Typ zaatakował nożem kobiety, bo mu zwróciły uwagę. Białystok. Polska.

Zwyczajny dzień w Białymstoku. Dwie kobiety zwracają uwagę mężczyźnie na źle zaparkowany przez niego samochód. Odchodzą. Mężczyzna dogania je kilkadziesiąt metrów dalej, zadając kilka ciosów nożem. Napastnika obezwładnia przypadkowy przychodzień, do akcji wkraczają policjanci. Zaatakowane trafiają do szpitala. Rany jednej z nich przypominają rzeźnickie podcięcie gardła.

Lekarze zszywają szyję, podwiązują krwawiące naczynia, zakładają opatrunek. Mężczyźnie postawiony jest zarzut usiłowania zabójstwa. Tak w skrócie opisać można drastyczny przykład powszechnie znanego zjawiska road rage. To inaczej wściekłość, a dokładniej jej upust w kontekście ruchu ulicznego. Agresja kierowców, lub rzadziej – pieszych – przybiera coraz ostrzejsze formy, których smutnym finałem może być w końcu głupia i niepotrzebna śmierć.

Internet pełen jest nagrań, ukazujących irracjonalne zachowania kierowców – zajeżdżanie drogi, gwałtowne hamowanie, przekleństwa, groźby, czy bójki. Bywa, że pojedyncze nagranie ciągnie się minutami, dokumentując sukcesywne łamanie przepisów, brawurową jazdę, czy próbę zemsty za błahy, acz nieostrożny manewr. Według fundacji Vinci Autoroutes, zajmującej się, najogólniej, ruchem ulicznym, aż 80% Europejczyków obawia się takiej formy agresji, przy czym ponad połowa doświadczyła jej w życiu codziennym! Badania fundacji wskazują niestety na mały samokrytycyzm wśród respondentów – winę, za wypadki drogowe, ponoszą ich zdaniem głównie inni uczestnicy ruchu, którzy jeżdżą nieodpowiedzialnie (Polacy), nerwowo (Szwedzi), agresywnie (Brytyjczycy), a nawet niebezpiecznie (Francuzi), podczas gdy oni sami prowadzą auta uważnie (Grecy i Włosi), spokojnie (Holendrzy), a nawet uprzejmie (Brytyjczycy). Znane nam z codzienności opinie znajomych, którzy byli świadkami nierozważnej, czy niebezpiecznej jazdy, dowodzą wynikom badania. Po stronie winnych jest zawsze zbyt wolny, czy niezdecydowany kierowca, uniemożliwiający dotarcie na czas do celu – dlatego klniemy, oraz trąbimy, czy wychodzimy z wściekłości z auta (szczególnie w Polsce), dając jasno do zrozumienia, kto jest kim na drodze.

Agresja wydaje się być zjawiskiem, którego częstość występowania jest narastająca w czasie. Poczucie bezkarności, tak zwanej asertywności, rozumianej w Polsce jako harde stawianie na swoim, czy brak samorefleksji, opisuje aż nazbyt dobrze sporą grupę nie tylko dorosłych, ale i dzieci. Z obawy przed jawną napaścią fizyczną, a nawet cielesną, nie zwracamy uwagi na zachowania jeszcze przed laty określane jako zwyczajnie złe, relatywizując to, co dobre, lub nie, w oparciu o własną wygodę. Zwykła rozmowa z palącymi, czy plującymi pod blokiem reprezentantami młodzieży, skończyć się może pyskówką, lub jawną groźbą. Dbając o bezpieczeństwo wycofujemy się, komunikując powszechnie swoją bezradność oraz bezsilność w obliczu chamstwa. Cham tymczasem obrasta w pióra, dorasta i nieokiełznany, nabywa na stałe umiejętności siłowego rozwiązywania problemów. Road rage uwarunkowany jest kulturowo, a kulturę wynosimy między innymi z domów. Zdaniem dr Leon’a James’a i dr Diane Nahl, psychologów studiujących zjawisko, pasażer pojazdu nabywa swoistych mechanizmów reagowania poprzez kierowcę. Obserwuje on jego reakcje, przysłuchuje się komentarzom i współuczestniczy w zdarzeniach, wyzwalających konkretne emocje. Dziecięce parodie, obecne w zabawie, nie zmuszają niestety do większej refleksji – dorośli bawią się kalką własnych zachowań w atmosferze powszechnej pobłażliwości. Wizerunek kierowcy, demonstrującego środkowy palec, czy karne naklejki, są synonimem kary, którą uczestnik ruchu zmuszony jest zawsze wyznaczyć. Wszak na reakcję ma mało czasu. Spotkania na drodze należą bowiem do krótkich, incydentalnych zdarzeń – stąd presja działania na gruncie sekundy. Owe „tu i teraz” przypada niestety na zenit emocji, a te, jak wiadomo, są kiepskim doradcą. Co ciekawe, agresja w ruchu ulicznym rzadko kiedy wyzwala refleksję. Jej upust jest zwykle racjonalizowany, niezależnie nawet od formy, jaką przybierze. Uzasadnieniem reakcji jest błąd uczestnika ruchu. Gdyby nie on, nie doszłoby do niczego.

Samochód jest przedłużeniem domu, antropomorfizowany – staje się członkiem rodziny, a więc czymś ważnym i wartościowym. Marka i model wyrażają charakter i temperament kierowcy. Bywają uzewnętrznionym ego. Mało jest przy tym miejsc, gdzie możemy czuć się swobodnie. Na nieskrępowane zachowanie pozwalamy sobie najczęściej w kabinie prysznicowej, oraz – bez niespodzianek – w samochodzie. Nasze reakcje nie muszą być tam hamowane, komentarz bywa dosadny. Wszak jesteśmy u siebie i wolno nam robić to, na co mamy ochotę. Gdy więc sytuacja na drodze niemile nas zaskakuje, odpowiadamy w sposób wolny od ograniczeń. Jedynym buforem bywa pasażer, tonujący emocje, jednak i jemu najczęściej udziela się nasza wściekłość. Przyzwolenie na reakcję przypomina o porzekadle, jakoby nic nie jednoczyło nas bardziej, od wroga. Polaryzacja ról ma tu oblicze nieomal plemienne – jestem ja, i mój dom (auto), oraz ty, naruszający granice. Wykroczenie takiego kalibru nie może pozostać bezkarne, szczególnie w sytuacji mężczyzny (przysłowiowego samca alfa), który zarządza majątkiem (samochodem). Z tej perspektywy, przynależnej zwierzętom, wściekłość na drodze jest dobrze uzasadniona. To kwestia terytorialna, a więc fundamentalna, wymagająca zaangażowania.

Bycie kierowcą utożsamiane bywa z wejściem w dorosłość, szczególnie w przypadku mężczyzn. I jest przyjemne. Większość z nas lubi prowadzić samochód, mieć spore poczucie kontroli, oraz sprawczości w działaniu. Oczywiście nie ma róży bez kolców. Kierowanie pojazdem jest jednocześnie czynnikiem stresogennym. Abstrahując od niebezpieczeństwa, związanego z potencjalnym wypadkiem, cel jazdy, jakim jest zwykle dotarcie z punktu A do B, bywa niełatwy do osiągnięcia. Korki, roboty drogowe, usterki, czy inne pojazdy bywają przeszkodą w dotarciu na miejsce, co skutkuje przykrym poczuciem utraty kontroli, oraz frustracją. Wszyscy znamy uczucie, gdy spiesząc się do domu, lub pracy, napotykamy wolno jadący pojazd, jak gdyby celowo utrudniający nam jazdę. Powściągnięcie emocji jest w takich przypadkach istotnie trudne. Podejrzewanie innych o złośliwe, intencjonalne działanie jest wówczas najszybszą, choć uproszczoną formą reakcji, podobnie jak każda teoria spiskowa. Nasza złość ma więc desygnat, co ułatwia jej upust – w ruch wchodzi klakson, nadmierna gestykulacja, krzyk i wyzwiska. Z drugiej strony – dość trudno przychodzi, z poziomu pojazdu, wyraz skruchy za błąd. Jak zakomunikować „przepraszam”? Mrugnięcie światłami jest wieloznaczne. Mrugnięcie w kontrze do błędu jest także mało proporcjonalne i wymaga ulicznej rekompensaty. Pożywka dla road rage napływa tym samym z każdej ze stron. I trudno, bez wglądu w kulturę, cokolwiek na to poradzić.

Wesprzyj #Medium

Rozwiązaniem problemu byłaby pełna automatyzacja ruchu ulicznego na świecie. Przeniesienie potencjalnych agresorów do samochodów poruszających się bez kierowcy zredukowałoby częstość zjawiska do zera. Niewielu z nas słyszało pewnie o train rage, czy bus rage, a więc wściekłości towarzyszącej podróżowaniu pociągiem, czy autobusem. W owych środkach transportu nie ma miejsca na złość, jako że z przewoźnika, zamieniamy się łatwo i nad wyraz łagodnie w przewożonego. Może to kwestia komfortu, lub świadomości podróży publicznej, tonującej emocje? Trudno powiedzieć. Czy jednak ludzie gotowi będą odstawić na bok przyjemność, jaką jest właśnie kontrola i sprawczość, wynikająca z jazdy? W obliczu tych wszystkich emocji, czy szaleństw, o których słyszymy, bądź których jestem naocznie świadkiem na bloku operacyjnym, trudno mi w to uwierzyć.

Sebastian Kuklo

plg specj. anest i int. terapii

mgr oligofrenopedagogiki

The following two tabs change content below.