Maska – fragment drugiej części powieści Pasożyt

Pasożyt to moja pierwsza powieść. Jestem w trakcie zbierania środków społecznych na jej wydanie. Każda drobna kwota przybliża mnie do celu. Pod tekstem znajdziesz info, jak pomóc. Będę wdzięczny i z góry dziękuję.

A oto fragment powieści. To druga część, która opowiada o przemienieniu Michała Olendra z zakompleksionego malarza w półboga i guru krakowskiej bohemy.

 


Tak więc po wizycie Suki, Olender zamknął drzwi na klucz, a nawet zabił je gwoźdźmi dla pewności.

Oto zapis z notatnika Olendra z datą 30 czerwca 1993 roku:

Ja – to najperfidniejsze kłamstwo. Wmawia się nam to kłamstwo od dziecka. 

O, Olender też się zajmuje prawdą!

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Żyjemy w tyranii opowieści o sobie samych, bez możliwości świadomego stworzenia tej opowieści, z koniecznością przyjęcia na wiarę obrazu siebie wytworzonego przez innych. 

O, Olender zajmuje się tożsamością!

Tyranizowanie prawdą! Wierzyć, wierzyć! A przecież prawda to kłamstwo! Prawda to fałsz! Czemu miałbym wierzyć, że to kim jestem, to prawda?

O ileż piękniej, szlachetniej i dzielniej byłoby stworzyć prawdę o sobie od początku! Stworzyć o sobie kłamstwo! Prawdziwe kłamstwo! Gdybyż temu służyła szkoła! Gdybyż w procesie edukacji nie chodziło o odarcie nas z wszelkich iluzji co do tego, kim możemy być, a odwrotnie, zmuszenie nas do wymyślenia tego, kim chcemy być! 

Czemu nie milibyśmy móc kłamać o sobie? Kłamać tak, jak zapragniemy! Czyż to nie byłoby pięknie, gdybyśmy wstępując do podstawówki otrzymywali zadanie stworzenia kłamstwa na swój temat oraz pomoc w tworzeniu tego kłamstwa, gdybyśmy byli zachęcani do pracy nad stworzeniem iluzji siebie?

Wyobraźmy sobie, że matura byłaby egzaminem z tego kłamstwa. Nie z kłamstwa narzuconego nam przez innych, rodziców, czy otoczenie, ale z kłamstwa stworzonego dowolnie i od podstaw wedle własnego dizajnu. Stawałoby się do matury z twierdzeniem: jestem kosmitą, który przybył na ziemię, by krzewić pokój i piękno. A egzaminatorzy sprawdzaliby, jak dobrze to kłamstwo jest wymyślone, jak dobrze maturzysta zna swoją planetę, jej historię i jak dobrze jest przygotowany, do krzewienia piękna. Mogłoby nie być ocen, a tylko zaliczenie. Certyfikat mówiłby: Michał Olender zaliczył samego siebie do grona kolorowych artystów, którzy nigdy nie będą pracować w biurze. I od tego momentu świat musiałby uznać to za prawdę. Znikałyby wszelkie informacje o tym, że Michał Olender pochodzi z Nowej Huty, z matki która pracuje w kombinacie.

Zamiast tego jesteśmy zmuszani, by ciągle powracać do tego, co już było, kim byliśmy na początku, w paranoicznej obronie jakiejś “prawdziwej prawdy”… Pamięciowego wzoru siebie. Wszystko co nam pozostaje, to wypełnić własne buty wypastowane nam zawczasu.

Nawet mi się to podoba. Na kartach pamiętnika są czarne smugi, czasami tak wyraźne, że nie widać dokładnie przykrytych nimi liter. Gdy to pisał, był już zdaje się nowym sobą.

Wróćmy do jego pokoju po wyjściu Suki.

Olender wylazł zza szafy i spojrzał w ogryzek lustra, który miał na ścianie wklejony w plastelinowe ramki. Spojrzał i zamarł. Obraz przeszył go dreszczem. Nie rozpoznał siebie! W lustrze odbijał się ktoś inny! Zupełnie inny! Musiał patrzeć na siebie przez dłuższą chwilę, zrobić kilka grymasów, by zrozumieć, że to, na co patrzy to rzeczywiście jego twarz, choć nie jego, bo jakaś nowa! Teraz zrozumiał, dlaczego Suki nie dostrzegła jego twarzy z odległości kilkudziesięciu centymetrów patrząc przecież wprost na nią! Calusieńki był pokryty czarną plechą grzyba. Czarny, jak najczarniejszy Murzyn. A nawet czarniejszy.

Olender zbliżył twarz do lustra i oglądał się dokładnie. Studiował to fascynujące zjawisko. Jego twarz zupełnie zniknęła pod warstwą czarnego nalotu. Nie tylko twarz zresztą. Grzyb pokrył go całego, od stóp do głów, okrywając każdy centymetr kwadratowy skóry czarnym welonem o gęstym ściegu. Stało się z nim to samo, co stało się z Pipcią. Spojrzał na swoje dłonie: wierzchnie strony były czarne, pokryte drobnym futerkiem, jak dłonie Yeti. Zauważył, że sflaczały członek ciągle sterczy z rozporka i choć był to jedyny fragment białej skóry na jego ciele i on powoli czerniał. O dziwo Olender nie przestraszył się aż tak bardzo. Raczej zafascynował, a nawet poczuł radosne podniecenie. Jego skóra pokryła się pasożytem, który mógł go zabić, a on czuł podniecenie! Stał i patrzył w lustro zafascynowany. Wyglądał jak kłębek czarnej waty wbity w koszulkę i dżinsy. Białe gałki oczu błyskały demonicznie.

Wreszcie! Wreszcie miał na twarzy maskę! Wreszcie nie widział siebie! Wreszcie miał przed sobą kogoś nowego, kogo mógł wymyślić! Wyczuł intuicyjnie, że otwiera się przed nim pole do poszukiwań, że ukryty pod maską może stać się kimś wspanialszym. Kimś kogo zawsze pragnął. Kolejny poziom wolności. Zamiast strachu ogarnęła go euforia. Brzuch wypełniła moc. Olśniewające wizualne zniknięcie wydało mu się błogosławieństwem. Co za genialny moment, by wreszcie zaistnieć! Wydał się sobie zachwycający!

Pasożyt – pierwsza powieść Rafała Betlejewskiego (Crowd Funding)

Rozebrał się i stanął nagi przed lustrem. Nie mógł oderwać oczu. Jego skóra zazwyczaj biała i cienka jak pergamin, pokryta lekką niezdrową łuszczycą i siateczką fioletowych żył, okryła się jednorodnym czarnym futrem, nabierając zdrowego połysku. Skakał przed lustrem wydając dźwięki imitujące dzikie zwierzęta i śmiał się z samego siebie. Futerko było niezwykle delikatne w dotyku. Jak muślin, jak puch na kurczaczku. Olender podziwiał tę substancję: delikatna, ulotna, ciemna i nieprzenikniona. Dawała się zetrzeć ze skóry paznokciem. Usunięta szybko odrastała. Coś jakby druga, zastępcza skóra. Nalot, film z inną tożsamością. Jaką? Olender jeszcze nie był pewien. Ale wiedział, że wszystko zależy od niego. Był stwórcą samego siebie. Jakie to wspaniałe uczucie otrzymać maskę! Twarz prawdziwszą niż prawda. Zobaczyć wreszcie swój wizerunek, który odpowiada wyobrażeniom, zaspakaja ambicje, wydaje się realny! realniejszy niż realność! Wreszcie nie musieć zmagać się z tym czymś, co miało niby być prawdziwym “ja”, a było tylko jakąś formą z nadania, z urodzenia, od przypadkowych ludzi, którzy nazywali się rodziną. Otrzymać maskę, to jak obudzić się ze snu. Z koszmaru. Móc odrzucić to ja, które jest wynikiem społecznego szantażu. W swojej nowej skórze Olender poczuł się ukojony. Wreszcie był sobą – czyli nie tym, kogo udawał!

Wyjął z worka Głowę i postawił na stoliku, żeby i ona mogła patrzeć. Mlaskała z podziwem.

– Boże, co za ciężar spadł z mych ramion! – wykrzyknął Olender. – Czy widzisz Pipciu? – ale Pipcia nie odpowiedziała.

Był tak podniecony, że nie musiał jeść, nie musiał spać. Leżał na materacu rozbudzony, elektryczny, jak wilkołak czekający na pełnię księżyca. I gdy słyszał, że akademik pogrąża się w zmęczonym letargu, otwierał okno, wciągał w nozdrza świeże powietrze, po czym jednym susem wymykał się na wolność. Po drzewie. Jak Goryl.

Wiem to wszystko z pierwszej ręki. Jak się dowiedziałem? – wyjaśnię później. Grunt, że wiem.

Olender doznał niepojętego dla siebie wzmożenia siły mięśni i nagle nie sprawiało mu trudności, by zawisnąć na paralecie, by się podciągnąć, by podskoczyć, przeskoczyć i wspiąć się. Choć kto zaręczy, że nie był taki i przed Pipcią? Trudno powiedzieć, czy zawsze miał to w sobie, czy nagle nabrał sił. Odkrył, że z łatwością wspina się na mury, przeskakuje płoty. Jego ręce działały jak dźwignie, nogi jak sprężyny. Tłumaczył to sobie radością – bowiem czuł radość. Wypełniała go po brzegi jak ciemość wypełniała wnękę za szafą. Stawał nago przed regałem z książkami i chłonął cichą wilgoć płynącą z wnętrza – chłód grobowca, odświeżający powiew w upalnym czerwcu. A to był taki czerwiec, że schab straganiarkom skwierczał na ceratach, a szpilki pań kaleczyły asfalt.

– Patrz na mnie, Pipciu – mówił do szpar wypełnionych ciemnością – podobam ci się?

Wychodził późnymi wieczorami zupełnie niepostrzeżenie i całkiem nago. Czarny cień na tle czarnego nieba. Był tak zwinny, że prawie nie poruszał liści. Spora gałąź podchodziła pod jego okno – wyskakiwał na nią i zwinnie jak kot wspinał się wyżej. A z drzewa na gzyms dachu, a stamtąd już wprost w Kraków. Nietoperz punk. Wchodził po ścianach wynajdując wyrwy w cegłach, załamania tynku i wcale nie potrzebował drabiny. Miasto otrzymało dla niego trzeci wymiar – prawo, lewo i w górę – wymiar niedostępny dla większości z nas. Chłonął miasto i się nim bawił. Zawisał nad ulicami trzymając się rękoma blaszanych rynien i okapów, wspinał się po piorunochronach. Czuł, że jego mięśnie robią się mocniejsze. Bawiło go, żeby wisieć nad ulicą z nogami w powietrzu, dyndać nad przechodniami, których nieświadome niczego obcasy stukały o bruk. Bruk, od którego on się uwolnił.

Odkrył, że może zaglądać ludziom w okna – w te rozświetlone wewnętrznym światłem kwadraty, które zazwyczaj z poziomu ulicy są nieprzeniknione. Stawał na gzymsach starych kamienic i patrzył do wewnątrz, jak przez szpary między książkami. A czasem całkiem bezczelnie wstawiał łeb, gdy okno było otwarte. Jak sroka. Dziwił się tajemnemu życiu ludzi, które nagle mógł oglądać z bliska. Dziwił się i brzydził się. Intymność ludzka to jednak jest ohyda! Ludzie to ciała białe, kłębiące się w jamach kamienic jak larwy korników pod korą drzew. Ciała w gaciach, w podkoszulkach. Ciała pierdzące i owłosione. Zbliżał twarz do szyby i patrzył jak żyją – jak gotują, siadają do stołów, kładą się spać, kłócą, kopulują, rozmawiają ze sobą, śpią. Jak drążą domy od wewnątrz. Jak wgryzają się w czas swoimi spróchniałymi zębami. Ta nieoczekiwana możliwość podglądania, ten brak dyskrecji – elektryzował go i podniecał. A więc to tak żyje Kraków! Tak to wygląda od środka! Nagle mógł patrzeć na „zwyczajnych ludzi” – wprost na nich – samemu pozostając niezauważonym. Pomimo odrazy jaką żywił do ludzi, miasto wreszcie zaczęło sprawiać mu przyjemność, noc dawała możliwości. Można się było wspiąć, zakraść, przysiąść na gzymsie – bezkarnie. Wystarczyło mu zamknąć oczy chowając białka gałek pod czarnymi powiekami, by całkiem zniknąć…

– Nie ma nic piękniejszego niż czerwcowe i lipcowe noce pełne liszek i ciem. Niż te deszcze, które spadają z ciepłej chmury. Niż te kwiaty, które kwitną na trawnikach, te liście soczyste, jaśminy obłędnie pachnące, czarny brud gorących chodników – mówił do Głowy spoglądając na świat przez otwarte okno.

– Nie wiedziałem, że tak jest. A teraz idę z czarną twarzą w ciemną noc, niby dzikus lecący przez sawannę. Bosymi stopami rozgniatam soczyste badyle dzikich win, szkła i psie odchody. Zupełnie mnie nie widać w mieście słabo oświetlonym latarniami.

– Tak pięknie mówisz… – odpowiadała Głowa – prawie sam to widzę…

Zabawne, że wszyscy myśleli, że siedzi w pokoju. Dopiero dziś świat dowiaduje się o tym ode mnie. Kiedy ludzie koczowali pod jego drzwiami, on chodził po parapetach i zaglądał im mieszkań. Samo patrzenie przez okna też mu nie wystarczyło i w końcu zaczął włazić do środka mieszkań, jeśli widział, że wszyscy spali. Potrafił bezczelnie wejść przez otwarte okno na drugim lub trzecim piętrze wspinając się po rynnach i balkonach, by stanąć w sypialni nad łóżkiem obcych ludzi i podyndać im pindolem nad głowami. Myszkował po domach, otwierał szuflady, wdychał zapachy. Gość i świadek – jeszcze nie morderca. Mógł robić, co chciał, chwycić i zdusić śpiącą szyję… Wiedział o tym i zaczynał czuć na to ochotę.

Na razie zawisał niezauważony o centymetry od śpiących ludzi i studiował ich morfologię. Wyczuwał ciepło. Przyglądał się wystającym spod kołder nogom. Podniecało go, że był niezauważony. Z oczami przywykłymi do ciemności widział ich tak dokładnie, jakby paliły się światła. W głowie pojawiały mu się pomysły na psoty. Co by było – myślał – gdyby tak rzucił się nagle na któregoś z tych śpiących ludzi i przydusił do poduchy? lub gdyby zaczął wrzeszczeć nagle na całe gardło jak oszalały w pokoju jakiegoś starszego małżeństwa? Pozdychaliby ze strachu! Ale wyskakiwaliby z pierzyn! A gdyby tak sprzedał komuś klapsa na śpiącą dupę? Olender dusił śmiech… Gdyby tak nagle wskoczył pomiędzy te świńskie półtusze rozwalona na kołdrach, pomiędzy te poślady gołe, śmierdzące kołdry i wyrolował się na tych białych larwach jak dzieciak! Hahahaha! śmiał się beztrosko biegając po dachach, a nocne echo powtarzało za nim. Albo gdyby spadł na nich z góry i zaczął skakać po łóżku, wydając z siebie dzikie wrzaski jak Indianin, albo gdyby złapał śpiącego capa za ucho i wykręcił je i powiedział puci puci! albo gdyby zaczął smyrać pod pachami śpiącą babę? To wszystko było komiczne i nęcące! Cała paleta gorszących figli!

A jakże zabawnie oni spali! Jak sapali, jak stękali! Jak pierdzieli przez sen! Nadęte grubasy, tłuste kiełbasy! Wzdęte bebzony, zużyte kondony. Patrzył na nylonowe podkolanówki naciągnięte na balerony łydek, na gacie drące się na spasłych zadach, podkoszulki podjeżdżające na brzuchy, wielkie wybałuszone pępki jako puste oczodoły, które zdawały się gapić w sufity. Morskie świnie wyrzucone na brzeg. Morświny. Cała plejada gadów. Ciała odkryte, półnagie, walnięte na prosektoryjne łóżka. Był świadkiem wszelkich wstydów. Widział kobiety, które zasnęły z wibratorami w pochwach. Słyszał głośne pierdnięcia i mlaskania. Czuł mocz. Zachwycała go praca cielesnych fabryk. To fermentowanie wczorajszych posiłków. Żywe kompostowniki obżarte kotletami i kapustą. Słyszał jak się w nich miesza, przelewa i bombluje. Bulgoty słyszał, upusty gazów, beknięcia. Oddechy wydobywające się ze zbutwiałych ust. Wszystko nieświeże, zainfekowane wewnętrznymi chorobami. Nawet dzieci zdawały mu się chore. Zbyt gorące, zbyt poskręcane, niby jakieś larwy gorączkujące przed wykluciem. Dziwiło go, że ciała dzieci są takie napęczniałe, takie ciężkie, jakby nabite gorącym twarogiem. Chciało się je nakłuwać wykałaczkami i wydłubywać spod kołder jak spod płatów zbutwiałej kory. Wyczuwał unoszący się nad nimi zapach białej pleśni. Rzygać mu się chciało na widok dzieci.

– Po chuj oni wszyscy żyją? – zapytywał Głowy retorycznie.

W notatniku zapisał, że któregoś razu, naszła go ochota, by strzelić packą na muchy w obwisły polik jakiegoś urzędnika. Żałował, że nie ma takiej pod ręką. Pamiętał, że w mieszkaniu jego babki była taka packa, idealna do tej roboty: kawał grubej gumy w kształcie liścia lipy przydrutowany do prostego kija. Samoróbka. Pamiętał nawet dokładnie, gdzie wisiała: na pętelce zrobionej z dratwy, na gwoździku na bocznej ścianie kredensu. Babka go poprosiła, żeby jej wbił ten gwoździk i Olender wbił. Chłopcem wtedy jeszcze był. Zresztą packę też sam zrobił. Taką packą można się było sprawnie zamachnąć i lujnąć na odlew z zaskoczenia całkiem celnie. No cóż, nie miał jej jednak przy sobie tamtej nocy. Nie miał też pana Ciupagi, który ciągle siedział w policyjnym areszcie.

Pisał też w notatniku, że wielokrotnie go brało, by trzasnąć pasem przez dupę wystającą bezwstydnie spod kołdry. Męską lub żeńską. Bez różnicy. Ależ to by była heca! tak nagle wypalić pasem w czyjąś dupę w środku nocy! Jaki to byłby chlast! jaki hałas! Jaka błyskawica musiałaby się zapalić w mózgu przynależącym do tej dupy!

– Klient musiałby pierdolnąć na zawał! – mówił do Głowy, a ona potwierdzała.

– Sto procent!

– Wunderbar!

Zadać ból – to go kręciło. Upokorzyć. Niezasłużony, nagły, niewytłumaczalny, niesprawiedliwy ból. Ból z zaskoczenia. Czyż nie byłoby to działanie artystyczne? Bo przecież ten ból miałby tu znaczenie drugorzędne, drugorzędne w stosunku do artsystycznego wyrazu całości.

– Co cię powstrzymuje? – pytała Głowa.

– Strach przed szaleństwem – odpowiadał. – Oraz cisza.

– Cisza? – pytała Głowa.

– Tak, cisza. Cisza jest święta. Nie chcę przerywać ciszy, bo cisza mnie podnieca. Cisza jest goła.

– Wolę stać w cieniu – jak czarny kontur na ścianie – i wtedy zbiera mnie śmiech. Chichoczę w ciszy. Ramiona mi podskakują. O tak… – i demonstrował Głowie, jak mu ramiona podskakują.

– I nie korci cię, by przekroczyć tę cienką granicę dzielącą pomysł od realizacji, tę granicę za którą żart przemienia się w skandal po jednym prostackim geście?

– Nawet nie wiesz jak! – mówił Olender. – Ale jeszcze nie jestem gotowy.

– Może boisz się, że twoje ręka przejdzie przez dupę jak przez powietrze, że nie napotka oporu? Może po prostu wątpisz, że jesteś realny w tych domach pogrążonych w ciszy? Może boisz się, że oni tylko cię śnią? – pytała Głowa, a Olender patrzył na nią z podziwem doceniając przenikliwość. Ta Głowa miała umysł!

Ja też doceniam przenikliwość Głowy. Miałem takie doznanie po zarzyciu kwasa w Pracowni. Zdawało mi się, że moja ręka przechodzi przez przedmioty, które chcę złapać, jak ręka ducha. Ale o tym mówić będę jeszcze, bo nie chcę wyprzedzać wypadków, boję się, że wszystko mi się chronologicznie rozjedzie i nawet moje ukraińskie Kurwy nad tym nie zapanują – powiem tylko, że pamiętam jak moja ręka przechodziła przez powietrze, choć chciałem złapać Urszulę za rękę. Nie potrafiłem jej pochwycić, choć celowałem w nią starannie… Zrozumiałem wtedy dwuznaczność uduchowienia: żart to czy koszmar zależy od tego jak realne jest doznanie.

Oczyma wyobraźni widzę Olendra, stojącego w takim ciemnym pokoju nad śpiącymi ludźmi i myślę nad tą figurą. A w zadzie wiem, co czuję, gdy tak na niego patrzę. Otóż chyba mu zazdroszczę. Wyobrażam sobie, że to ja tam stoję, że to ja chłonę ciszę obcego domu napawając się moją wszechmocą. Czuję jego podniecenie, czuję ten wewnętrzny dygot, tę chęć działania i to słodkie odprężenie, które pojawia się na sekundę przed śmiertelną walką. To musiałoby być fajne, tak postać nad kimś w jego mieszkaniu. Niby cię nie ma, a jednak jesteś. Nikt cię nie widzi, a jednak w każdej chwili możesz zostać odkryty. Jesteś w środku, a ciągle na zewnątrz. Przynależysz, a jednak jesteś wykluczony. Nic nie możesz, a możesz wszystko. Nikt cię nie zna, a jesteś najważniejszy. Tym byciem niebyciem w sposób najpełniejszy wyrażasz prawdę chwili.

Czyż miejsca, w których groźba kompromitacji jest najsilniejsza, nie oferują nam najpełniejszego odprężenia? Istnienie w krystalicznej formie, przebywanie przy samej granicy bez przekraczania jej, nieprzyzwoitość bez konsekwencji. Czyż nie tym jest teatr? Miejscem, w którym za wizualizację perwersji nic nie grozi… w którym rzeczywistość wyobrażona nigdy się nie zmaterializuje, choć można na nią patrzeć?

Jakaż to musi być przyjemność znaleźć się w przestrzeni nadzorowanej przez zwyczaj i prawo, podczas gdy strażnicy leżą nieprzytomni. Móc bezprawnie dotykać przedmiotów, poruszać się po dywanie, wąchać ubrania, lizać długopisy lub broszę, która należy do kogoś innego. Mieć świadomość, że można zdusić w kołysce niemowlę nie zakłócając ciszy i wyjść pozostawiając trupa rodzicom do odkrycia o poranku. To musi być potęga! I mieć przy tym wrażenie moralnego uzasadnienia. Głęboką wiarę, że ma się prawo „być”, że zamykanie przestrzeni przed „byciem” jest zawsze formą niesprawiedliwości, której należy się przeciwstawić. Korzystać z podstawowego prawa do zajmowania miejsca w przestrzeni. I na podłodze. Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym? Ciało to zjawisko przestrzenne. Musi się gdzieś znajdować! Zawsze! Nie ma chwili, by ciało mogło przestać zajmować jakąś przestrzeń i tej przestrzeni nie można mu odebrać! Czyż to nie fenomenalne odkrycie? Niby oczywiste, a jak doniosłe! Czy nie z tego rodzą się impulsy do przekraczania granic? Ciało jako źródło moralności…

Ale tak naprawdę, to marzy mi się, by nocą zakraść się do własnego mieszkania na szóstym piętrze i stanąć w ciemności z packą na muchy nad własną grubą dupą wystającą spod pościeli. Marzy mi się, by popatrzeć na własne gacie zwisające z mojej wlasnej dupy, by usłyszeć jak pierdzę. Widzę siebie, jak rżnę packą we własną dupę. Słyszę to głośne plaśnięcie i ten krzyk, który rozlega się w ciemności – to ja krzyczę! Ten gruby cap, który zrywa się spod kołdry, zeskakuje jak oparzny z szezlonga, flupocze fałdami tłuszczu, to ja! A ten drugi ja, ten nocny chwat, leje znowu w ten gruby zad, raz za razem, metodycznie i mocniej, i mocniej, i chlast, i prast i szast, podczas gdy ten pierwsz ja, ten gruby cap, lata wokoło jak giez. Nogi mu się rozjeżdżają pod własnym ciężarem. Co za świnia! Gruby knur! W pysk go leję! Piszczy jak prosię! I jeszcze raz go w pysk, ale już nie pacją na muchy, ale pindolem! Widzę, jak się wali pod własnym ciężarem na dupę, jak siada bezbronny pod ścianą, a ja nad nim staję i go leję kutasem po twarzy. Chlast i prast i szast! Taraban, gwałt i rety. Cap, znaczy ja, piszczy jak zarzynany knur, rwie się, skacze. Leci na oślep, przewraca meble – co za rozjuszona świnia! Na skórze zapalają mu się czerwone pręgi od razów niczym róże zakwitające na śniegu. A ja leję dalej – ja, czyli ten chwat, ten kat. Moje ukraińskie Kurwy się budzą, chwytają mnie – tego capa grubego – i przytrzymują. Nadstawiają dogodniej do lania. Więc leję! Leję z całej siły w to dupsko śmierdzące! Wymierzam mu, czyli sobie, karę za całe to gnuśne życie, za tę stęchliznę, za ten wstyd. Leję w ten ryj nieosłonięty maską. W ten goły ryj.

– Czemuś nie potrafił być aktorem!? czemuś nie potrafił nic odegrać!? czemuś żył z taką banalnie odsłoniętą twarzą. Żył i nadal żyjesz. Czemuś nie potrafił kłamać!!!

Maska… cóż to za fenomenalne zjawisko. Albo fundamentalne. Podniecony myślami o laniu, jakie sprawiłem sam sobie, zwlekam się z szezląga, człapię do łazienki i patrzę w lustro. Patrzę i myślę – czy ja kiedykolwiek dopracowałem się maski? czy potrafiłem być kimś innym? Proszę nie traktować tego jako dziecinne pytanie, to jest pytanie kluczowe: czy ja potrafiłem kiedykolwiek się stworzyć?

Patrzę na tę swoją twarz z odległości pół metra. Przyglądam się jej tak, jak Suki przyglądała się twarzy Olendra i widzę wyraźnie, że żadnej maski nie mam. To strasznie frustrujące mięc taką gębę, tak paskudną, rozlaną gębę, która nie jest maską! A widzę każdy szczegół. Zmarszczki, pory, wypryski, włosy rosnące na uszach. Kratery meteorytów, które żłobią powierzchnię. Widzę każdy przykry grymas. Ślady po truciznach. Widzę osady. Widzę, zgorzknienie, samotność tysięcy mil samotnej podróży. Widzę chamstwo i okrucieństwo. Wszystko jak na dłoni – znaczy twarzy. Wszytko, oprócz fałszu.

Proszę nie zrozumieć tego źle. Nie ma w tym żadnej pochwały. Brak fałszu na mojej twarzy nie świadczy o uczciwości. Świadczy o porażce. Nigdy nie potrafiłem żyć jak człowiek, który ma na siebie pomysł… jakże to wytłumaczyć… nigdy nie potrafiłem wykreować z siebie nic więcej, niż to, co mi dano. A to jest za mało! To jest o wiele za mało! To jest porażka. A przecież wszystko mogłem! Miałem tę gębę do dyspozycji, mogłem sobie jakąś maskę wymyślić, miałem moce twórcze, potrafiłem myśleć, mogłem przekształcić tę mordę w coś innego, wartościowego. Ale ja się bałem.

Bałem się skłamać.

Dlatego właśnie tak bardzo mi zależy, byście zrozumieli, że wszystko co tu piszę, jest prawdą. Inaczej się tego nie pojmie. A pojąć przede wszystkim trzeba, że ja nie potrafię kłamać! Mówię tylko prawdę, a prawda to największe kłamstwo!

Patrzcie na ten mój ryj! Nic ta moja twarz nie wnosi, nic nie obiecuje, nie fascynuje, nie frapuje. Nikt nie chce jej uwieczniać na obrazach. Wystarczy spojrzeć na moje zdjęcia, których nota bene nie znoszę. Wyglądam na nich jak człowiek, którego nie powinno być! Moje zdjęcia to zresztą kolejna porażka!

Czasem wpadają mi w ręce zdjęcia, na których jestem – mam ich trochę w klaserze. Występuję tam w różnych pozach, wśród ludzi – czasami zwyczajnie nie udało mi się uciec na czas z kadru. Patrzę na siebie i zaskakuje mnie, że w ogóle tam jestem. Jakbym pojawił się dopiero na odbitce, post factum, duch zmaterializowany. Widzę, że to ja, ale wydaje mi się to jednocześnie niemożliwe, gdyż wyraźnie widzę, że jestem jedynym na zdjęciu, w którym nie ma żadnego fałszu! Jestem jedynym, który wygląda jak on, bez żadnej kreacji. Jakbym składał się tylko z jednej warstwy – miał tylko jedną twarz. Wiem, że pewnie nikt nie rozumie, co chcę powiedzieć, ale sprowadza się to do tego, że wstydzę się tej swojej jednowymiarowej mordy i wyłażącej z niej prawdy. Odwracam od siebie wzrok, nie mogę patrzeć na tę ordynarność. Taka twarz prawdziwa… Bez maski… to tarz nie do zniesienia.

Spróbuję pociągnąć ten temat, skoro już zwlokłem się z szezlonga i stoję przed lustrem na drżących nogach. Moje ciało rozłazi się jak miękki wosk. Naciągam palcami skórę na polikach – przekrwione oczy wyłażą na wierzch. Współczuję tym moim Kurwom świętym, że to ze mną muszą obcować – z człowiekiem, pozbawionym czaru – czaru, czyli kłamstwa. Wiem, co prawda, że one same coś na mój temat sobie stwarzają, żeby mnie jakoś zakryć przed sobą i robią to dla swojej własnej wygody, dla własnego zdrowia, bo patrzenie na mnie nie jest przyjemne. Ale taka maska narzucona z zewnątrz, taka maska techniczna – coś jak fartuch w szpitalach – nie jest trwała. Zaraz opada i moja prawda kanciasta wyłazi spod spodu, co nie może być przyjemne.

Czy ktoś to rozumie?

To takie proste! Maska jest jedynym środkiem do wyrażenie prawdy – bez maski prawdy nie ma. Jest niema! – o, to ładne. A prościej mówiąc – maska jest prawdą.

To Olender, nie ja, odniósł sukces – to on zaistniał nie ja, bo to on przywdział maskę. Ja jestem nieistotny – dziś to doskonale rozumiem – ale nie dlatego, że „nic we mnie nie było”, a dlatego, że niczego nie udawałem. Nie udawałem, bo nie potrafiłem się odważyć. Byłem prawdziwy – a ta prawda nieosłonięta ulegała natychmiastowej kompromitacji i dziś jest zeżarta jak stalowy bolec wsadzony w kwas. Ścierałem się na pył, gdyż nie miałem żadnej zasłony, która mogła by uchronić mnie przed erozyjnym wpływem czasu. Nie niszczeją ci ludzie, którzy potrafią siebie dla siebie wymyślić. Od początku. Którzy umieją zasłonić się swoim manekinem, protezą siebie. Ta proteza daje im dystans do rzeczywistości i osłonę przed wodą i deszczem. Dystans jaki tworzy się pomiędzy manekinem a „prawdą” to właśnie miejsce, w którym można funkcjonwać. Nie da się tego zrobić na widoku! Twarz wymaga kamuflarzu – inaczej nic nie wyraża. Ciało wymaga kamuflażu inaczej jest zbyt paskudne. Prawdziwa przestrzeń życiowa to dylatacja pomiędzy duszą a twarzą. W tej szczelinie jest wystarczająco dużo miejsca, by się wyciągnąć nago na piasku i wystawić na chwilę do słońca, wiedząc, że nikt nie widzi. Ja tego nie miałem. Mnie ciągle było widać. A przez to ciągle się wstydziłem.

Czuję się taki wydotykany, taki wymacany przez setki rąk, oczu, które miały zawsze bezpośredni dostęp do mojej skóry. Nie zasłoniłem się, to zawsze byłem ja. Ten zwyczajny, prosty ja. Przeżuwali mnie zębami oczu, połykali przełykami oczu, wypluwali i macali. To mnie, a nie manekina, mnie! Obracali mnie w swoich wilgotnych ustach. Mnie dosiadali, wałkowali, rozcinali na fragmenty. Mnie! Żadną lalę, żadnego manekina, żadnego grzyba. Żadnej maski. Ja. Zawsze ja! Prawdziwy ja!

Ale to nie było najgorsze! Najgorszą torturą dla człowieka nieosłoniętego maską jest jego własne spojrzenie? Może to własne spojrzenie kaleczy najdotkliwiej? Dźgam się w tę swoją twarz i kaleczę własnym spojrzeniem. Dziś już mnie to nawet nie boli. Dziś mnie to już tylko śmieszy. Myślę o tym, by nastawić czajnik na herbatę.

Prawda to kłamstwo. Nic nie jest tym, czym chce być, gdyż zawsze jest czymś zgoła odwrotnym.

Olender miał czelność odkryć swój fałsz. Zobaczył w lustrze maskę. Umiał zrozumieć i docenić ten kluczowy moment, w którym ją dostał. Może dlatego, że był artystą? Może dlatego, że był szkolony i rozumiał grę formy z treścią.

A może dlatego, że odważył się zgwałcić kobietę.

Oddaję mu hołd. Mnie nigdy nie było na to stać, nigdy bym się nie odważył. Nie potrafiłem stać się dla Urszuli prawdziwym mężczyzną – Gorylem, Gwałcicielem

Rzeczywistość kreowana jest przez akt wiary.

Wesprzyj autora red. Rafał Betlejewski
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (brak ocen)
Loading...

Postanowiłem wydać tę książkę sam. Nie chcę nikogo obciążać potencjalnymi skandalami.

Potrzebuję około 20 000 złotych.

10 000 złotych kosztować mnie będzie zlecenie profesjonalnej korekty u korektora literackiego oraz złożenie książki do e-booka. Około 10 000 złotych potrzebuję na promocję książki. Moim celem jest sprzedaż 1 500 e-booków, co pozwoli mi sfinansować wydanie papierowe książki na jesień.
Stan mojej zbiórki na 17 kwietnia 2018 to 2.500 złotych.

Proszę o wsparcie finansowe tego wydania:

Wpłaty:
paypal.me/pools/c/82TyuFzEn4

Lub po prostu przelewem na konto:
mBank: PL 18 1140 2004 0000 3102 5784 2286

Każdy, kto dokona wpłaty otrzyma plik z gotowym wydaniem.