Pensjonat przyjazny LGBT na wsi! Sołtys jest na tak!

A w zasadzie sołtyska. Bo w Chwaszczynie sołtysem jest kobieta. I ta sołtyska tańczyła na imprezie inauguracyjnej pensjonatu Pokoje Kwiatowe Chwaszczyno do północy, wychodząc jako jedna z ostatnich. Polska wieś homofobiczna? Może jednak tęczowa?

(Poniżej znajdziesz relację wideo)

Mariusz eksponuje tęczową flagę w dniu inauguracji pensjonatu w Chwaszczynie.

Mariusza poznałem jako świętego Mikołaja. Co..!? No! Dokładnie! gdy w Onecie realizowałem gwiazdkowy program. Wszedł do studia w pełnym kostiumie i wyglądał jak prawdziwy. Miał brodę i pastorał, i gadkę jak ksiądz. Wyjaśnił, że w ten sposób zarabia na życie podczas świąt: daje ludziom radość i przynosi dzieciom prezenty. Zaintrygował mnie, szczególnie że nie chciał ściągnąć brody i pokazać twarzy. Po zdjęciach poszedłem więc za nim do garderoby, gdzie dopiero poznałem jego prawdziwą tożsamość. Przedstawił się jako Mariusz. Inspektor BHP, były pastor kościoła protestanckiego, a prywatnie gej. Słucham? No tak! Dokładnie tak… Mikołaj, pastor, gej, BHP. Kolorowi ludzie są wśród nas… 🙂

Kilka miesięcy później ten kolorowy ludź (jak sam mówi) zadzwonił do mnie, by mnie zaprosić na otwarcie pensjonatu przyjaznego LGBT w Chwaszczynie. Słucham!? Dokładnie! W Chwaszczynie, koło Gdańska. Znałem Chwaszczyno z wieży telekomunikacyjnej i z korków na rondzie, ale pensjonat LGBT!? W dodatku założony przez  świętego Mikołaja!? Słucham!? No tak… tak to się przedstawia, a w zasadzie tak to przedstawił Mariusz przez telefon.

Niech mi ktoś powie, czy mogłem nie pojechać?

No nie, nie mogłem. Więc pojechałem.

Wesprzyj #Medium
Mariusz w swoim pensjonacie przebrany za truskawkę

GPS wskazał nam Gdyńską 123 w Chwaszczynie obok drogi wśród łanów pszenicy, czy czegoś, oraz składów drewna. Zjechaliśmy na podjazd z niewyraźnymi minami, gdyż naszym w nasze oczy rzuciła się szklarnia warzywna i pawilon obity sajdingiem… żadnego tęczowego pensjonatu. W dodatku zaczęło kropić, więc straciliśmy pewność, czy w ogóle wysiadać. Mój operator zaproponował, żeby sprawdzić adres, więc sprawdziłem i wszystko się zgadzało. To musiało być gdzieś tam. Wysiadłem z samochodu i zagłębiłem się w nieznany teren pomiędzy płotem a pawilonem, zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Psa, czy geja… Po kilku krokach w nieznane, że tak powiem, wyłoniło się jednak miłe obejście i ściana pełna kwiatów. Oraz dom, który najwyraźniej był murowany i miał piętra. Oraz balkon i okna. A więc nie było tak źle, a więc to pewnie tu, pomyślałem i ujrzałem geja. Palił sobie papieroska w zadaszonej altance, popijając drina z jakąś starszą panią. Starsza pani wkrótce miała się okazać gwiazdą wieczoru, choć na razie spoglądała na mnie raczej spojrzeniem nieufnym. Mariusz wyjaśnił mi później, że to jego była nauczycielka, Joanna, z którą przyjaźnią się od lat, choć Joanna jest prawicowa, a on jest lewicowym gejem. I nie ufa tak od razu na dzień dobry, co rozpoznaję, po jej spojrzeniu i dość chłodnym powitaniu. Spoko, nie ma problemu, może się poznamy później. Tymczasem oddycham z ulgą, że jesteśmy na właściwym miejscu oraz że altana ma daszek, gdyż właśnie lunęło jak z cebra.

– Jak będzie tak lało, to jesteśmy w… sam wiesz, w czym – zauważa Mariusz. Wiedziałem. W końcu miał być grill na świeżym powietrzu, a w czasie deszczu powietrze jest bardzo świeże, ale papierosy miękną i rozmowa się nie klei. Nie żebym palił, ale lubię z ludźmi pogadać. Czy w taką pogodę ktoś w ogóle się pojawi? Patrzyliśmy  na strugi deszczu w skupieniu i z ubolewaniem. No tak, gej w Polsce zawsze ma pod górę, a w dodatku deszcz pada mu w oczy.

– Może zaraz przejdzie – powiedział jakiś pan, który wysiadł z samochodu i schronił się koło nas, próbując wlać w nas otuchę. Dowiedziałem się po chwili, że to właściciel pensjonatu, Piotr, który zaufał Mariuszowi i pozwolił mu zorganizować ten pensjonat po swojemu. Piotr zajmuje się handlem internetem i kasami fiskalnymi, a pensjonat ma być dodatkowym biznesem. Mógł jednak stworzyć tu pokoje długoterminowe dla Ukraińców, albo coś w tym stylu, nie musiał ufać w wizje geja w dodatku z Chorzowa, bo Mariusz jest z Chorzowa. A jednak zaufał. On i jego przemiła żona Kasia, która dla każdego ma uśmiech, miłe słowo, rozdaje przytulasy, a jak trzeba to doniesie keczup do kiełbaski.

Miejsce przyjazne wszystkim

– Chcielibyśmy, żeby to miejsce było przyjazne wszystkim – mówi mi Kasia. – Chcielibyśmy tu widzieć rodziny z dziećmi, grupy przyjaciół, wszystkich, którzy są otwarci i przyjaźni światu. Mariusz jest kim jest i się tego nie wstydzi. Dla każdego ma serdeczność i to jest w nim fajne.

Piotr i Kasia, właściciele pensjonatu, którzy zaufali Mariuszowi

– Oni przeszli swoje piekło, żeby to miejsce mogło powstać – zdradza mi Mariusz, wskazując na Kasię i Piotra. Potem ten refren pojawi się jeszcze w wypowiedziach wielu innych osób. Dowiaduję się, że wcześniej była tu ruina, do której doprowadził to miejsce ojciec Piotra. – Nie było im łatwo. Może dlatego tak dobrze się rozumiemy, choć przecież jesteśmy z zupełnie innej gliny – mówi Mariusz. Rzeczywiście, Piotr wygląda na cichą skromną osobę, raczej skupioną na rodzinie i własnych sprawach, a Mariusz jest urodzonym aktorem, który potrzebuje sceny, chce skupiać na sobie uwagę i nie boi się mikrofonu. Okaże się, że ma też ambicje piosenkarskie.

– Nieważne kto jest kim – mówi mi Piotr. – Ważne, żeby się szanować, nie oceniać, by mieć dla siebie uśmiech.

I rzeczywiście, wśród ludzi widzę różne osobowości. Jest też czarnoskóra rodzina Aleksandry Tillman, z którą zapoznaję się po chwili. Opowiada mi o sobie, a mi trudno ukryć zdziwienie. Niezwykła osoba, dzielna kobieta, której historię opowiedziałem w  osobnym tekście. Link znajdziesz poniżej.

Kocha Polskę choć przeszła piekło. Czarna patriotka.

Mariusz na scenie

– Co za zwierze sceniczne! – szepce do mnie pani Joanna, gdy Mariusz jest już na scenie z mikrofonem w ręku i przemawia do zgromadzonych gości. Czy wspomniałem, że dokładnie o szesnastej, gdy grill miał się zacząć, deszcz przestał padać i wyszło piękne niebo? – Nie spodziewałam się, że ma taki talent! Dobry jest!

– Sulejman! – rzuca z życzliwym przekąsem okrągły pan z drinkiem w ręku, który okazuje się być dyrektorem dużej firmy sprzedającej śrubki i elementy łączne. Sulejman to odniesienie do spodni Mariusza, jedwabnych alladynek – Mamy osiemset milionów rocznego obrotu – mówi – a ja jestem dyrektorem sprzedaży… – Szczęka mi lekko opada. Śrubki za osiemset milionów? To musi być… dużo śrubek…

– W każdym oknie są nasze śrubki. W każdej ścianie nasze elementy… Zdziwiłbyś się, ile tego w każdym domu jest…

Dyrektor sprzedaży firmy ze śrubkami, Piotr.

Ani się nie spostrzegliśmy, a zrobiła się imprezka. Pojawili się ludzie, w większości małżeństwa z dziećmi, zwyczajni ludzie z sąsiedztwa, a jednak wszyscy niosący uśmiechy i uprzejmość. Grill, kreda dla dzieci, wino te sprawy.

– Skąd ty ich, Mariusz, wziąłeś? – pytam zdziwiony tym, że wszyscy tacy mili. Nie, żebym spodziewał się chamstwa, ale jednak Mariusz otwiera pensjonat przyjazny LGBT na wsi. Reakcje mogły być różne. Ja sam przy swoich akcjach na prowincji dotyczących tolerancji często spotykam się z gniewnymi reakcjami, a tu spokój i miłość leje się z serc i oczu.

Aleksandra i Kasia, całus tolerancji i akceptacji.

Przyszła nawet sołtyska

– Wiesz, nie będę ukrywał, że miałem obawy – wyznaje Mariusz – nie chciałem tak od razu epatować tą flagą… – wskazuje na tęczową flagę tolerancji – nie wiedziałem, jak Chwaszczyno zareaguje, w końcu są teraz w Polsce ostre ataki na nas. To miejsce zresztą ma być dla wszystkich, nie tylko dla gejów. Po prostu ma być to dom pokoju. Tylko tyle lub aż tyle. I okazało się, że wszyscy są z tym OK. Zobacz, nawet przyszła sołtyska…

– To jest sołtyska!?

– A jak!

Przecieram oczy. Sołtys kojarzy mi się z takim, jak by to powiedzieć, chłopem z wąsem, jadącym na traktorze. A tu miła uśmiechnięta kobitka, która – uwaga! – jest witarianką i codziennie biega!

– Słucham!?

– Tak, jestem witarianką, bo lepiej się z tym czuję – wyjaśnia mi pani sołtys, Aleksandra Nosel. Ona także prowadzi pensjonat i jest kobietą biznesu. A więc tak może dziś wyglądać sołtys! Uśmiechnięta, nowoczesna kobieta, która jest bizneswoman.

Z dumą prezentuję panią sołtys, Aleksandrę Nosel

Pytam ją o tolerancję i stosunek do osób LGBT.

– Boże, a gdzie to się ukaże? Żebym nie miała jakichś problemów z tego powodu?

– W internecie – wyjaśniam. – Z jakiego powodu?

– A nie wiem, teraz to wszystko jest takie dziwne.

Czyli jednak temat LGBT wywołuje pewne obawy. Sołtyska wyjaśnia, że ona sama trzyma się jak najdalej od jakiejkolwiek partyjnej polityki, a swój urząd traktuje jako misję społeczną. – Chwaszczyno to mała wieś. Wszyscy się znają. Rocznego budżetu mam 280 000 złotych, który przeznaczamy na integrację społeczną. Festyn tu, spotkanie tam, zajęcia kulturalne. Ja sama mam z tego 450 złotych miesięcznego dodatku… Więc to jest praca społeczna. Zarabiam prowadząc biznes.

– A płyty na drodze do Bojana to kiedy będą? – rzuca ktoś z uśmiechem przechodząc obok nas.

– O właśnie, widzi pan, to są takie sprawy sołtysa… sołtyski… Zastąpiłam na tym miejscu koleżankę, gdyż ona już nie mogła dłużej. Była sołtyską 4 lata.

Rozmawiamy jedząc domowe ciasto i popijając lemoniadą. Chłopcy podłączają sprzęt grający, zapowiadają się występy. I rzeczywiście na scenę wychodzi Sulejman… znaczy Mariusz w spodniach alladynkach. Zaczyna od podziękowań. Woła na scenę kolejne osoby, które przyczyniły się do urzeczywistnienia tego marzenia, jakim był pensjonat przyjazny LGBT na wsi pod Gdańskiem. Mariusz wszystkim daje piękne storczyki, widoczne teraz na zdjęciach. Ja też dostaję taki kwiatek, choć moje zasługi są żadne. Ale wszyscy są dla mnie bardzo mili i dziękują mi, że przyjechałem, że chcę puścić dobre słowo w świat, że zamierzam nagłośnić. Tak, mówię do mikrofonu, chciałbym nagłośnić, gdyż gorąco wspieram takie miejsca i ambicje osób LGBT walczących o równe traktowanie, o normalność po prostu. Nie będę ukrywał, że polska wieś kojarzy mi się raczej z konserwatywnym katolicyzmem, który stał się ostatnio w Polsce źródłem wykluczania i nietolerancji. Ale może się mylę? Może nie cała polska prowincja jest taka?  Może nie wszędzie przerażający okrzyk polityków partii rządzącej, LGBT precz, pada na podatne uszy?

Mariusz Ławnik opowiadający mi o swoim przedsięwzięciu

– Wiesz, najbardziej brakuje mi takiej zwyczajnej rozmowy na argumenty. Możemy się od siebie różnić, a nawet powinniśmy się różnić…

– Jak żółty w tej fladze różni się od niebieskiego?

– Albo nawet jak biały różni się od czarnego… Ale musimy umieć ze sobą rozmawiać. Właściwie wszystko załatwia wzajemny szacunek. Jeśli jest szacunek, wszystko staje się możliwe.

Nawet pensjonat LGBT na wsi.

– Długo się zastanawialiśmy, jak go nazwać. Różne nazwy wpadały nam do głowy, ale w końcu zdecydowaliśmy się na pokoje kwiatowe. Chcieliśmy, by wszyscy czuli się tu jak w domu, jak u siebie. Wiesz, zależy mi, by pokazać, że geje, czy lesbijki, to dokładnie tacy sami ludzie. Wiele osób myśli, że my biegamy po ulicach w kolorowych ciuszkach, a my żyjemy zwyczajnie. Ja na przykład pracuję, grzebię w ziemi, sadzę kwiaty, sprzątam i robię masę zwyczajnych rzeczy. A że jestem gejem? To w zasadzie nie powinno mieć żadnego znaczenia.

Imprezę rozkręciła „Druga Maryla” czyli sobowtór Maryli Rodowicz

Ta normalność, o której mówi Mariusz, jest w przypadku gejów okupiona cierpieniem, płynącym z odrzucenia, wyśmiewania, agresji.

– Moje dzieciństwo to było piekło. Ojca nie poznałem, moja mama nie zdała egzaminu, próbowałem ucieczki w stronę kościoła. Wychowałem się jako rzymski katolik, ale odszedłem z kościoła… z przyczyn, o których wolę teraz nie mówić. Nie było dla mnie łatwe zrozumieć, co się ze mną dzieje. Chłopcy bawili się samochodami, a ja wolałem lalki. Gejowi w Polsce nie jest łatwo zaakceptować swoją inność. Szukałem schronienia w kościele protestanckim, ale szybko zrozumiałem, że nie tędy droga. Wierni ciągle pytali, kiedy się ożenię, a koledzy duchowni, którzy wiedzieli jaki mam „problem”, nie akceptowali mnie. Musiałem porzucić kościół i chyba także wiarę… musiałem zaakceptować, kim jestem. Gdy patrzyłem na innych gejów wypierających się swojej orientacji lub próbujących z nią walczyć, widziałem ludzi nieszczęśliwych, gderających, stetryczałych. Nie chciałem tak skończyć. Chciałem żyć pełnią życia i cieszyć się tym, kim jestem.

Dzieci. Pokoje Kwiatowe Chwaszczyno. Foto: Rafał Betlejewski

– A jak reagujesz na nasilającą się w Polsce propagandę homofobiczną? Dziś homofobia stała się językiem partii rządzącej.

– Wiesz, mam już 36 lat i wiem, że ci, którzy najgłośniej krzyczą, sami mają z tym największy problem. To ludzie, którzy kamuflują i nie akceptują swojej orientacji. Nawet tu, w Chwaszczynie, jest taka osoba. Mężczyzna, który tkwi w fałszywym związku heteroseksualnym, ma dzieci itd. a na własnej skórze, dosłownie i w przenośni, przekonałem się, że dokładnie wie, w czym rzecz… I on najgłośniej mnie zwalcza.

– Poza tym można powiedzieć, że im głośniejsze są te ataki na nas, tym wyraźniej nas widać, a gdy nas widać, jest szansa, że coś się zmieni.

Tymczasem impreza się rozkręciła, wszyscy poszli w tan, a pani Kasia zaordynowała węża. Na scenie mikrofon przejęła „Druga Maryla”, czyli śpiewający sobowtór Maryli Rodowicz, która bardzo sprawnie śpiewała stare przeboje polskiego folka. Wsiąść do pociągu byle jakiego, ściskając w ręku kamień zielony, patrzeć jak wszystko zostaje w tyle… Chciałoby się, żeby polska homofobia, agresywna nietolerancja, nacjonalistyczne napięcie było właśnie tym, co zostawiamy w tyle.

Pokoje Kwiatowe Chwaszczyno, Gdyńska 123. Można wpaść z rodziną i bez. Na grilla i nie. Polecam z radością.