O „Serotoninie” Houellebecqa i nie tylko

Rzecz kończy się beznadziejnym nic-niedzianiem się. Pesymistycznym wyciszeniem. Powodzią melancholii, która nasączała powieść już od samego początku, bardziej wyraźnie niż dotychczas.

W okolicach matury czytałem wywiad z Krzysztofem Zanussim, który skarżył się, że nie ma już teraz wielkiej literatury, na którą „inteligent” czekałby z zapartym tchem. A mówił, że pamięta, cóż, szacunek, był wtedy bardzo młody, jak czekano na „Doktora Faustusa”. Nie jestem szczególnym fanem większości późniejszych niż z c.a. roku 1980 wypowiedzi i twórczości Pana Zanussiego, ale wszystko mówiło mi, że w tym przypadku tak sprawy się mniej więcej mają, dlatego wchodząc w pełnoletność zacząłem uzupełniać braki z tzw. klasyków, w tym nowoczesnych (tak gdzieś do Burroughsa i do Cortazara), przerywając to dosyć wyrywkowymi, czasem z obowiązku (np. warto poznać jednak powieść laureata Nike) książkami współczesnymi – które na ogół przekonywały mnie, że chyba tutaj Zanussi miał rację.

Na szczęście nie byłem w tym sentymentalnym, retro-modernistycznym nastawieniu do końca konsekwentny, bo inaczej ominęłoby mnie, może i do dzisiaj, parę książek, opublikowanych pod koniec tysiąclecia, które zdecydowanie pokazały, że wiadomości o śmierci literatury jako medium zdolnego przekazywać treści aktualne i poważne, o sporej sile rażenia były przesadzone.

Wśród tych kilku bardzo różnych pozycji, m.in. W.G. Sebalda, Bolano, Mariasa, „Cząstki elementarne” były pod względem „artystycznym” prawdopodobnie najsłabszą. Nie ma porównania do najwybitniejszych anty-utopii Orwella czy Huxleya, klasyki „nihilizmu” takiej jak np. „Podróż do kresu Nocy” czy wreszcie powieści egzystencjalistycznej w rodzaju „Mdłości” czy „Obcego” – a mimo, że Houellebecq kreuje się niekiedy i sam przez swoich fanów bywa kreowany, na pisarza „XIXwiecznego” to najbardziej oczywiste punkty odniesienia. Kluczowe wątki: neuroza, frustracja seksualna, klęska pokolenia „maja 1968”, opresja ze strony stechnicyzowanej, pozornie liberalnej i permisywnej rzeczywistości, „polityczna niepoprawność” połączona z dwuznacznym stosunkiem do porządku dawniejszego i bardziej konserwatywnego: wręcz nostalgicznym (co sprawia, że M.H. bywa lubiany przez polską reakcyjną prawicę), ale jednak ostatecznie na niby (bo narrator jest jednocześnie zbyt inteligentny i wykształcony, by nie wiedzieć, że jest on tylko projekcją współczesnego kontrrewolucjonisty, a jednocześnie zbyt już zblazowany i „zdemoralizowany”, nazbyt przesiąknięty tą rzeczywistością, której nienawidzi) – to wszystko wydaje się już wyświechtane, zanim stało się nowe. Niezbyt oryginalny sposób prowadzenia narracji – na co autor ma zawsze cudownie prostą odpowiedź: nie mam co pisać „subtelniej” o rzeczywistości, bo nie jest ona subtelna, a nie chcę oszukiwać czytelnika.

A jednak!

Jak napisał pewien amerykański recenzent, „Nevermind” Nirvany w zasadzie była mało odkrywczą, dość zwykłą płytą pop-punkową, ale ci, którzy na tej podstawie chcieliby odmawiać jej wielkości i w ten sposób udowodnić, że naprawdę znają się na muzyce, powinni znaleźć sobie lepsze zajęcie. Michel nie ma w sobie szlachetności Kurta, ale mimo wszystko działa tutaj zasada dosyć podobna. Można kwękać, że to nic specjalnego – i nawet mieć rację – ale literatura wyglądała trochę inaczej -przed, a inaczej prezentuje się po- Przy wszystkich płaszczyznach („plat-formach”) i płyciznach, nie sposób nie być pod wrażeniem tego, że wreszcie ktoś zebrał wszystkie węzłowe lęki i obawy współczesnego zachodniego mieszczanina, zawarł je w jednej dosyć krótkiej powieści i rzucił czytelnikom parę uwagi prosto z mostu, zamiast „mrugania okiem”, „sugerowania” czy innego intelektualnego miniaturyzowania. Możliwe, że wielu było w stanie napisać tego typu powieść. Niejeden autor bądź autorka w tym samym czasie napisali nawet lepsze. Możliwe, że ktoś mógłby napisać taką powieść, ale uznał – nie bez pewnych racji- że to byłaby literatura zbyt „prostacka”. W każdym razie napisał ją (naprawdę) tylko Michel Houellebecq.

Wesprzyj #Medium
©Hugo Ortuño/EFE/MAXPPP- MADRID Spain 21/08/2014 ; Michel Houellebecq

„Platforma” i „Możliwość wyspy” pokazywały jednak coraz bardziej ślepą uliczkę, dostrzegalną już zresztą od początku. Drogę autora, który epatuje burżujów tym, czym naprawdę lubią być epatowani (z czym kojarzą sztukę „trudną” i „prowokacyjną”, czytaj głównie z czymś, gdzie jest dużo i seksu i przekleństw i depresji), a nie ma dzisiaj nic bardziej drobnomieszczańskiego. Celebryty piszącego ersatze wybitnych dzieł, w sam raz dla czytelników wysokonakładowych gazet, którzy chcą być z siebie dumni, że przeczytali raz w roku powieść „ważną i kontrowersyjną”.

Następnej rzeczy, pomyślałem, już raczej nie przeczytam. Ale przeczytałem: „Mapa i terytorium”, prawie-arcydzieło, rzecz niesamowita, która pokazała, że jeżeli Houellebecq tylko trochę skomplikuje strukturę powieściową i uczyni temat ciut bardziej enigmatycznym – jest w stanie wciąż wydobyć z siebie bardzo, bardzo wiele. I „Uległość” – rzecz koniec końców niezbyt przekonująca, mimo wszystko wątpliwa politycznie – ale jedyna w swoim rodzaju, między innymi w warstwie czysto narracyjnej; wyprowadzająca w pole rasistowskiego czytelnika, który pewnie wyobrażał sobie, rozmarzony, opisy Francji w okowach kalifatu, z kościołami zamienionymi na meczety i ścinaniem głów.

Po okresie mniej oczywistym i bardziej eksperymentującym (wliczam w to również „Uległość”) „Serotonina” jest powrotem do korzeni. To Houellebecq mainstreamowy, cały on, wręcz pot-pourri wszystkich jego wątków. Czego tu nie ma? Kryzys 40paro latka, któremu przestaje stawać (piszę mało subtelnie, bo piszę o Houellebecqu), niespełnione miłości i puste romanse, antydepresanty, farmakologia, eutanazja, myśli samobójcze, swingerstwo, dekadencja Francji, Europy i jej elit, abnegacja bohatera, który, jakkolwiek pod względem finansowym jest bezpieczny i należy do klasy średniej/średniej wyższej, to jednak na całym froncie jest przegrany, nie tylko pod względem uczuciowym czy egzystencjalnym, anonimowe pejzaże obrzeży centralnego Paryża (XIII czy XV dzielnicy), nienawiść do zakazów palenia. Wszystko znacie. Eseistyczne wtręty w „Mapie”, a nawet „Uległości” zmierzały w sfery naprawdę oryginalne, tu trudniej jest to znaleźć.

Mimo tego ma się wrażenie ogólnie wysokiej formy, energii na poziomie „Cząstek…”. I kiedy kończą się już opisy porzucenia japońskiej kochanki, która zdradzała bohatera m.in. z psami (chyba to już w każdej recenzji było napisane, więc spoiler wybaczycie). rzecz wpada w nieco inny klimat….

„Uległość” odbierano jako gest w stronę Francji Marine Le Pen – i jest to uwaga w sumie trochę słuszna, pomimo bardzo nieoczywistego poruszenia wątku „muzułmańskiego”. Pismo „Inrockuptibles” zapowiadało natomiast „Serotoninę” jako rzecz, dla odmiany, zupełnie „lewacką”. Mówi się, że Michel – masz ci los, znów prorok – przewidział między innymi bunt Żółtych Kamizelek. Może nie przesadzajmy – nie gra on tam sam w sobie szczególnie ważnej roli, nie został też, politycznie, zanadto wykorzystany. Ale skoro pojawiają się już strzelby, tym razem dosłownie, i nawet niektóre wypalają, pojawia się dręczące pytanie: Czy wypali strzelba trzymana w rękach głównego bohatera i kto będzie ofiarą?

W jednym miejscu (tu nie będę zdradzał) zapowiada się na grę na najwyższych emocjach. Nie wiedziałem, czy tym razem mam być naprawdę przejęty czy wzruszyć ramionami na tanią zagrywkę. I nie dowiem się…

Rzecz kończy się bowiem beznadziejnym nic-niedzianiem się. Pesymistycznym wyciszeniem. Powodzią melancholii, która nasączała powieść już od samego początku, bardziej wyraźnie niż dotychczas.

I właśnie ten mniej drażliwy, a bardziej wprost smutny, szlachetnie smutny czasem, nastrój ostatniej powieści sprawia, że warto ją przeczytać.

Michel Houellebecq „Serotonina”, przeł Beata Geppert, 8/10

The following two tabs change content below.

Wiktor Rusin

Ostatnie wpisy Wiktor Rusin (zobacz wszystkie)