wycofamy już pomoc finansową – spółdzielnia funkcjonuje dalej. Nie chcemy ich od siebie uzależniać, tylko rozwinąć biznesowo. Z programu Polska Pomoc, finansowanego przez polskie MSZ, dostaliśmy fundusze na kompleksowy projekt. Zorganizowaliśmy szkolenia – z rolnictwa, z dokumentacji, z kontroli jakości, z higieny, z marketingu. Wsparliśmy budżet na wyposażenie. W przypadku Al Jalamy to były dwie szklarnie”.

Pilotażowy projekt okazał się sukcesem. Dzisiaj spółdzielnia w Al Jalamie liczy 70 członków – same kobiety. Zajmują się produkcją szafranu, dżemu z dyni, herbaty ziołowej i mieszanki ziół, nazywanej zatarem. Spółdzielnia stała się znana na całym Zachodnim Brzegu a jej szefową, Manar Shaban, zaproszono na wizytę studyjną do Francji. Zabrała ze sobą męża – pierwszy raz wyjechali za granicę. To kolejny sukces palestyńskich spółdzielni – wzmacniają pozycję kobiet. Anna Radecka opowiada o dumie matek, które dzięki spółdzielniom mają własne – choćby niewielkie – zarobki. Kupują sobie ubrania, finansują prawa jazdy, odkładają na studia dla dzieci. Nie muszą już pytać mężów o zgodę. – W Al Jalamie spółdzielnie męskie i kobiece współpracują przy głosowaniu nad lokalnymi uchwałami – opowiada Anna Radecka. –Wspierają się. Mężczyźni głosowali za kobiecym projektem na otwarcie przedszkola. Kobiety – za ich projektem na zakup maszyn rolniczych.

Po sukcesie z Al Jalamą PCPM zdecydowało, że zainwestuje w kolejne spółdzielnie. Wspólnie z miejscowym partnerem ARIJ, The Applied Reserach Institute – Jerusalem (organizacją, która wierzy, że niezależność Autonomii Palestyńskiej można wesprzeć poprzez zrównoważony rozwój, ekologiczne nastawienie i lepsze wykorzystywanie naturalnych źródeł) stworzyli model marketingowo-produkcyjny łącząc kilkanaście spółdzielni z Zachodniego Brzegu. – Nasze założenie jest takie, że „2+2=5” – wyjaśnia Radecka. – Zebraliśmy kilkanaście spółdzielni, które produkują różne produkty: od oliwy, przez piklowane bakłażany i kasze, po dżemy. Stworzyliśmy dla nich wspólną markę – Mawasem. Pory roku, po arabsku.

Zachodni brzeg Jordanu. Autor zdjęcia: orientalizing (flickr.com)

Produkty Mawasem trafią na rynek Polski, do Kanady, Omanu i Arabii Saudyjskiej. A dzięki współpracy z El Eizariyą (z którą PCPM współpracuje od 2015 roku i której pomogło urządzić sklepik przy drodze do grobu Łazarza) – również do Jerozolimy. To odpowiedź na wzrastające bezrobocie i ekonomię opartą na imporcie z Izraela.

W 2016 roku PCPM rozpoczęło nowy projekt, który jest odpowiedzią na dwa kolejne problemy Zachodniego Brzegu – ograniczony dostęp do ziemi uprawnej i do wody.

W czterech współpracujących z nimi spółdzielniach zainstalowano uprawy hydroponiczne – systemy rur, którymi płynie minimalna ilość wody z nawozem. W rurach są otwory a w nich rosną sałaty, pomidory, kapusty pekińskie i szpinak. Taką uprawę można zainstalować wszędzie – na dachu, na balkonie, na podwórku. Na razie to eksperyment, ale ci którzy biorą w nim udział opowiadają o sąsiadach zaglądających przez balkon i proszących o wskazówki, jak taką uprawę zacząć. – Na tym etapie zależało nam, żeby ludzie mogli po prostu zaspokoić swoje potrzeby żywieniowe – wyjaśnia Anna Radecka – ale z czasem będą mogli z tego czerpać zyski: dystrybuować w palestyńskich sklepach i restauracjach, również pod marką Mawasem. Już jest duże zainteresowanie, właściciele okolicznych restauracji dopytują o hydroponiczną sałatę.

El Eizariya na razie nie zajmuje się hydroponiczną uprawą. – Może z czasem zasadzimy coś na naszych balkonach – mówi Yara – ale na razie skupiamy się na rozwoju już trwających projektów. Mamy duże ambicje. W Ramallah współpracujemy z 25 supermarketami. A przecież to stolica, stać nas na więcej. Nie chcę ograniczać się do Zachodniego Brzegu. Czemu nie eksportować do krajów Zatoki? Wiem, dzięki ankietom z bożonarodzeniowych targów, że smakują im nasze dżemy. Ale największym marzeniem jest niezależność. Wiem, że damy radę bez opieki donorów. Przez rok nie mieliśmy żadnego wsparcia. Z powodów budżetowych L’Instiut Européen de Coopération et de Développement wstrzymał dofinansowanie na 12 miesięcy. Daliśmy radę. Ciągle produkujemy, wygrywamy przetargi, zatrudniamy, wypłacamy pensje. Teraz wrócili do nas z kolejną fazą projektu i chcą nam dyktować to, w jaki sposób mamy pracować. Ale my już nie chcemy takiej kontroli. Skończyliśmy z Brytyjczykami, nie potrzebujemy francuskiego kolonizatora. Mamy własną wizję. I damy radę sami.


Źródła:

[1] http://www.aljazeera.com/indepth/features/2017/07/myth-palestinian-economy-170706060337109.html

[2] http://www.oecd.org/statistics/datalab/oda-recipient-sector.htm

[3] http://www.ilo.org/beirut/media-centre/news/WCMS_544317/lang–en/index.htm


Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com

Autor: orientalizing

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 5)
Loading...
The following two tabs change content below.
mm

Katarzyna Boni

Reporterka. Specjalizuje się w pisaniu o Azji, spędziła na tym kontynencie ponad cztery lata pracując w Japonii, Chinach, Kambodży, Tajlandii, na Filipinach i w Indonezji. Współpracuje z Gazetą Wyborczą, Kontynentami, National Geographic, Podróżami i Kuchnią. Razem z Wojciechem Tochmanem wydała książkę "Kontener" o życiu syryjskich uchodźców w Jordanii. Autorka książki "Ganbare! Warsztaty umierania" o japońskiej rzeczywistości pięć lat po tsunami.