Usunęłam ciążę, gdy miałam 15 lat. Nie chciałam tego

Miałam 15 lat. Pierwsza wielka miłość, pierwsze kochanie i od razu pierwsza ciąża. Od razu. Obok nieobecny, pływający ojciec – gdzieś daleko w Brazylii. I mama – mała niedojrzała dziewczynka, którą to przygniotło do tego stopnia, że po prostu zaczęła umierać. I chłopak kochany, który mimo zapewnień, że damy radę, czułam, że w środku cały drży. Ja z resztą też.

 

Teskt pochodzi z listu wysłanego do redakcji. Autorka jest znana redakcji, jednak postanowiła pozostać anonimowa. Uszanowaliśmy jej decyzję, wiedząc jednak, że opowieść jest prawdziwa. 

Mama schudła, nie jadła, przestała się do mnie odzywać. Pamiętam, jak rzuciła mi talerzem z parówkami w twarz, gdy chciałam, żeby jednak coś zjadła, bo serce mi pękało. Rodzice chłopaka psychiatrzy zorganizowali wszystkim tonę uspokajaczy i załatwili skrobankę. Nie chciałam tego. Chciałam urodzić. Jednak stałam przed wyborem „śmierć matki” – „śmierć dziecka”.

Mój chłopak był kochany, ale mimo zapewnień, że damy radę, ja czułam, że w środku on cały drży. Ja z resztą też. On dziecko i ja też – co przechylało szalę wyboru jednak na stronę uratowania matki, nie dziecka. Miesiąc do 16 urodzin więc sama mogłam podpisać wyrok. Stojąc w kałuży krwi po przebudzeniu zobaczyłam pielęgniarkę, która szybko podbiegła i mnie troskliwie zaprowadziła z powrotem do łóżka. To była ostatnia troska, na którą sobie pozwoliłam wobec własnej osoby. Leżąc i czekając na wypis skrzętnie pozamykałam wszystkie drzwi.

Od teraz przez kolejne 24 lata prowadzić będzie mnie sztandar „pierdolcie się wszyscy – sama sobie poradzę”.

Kościół opuściłam już dwa lata wcześniej paradoksalnie dzięki mamie, która poleciła mi kilka książek Ericha Fromma. Więc wiedziałam, że nie tędy droga. Po powrocie do domu przykleiłam uśmiech do twarzy, serce zmroziłam do minus 50 jak na Marsie. Więc tak jak piszesz w swoim tekście – nie mogłam poczuć się zabójczynią, bo dopływ czucia zamroziłam, żeby przetrwać.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Pomogłem mojej dziewczynie usunąć ciążę.

 

Rodzice wysłali chłopaka do Anglii na całe wakacje, żebyśmy mogli o sobie zapomnieć. Udało się. Gdy przyjechał już nie potrafiłam się z nim spotkać. Potem przez lata unikałam wszelkich miejsc, gdzie mogłoby do takiego spotkania dojść. Za duży ból. Na nogi włożyłam glany i przeklinałam swój los za to, że obdarzono mnie urodą, gdyż cieszenie się swoją kobiecością było wówczas największym dla mnie koszmarem. Zakaz zbliżania się do mnie miałam wyryty na czole, do tego stopnia, że mężczyźni się mnie bali i nawet nie próbowali. Kobiety też. Przyjaźnie raczej w stylu orbity, dookoła, byle nie dotknąć centrum.

Przez kolejne lata budowałam w sobie nadludzką siłę, która umożliwia mi być niezależną i nawet uwierzyłam, że kocham być sama. Tworzenie ratuje mnie przed szaleństwem.

Na studiach spotykam mojego męża. Bezpieczny alkoholik. Na tyle nieobecny i podobnie jak ja bojący się bliskości i związania, że dajemy radę być razem. Gdy robi się za blisko, on ucieka w alkohol, a ja w sztukę. Doskonały duet. Tak naprawdę wielka miłość i niesamowita przygoda. W końcu przyjaciel.

Dorotka

Lądujemy na wsi. Jeszcze na studiach zaczynam pracę w wiejskiej kameralnej szkółce jako nauczyciel sztuki. Tam przykleja się do mnie Dorotka. Nie mijają dwa lata, gdy wkładam kij w mrowisko i Dorota wraz z bratem lądują u nas w rodzinie zastępczej. Klasyka przemocy i wszystkiego co najgorsze. Ja zbawicielka-odkupicielka. Dorota stanęła na drodze mojego życia i nie było odwrotu jak stać się młoda matką dwunastolatki. Coś mną tak zawładnęło, że żadne racjonalne pobudki nie miały głosu. Po chwili orientuje się, że ona ma dokładnie tyle lat, ile miałoby moje nienarodzone dziecko.

To było bardzo trudne rodzicielstwo. Ledwo dawałam radę, zupełnie nie na miarę mojego męża, szczególnie gdy urodziło się nasze dziecko, a Dorota zaszła we wczesną ciążę – mając 18 lat. Mój mąż zmyka do Anglii „pracować”, co jest początkiem naszego końca. Koło się zatoczyło. Znów jestem opuszczona, dodatkowo w roli swojej matki i też z trójką dzieci. Też nie daję rady. Stać mnie na tyle, że nie odtrącam Doroty ale uczciwie jej mówię, że nie dam rady. Rozpadający się związek, roczne dziecko na ramieniu, dojrzewający nastolatek (jej brat)… wszyscy po przejściach z bajzlem w emocjach.

Dorota dzielnie zajęła się sobą i znalazła przyjaciół wśród innych. Wspaniała kobieta. Ja ląduję na terapii. 10 lat psychoanalizy. Najlepsza inwestycja w swoje życie, jaką zrobiłam.

Po 24 latach mam sen, w którym śni mi się mój chłopak z przeszłości.

Budzę się i nic innego nie pragnę jak się z nim spotkać i pogadać. Spotykamy się. W trakcie spotkania cała drżę i dostaje krwotoku (mimo, że nie termin okresu). Płaczemy. Słuchamy się. Nie wierzymy, że to się dzieje. Przez kilka miesięcy żyjemy w nieświadomości – jakbyśmy mieli znowu po 16 lat. Jakbym się obudziła ze snu, w który wówczas zapadłam, by przetrwać i teraz budzę się i jest kontynuacja.

W imię jakiego Boga mieliśmy rodzić kalekie dziecko? – relacja ojca po aborcji

Powrót nie jest już możliwy. To już nie ta sama rzeka. Ale potrzeba nam było tego przytulenia po latach i wspólnego opłakania, tego czego nikt nam nie pozwolił opłakać wówczas. Długo mi jeszcze zajęło wybaczanie: sobie, jemu, jego rodzicom i moim. Mozolny, trudny proces konfrontowania się z bardzo szeroką gamą szarości. Łatwo żyć w czarno białym świecie, podzielonym na grzech i dobry uczynek. Lub w krainie lodu, gdzie nic nie czujesz. Trudniej żyć z tym wszystkim, co jest pomiędzy i z czuciem tego wszystkiego. A jeszcze trudniej po tym wszystkim pozwolić sobie być szczęśliwym.

Chyba dopiero od kilku lat zaczyna mi się to udawać. Wczoraj przeczytałam Twój artykuł. Bardzo mnie poruszył, jak widzisz. Postanowiłam pójść za impulsem i podzielić się z Tobą moja historią. Chciałam, żebys Ty to przeczytał, bo tego mi zabrakło w Twoim artykule. Historie tylko pozornie się różnią. Chciałam, żebyś wiedział, że to o czym napisałeś nie wyklucza tego, o co się otarłeś, a co szybko przysłoniłeś innymi odkryciami na swój temat – też prawdziwymi zapewne.

Strata jest stratą, śmierć jest śmiercią, zabójstwo jest zabójstwem, boskie decyzje o tworzeniu i niszczeniu też nazwijmy po imieniu. Zdrada, opuszczenie, zawód z powodu najbliższych są bolesne i nie bójmy się nad sobą zapłakać.

Tego typu historii nie wolno nam wrzucać w czarno-białe ramy. Tam jest cała złożoność przyczynowo-skutkowa i tylko drogą nieoceniania możemy je zrozumieć i sobie nawzajem wybaczyć. Częściowo to zrobiłeś, ale być może „nieczucie” o którym piszesz to właśnie te minus 50, które pozwala nam nie czuć tego co nas przerasta swoim bólem. Życzę Ci tego, żebyś do końca odkrył pełną skalę szarości, która w sobie nosisz w związku z tą historią. Bo wydaje mi się, że nie odkryłeś jeszcze wszystkiego. Każda skrobanka pozostawia bliznę. Każda. Tylko kobiety je mrożą do -50. Sądzę, że nie omija to również mężczyzn, tylko im może trudniej nawiązać z tym kontakt, co nie oznacza, że tego w sobie nie noszą. Pozdrawiam cię serdecznie.

 


Czekamy na Twoją wypowiedź: kontakt@mediumpubliczne.pl lub przez FB. 

red. Rafał Betlejewski
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 1)
Loading...