Ważny film Sekielskiego – szacun i niedosyt. Oraz niesmak.

Obejrzałem właśnie film Sekielskiego o pedofilii w kościele (dostępny od dziś w serwisie YT). Oczywiście jest to film bolesny i ważny, ma kilka dramatycznych scen – ale tego spodziewaliśmy się po temacie. I w sumie film pozostawia jednak pewien niedosyt.

Przede wszystkim należy powiedzieć: wreszcie! Wreszcie dziennikarz głównych mediów miał odwagę, by podjąć ten wyjątkowo trudny i niewdzięczny temat. Trudny emocjonalnie, gdyż trzeba zetknąć się z wielkim cierpieniem, ale i trudny zawodowo: trzeba się podjąć krytyki instytucji będącej w Polsce „nietykalną krową”, posiadającej pieniądze, wpływy, rzeszę wyznawców i rząd dusz. A do tego trzeba odwagi – nic więc dziwnego, że do tej pory nikt tej odwagi nie miał, a za autorami nie stoi żadna organizacja medialna. Musieli działać sami. Osamotnienie Sekielskich uzmysławia chociażby sposób w jaki Monika Olejnik przeprowadziła wywiad z Jażdżewskim, autorem krytycznego wystąpienia na temat Kościoła sprzed kilku dni: pełen pretensji i złości. Dzisiejsza premiera pokazuje dwie rzeczy: dziennikarze porywający się na Kościół pozostają osamotnieni. Z drugiej strony, fantastyczny wynik oglądalności filmu: kilka milionów w kilkanaście godzin, pokazuje olbrzymi głód Polaków. Głód prawdy o instytucji, która wdziera się we wszystkie aspekty życia. I za to szacun. Dobrze, że taki film wreszcie powstał.

 

Olbrzymi szacun dla osób dotkniętych molestowaniem, które chciały w filmie wypowiedzieć się do kamery. Ich wyznania „robią” ten film i dają mu wiarygodność. Pokazują też, jaką ci ludzie mają w sobie moc.

A teraz niedosyt. Otóż, przede wszystkim chciałoby się, by film Sekielskich szedł głębiej, pokazywał szerzej, odsłaniał odważniej. By towarzyszyła mu większa skala dziennikarskiego śledztwa. Nie czuje się w filmie Sekielskich skali zjawiska pedofilii w Kościele. Nie wiadomo, czy problem dotyczy kilkunastu księży, wszystkich księży, całego systemu kościelnego, czy kogo? Nie jest to film, na skalę takiego śledztwa jak Spotlight lub takiej dziennikarskiej pracy jak Sodoma. Nie ma ujawnienia. Nie ma w nim tej dziennikarskiej pracy, która pozwoliłaby odkryć mechanizm ukrywania pedofilii w kościele, wykryć prawdziwych winowajców. Nie ma głównej osi, jakby zabrakło naczelnego pomysłu: czy opowiadamy o doświadczeniu ofiar, czy odsłaniamy poszczególne przypadki, czy staramy się dojść do setna zbrodni systemowej. Wszystkiego jest wiec po trochu.

Wesprzyj #Medium

Nie ma też, przynajmniej ja tego nie odczułem, ilustracji realnej władzy jaką kościół ma na tak zwanej polskiej prowincji, a co za tym idzie swobody jaką mają księża w wykorzystywaniu bezbronnych i często oddanych na ich łaskę dzieci. Można w sumie odnieść wrażenie, że to film o ludziach osamotnionych którzy donoszą na schorowanych staruszków. Ofiary nie tworzą żadnego ruchu, żadnej siły, ma się wrażenie że tkwią w próżni, tak zresztą jak i sam autor filmu. Pomiędzy wierszami tego filmu przebija wrażenie, że jest to temat nie do ruszenia, że kościół jest zbyt potężny, że osamotnienie Sekielskiego jest całkowite. Być może zresztą nie jest to zarzut do filmu, a obraz momentu, w jakim znaleźliśmy się jako kraj i społeczeństwo. My wszyscy jesteśmy bezradni wobec tej instytucji i tych ludzi. Oni (biskupi, hierarchowie) mogą się nam wszystkim śmiać w oczy. Tak jak to dziś zrobił Sławoj Leszek Głódź odpowiadając na pytanie dziennikarza, czy oglądał, słowami: Wczoraj miałem inne zajęcia, nie oglądam byle czego.

On nie ogląda byle czego. Koszmarna arogancja tego stwierdzenia jest tym bardziej uderzająca, że w filmie oskarża się go o krycie przestępstw księdza Cebuli, kapelana Wałęsy. I to jest ten niesmak.

Pomimo zastrzeżeń, a raczej niedosytu, że chciałoby się mocniej, oczywiście polecam, gdyż jest to poważny głos w tej debacie. Podziwiam Sekielskiego, za to że podjął tę pracę, zmierzył się z tematem i z odium jakie na niego spadnie. Jaką mainstreamowy dziennikarz bardzo wiele ryzykował. Można mieć tylko nadzieję, że ktoś pociągnie temat.


#Sekielski #tylkoniemownikomu