Zrobiliśmy to w Węgrowie – relacja z akcji Tęsknię za Tobą, Żydzie

Węgrów to była ekstremalna rozrywka. Podróż do piekła i z powrotem. Dochodzę do siebie drugi tydzień i dopiero dziś jestem w stanie jakoś to opisać. Pojechaliśmy tam z Dawidem, moim żydowskim przyjacielem, by stanąć twarzą w twarz z tym miastem i jego historią.

Jest niedziela, jedenasta rano, kiedy wyjeżdżamy z Warszawy w kierunku Węgrowa. Od samego początku mamy policyjny ogon, o czym dowiem się dopiero następnego dnia. To tajniacy z ABW, takiego odpowiednika amerykańskiego FBI, śledzą nas jakbyśmy jechali bomby kłaść. I w jakimś sensie mają rację, gdyż jedziemy podłożyć symboliczną bombę przypominajkę. Jedziemy w trójkę, ja, polski katolik, Dawid, polski Żyd ze wspólnoty łódzkiej i nasz operator Paweł, dzięki któremu mamy teraz zdjęcia. Dzień jest piękny, upalny, przed nami 80 kilometrów na Wschód i siedemdziesiąt pięć lat w przeszłość. 

Muszę powiedzieć, że mamy pietra. Trudno przewidzieć, co się stanie, co nas czeka. Niestety zapowiada się grubo. W social mediach już wrze i już czytam o sobie pomyje. Na Facebooku gorące zapewnienia, że w Węgrowie nikt nas nie chce, że jak nas zobaczą, to pogonią. Niektórzy „obrońcy Węgrowa i dobego imienia Polski” piszą nawet, że mogą ze mną wyjść na solo. Grożą policją i prokuraturą. Stare demony odżyły i czekają na nasz przyjazd. Czuję się trochę, jakbym jechał w otchłań. Burmistrz Węgrowa nie wyraził zgody na akcję, właściciele ściany nie zgodzili się na jej „pobazgranie”, żadna insytucja miejska nie wyraziła ochoty na współudział. Miasto zjeżyło się jak pies pilnujący obejścia przed intruzami. W bagażniku mamy wszystko, co trzeba: pędzle, wałki malarskie, farbę białą i czerwoną. Ale czy uda nam się tego użyć? Niby jest dwudziesty pierwszy wiek, środek Europy, ale każdy z nas po cichu modli się do swojego Boga, żeby przeżyć. Czy to brzmi groteskowo? Owszem. 

Taki dzielny może być tylko lokalny działacz PiS

Węgrów to miasto holocaustowe. Tak jak dziesiątki innych miejscowości na Wschód od Warszawy. Tak jak i sama Warszawa. Tak jak i cała Polska. Przed Wojną w większości żydowskie. Jak pisze Szraga Fajwel Bielawski, ocaleniec z Zagłady, który wydał swoje wspomnienia w książce pod tytułem Ostatni Żyd z Węgrowa, 75% biznesów w Węgrowie należało do Żydów, wszystkie domy wokół rynku były Żydowskie, w mieście stała wielka i zdobiona złotem synagoga, wspólnocie przewodził święty rabin, Jakub Mendel Morgenstern. Ale rabina już nie ma. Zadźgał go bagnetem jakiś niemiecki żołdak na samym początku okupacji, jeszcze w 39 roku. Wcześniej kazali mu zbierać końskie łajno w jedwabny kapelusz modlitewny. Synagogi też nie ma. Cegły poszły na mur katolickiego cmentarza. Dawid czyta to na głos w samochodzie, a gdy dochodzi do fragmentów o likwidacji węgrowskiego getta, nagle cichnie i patrzy w okno. 

Modlitwa w lapidarium, pozostałościach po żydowskim cmentarzu

– Nie mogę… bracie – mówi łamiącym się głosem – już nie mogę… – słyszę, że oddycha ciężko. – Ja już nie mogę czytać o obciętych uszach i wyrwanych zębach… – mówi. – Przepraszam cię… 

– Spokojnie, Dawid, ja rozumiem. Ja też nie mogę już o tym słuchać – mówię. I to prawda. Nie mogę już znieść kolejnych opisów polskiego okrucieństwa, bezduszności i współudziału. Nie mogę słuchać o polskich wyrostkach tropiących Żydów i Żydówki w ich prowizorycznych schronach, goniących ich po ulicach. Nie mogę już sobie wyobrażać polskich szmalcowników, którzy rabowali bezbronnych ludzi w drodze na cmentarz, na którym zostali ubici i wrzuceni do masowych grobów. Nie mogę, a zagryzam zęby i czytam o tym w setkach wspomnień, rozmawiam o tym z dziesiątkami ocalałych, uczę się o tym z książek historyków. Muszę wiedzieć, mam obowiązek to wiedzieć. 

Wesprzyj #Medium

Klepię Dawida po ramieniu i mówię: przepraszam, Dawid.  

A on się ożywia i mówi: spoko, stary. Jedziemy przecież zrobić coś pozytywnego, co nie? Jedziemy  zamanifestować nasz szacunek i pamęć. I robimy to dla tych wszystkich ludzi, którym obcinano uszy… 

– Tak, Dawid. Robimy to też po to, by dać świadectwo, że katolik i żyd mogą w Polsce żyć razem i się przyjaźnić. Robimy to po to, by już nigdy nic takiego się nie stało. 

Patrzymy na krajobrazy mazowsza i podlasia i jesteśmy pełni zachwytu. Tu rzeka Bug, tam przez pola wije się Liwiec. Czerwiec to najpiękniejszy miesiąc roku, a Polska to najpiękniejszy kraj. Patrzę na stogi siana i kołyszące się łany pszenicy, ale dziś oprócz zachwytu mam jeszcze smutek: wśród stogów siana widzę przesuwające się cienie. To duchy Żydów rozpaczliwie szukających schronienia u polskich chłopów. Znam ich losy, wiem, co na nich czeka. Dziś ten krajobraz podszyty jest makabrą.

Jeśli chcesz wesprzeć akcję Tęsknię… kliknij w ten link: PayPal

Dojeżdżamy do miasta, które wyłania się z pól i lasów. Przed węgrowskim lapidarium spotykamy się z ekipą holenderskich dokumantalistów, którz chcą nakręcić film o naszym projekcie. Uważają, że jest ważny. Tak jak i my uważamy, że jest ważny. Zgadzamy się, że prawda musi być przypominana, ofiary muszą być wspominane, a oprawcy muszą być nazwani.

– Interesuje mnie to pisanie historii od nowa – mówi Britta, holenderska reżyserka. – Opowiadanie historii w oderwaniu od rzeczywistości.

– Tak, rozumiem – mówię ja. – Musi pani jednak rozumieć, że w Polsce na nowo historię piszą właśnie ci, którzy chcą opowiedzieć prawdę o rzeczywistości Zagłady. Ona nigdy nie była opowiedziana. Polacy wychowują się w baśni na swój temat. Nie poznają prawdy ani w szkole, ani w kościele, ani w telewizji. Dlatego tak zażarcie się przed nią bronią.

Dziś kłamstwo na temat Holocaustu nabrało nowego wymiaru. Stało się państwowe. Rząd próbuje nawet zadekretować to kłamstwo wprowadzając zapisy ustawowe, jak ta ostatnia poprawka do ustawy o IPNie, ta, która wzburzyła cały świat. Trzeba się temu przeciwstawiać. Choćby farbą i pędzlem. Ale dziś w Węgrowie nie będziemy nikogo obarczać winą, ani wskazywać palcem, dziś będziemy po prostu szukali ludzi, którzy 75 lat po Zagładzie mają odwagę wspomnieć z sympatią swoich żydowskich sąsiadów i podpisać się pod stwierdzeniem: Tęsknię za Tobą, Żydzie. Czy ktoś się włączy? Czy ktoś w ogóle przyjdzie? Czy zostaniemy przegnani? Gdy tylko wychodzimy z samochodów przed lapidarium przejeżdża oznakowany patrol policji: Węgrów już wie, że jesteśmy. 

Dawid staje wśród macew i odmawia swoją modlitwę. Ja patrzę na niego wzruszony. „Wiesz, dla mnie to jakby dom”, mówił mi chwilę wcześniej. „Połowa mojej rodziny ze strony mojego ojca zginęła w Treblince. Byli z Siedlec.” Treblinka jest zaledwie 30 kilometrów dalej, ponoć zapach z kominów docierał nawet tu. Obok Węgrowa przebiegają dwie linie kolejowe, którymi prawie milion Żydów trafiło na śmierć. Tysiące ludzi próbowało uciekać z tych transportów. Skazani na tułaczkę po okolicznych lasach mogli liczyć tylko na lokalną polską społeczność. Czy znajdowali pomoc? Powiedzmy tak: nikomu nie udało się przeżyć. Opowiada o tym wstrząsający film Petelskich z 63 roku pod tytułem „Nagonka”. Odsyłam. 

Myśląc o tym wszystkim muszę sobie powtarzać, że przyjechaliśmy tu zrobić coś pozytywnego. Jedziemy napisać na ścianie przy targowisku miejskim wielki napis: Tęsknię za Tobą, Żydzie. Projekt ten prowadzę już od 10 lat. Byłem z nim w dziesiątkach miejsc, pisząc swoje napisy legalnie i nielegalnie, pod osłoną nocy i w biały dzień. W projekt ten włączyło się wielu ludzi, którzy czują podobnie do mnie, którzy chcą budować przestrzeń dla pozytwnych uczuć wobec utraconej cywilizacji polskich Żydow. Nie możemy oddać pola antysemitom. Trzeba szukać ludzi otwartych i serdecznych, którzy nie boją się przyznać do poczucia straty. Którzy pod tym napisem chcą manifestować więź z ludźmi utraconymi, nazywać ich po imienu. „Za kim ty tak niby tęsknisz”? to pytanie zadawano mi setki razy. „Za Calelem Perechodnikiem, Żydem z Otwocka, który ukrywając się w szafie w Warszawie napisał swoją Spowiedź, literackie arcydzieło” – tak zawsze odowiadałem. Tęsknię za tym konkretnym Żydem i jego rodziną. Ale dziś w Węgrowie będę tęsknić za Rachelą Mandelbaum, narzeczoną Szragi Fajwla, która została zastrzelona przez polskiego bandytę gdy miała osiemnaście lat. 

– A ja będę tęsknić za Mendlem Hollandem – mówi Dawid – jedynym członkiem rady miasta Węgrowa, który miał odwagę, by publicznie zaprotestować przeciwko niemieckiemu bandytyzmowi. Stanął naprzeciw karabinów i im wygarnął podczas likwidacji getta. Czaisz to?

Słabo to czaję, choć wiem, że tak było. Mendel Holland to wielki bohater tego miasta, postać, którego pomnik powinien stać na rynku. Tak się składa, że urząd miejski znajduje się w jego domu. Prawie cała jego rodzina została zamordowana. Z Węgrowa przed wojną zdążył wyjechać jego brat, dziadek słynnej polskiej reżyserki Agnieszki Holland. Piszę do pani Agnieszki w tej sprawie a ona odpisuje:

Agnieszka Holland: Uratowały się tylko dwie dziewczynki: córka Mendla Lilka i Celinka. Obie miały bardzo dobry wygląd i rodzina wyrzuciła je ze strychu w dniu akcji likwidacji getta, każąc przedostać się na stację kolejową, a potem do Warszawy. Jakimś cudem to się udało. Lilka żyje chyba jeszcze w Argentynie. Rozmawiałam z nią 19 lat temu, opowiedziała mi jak było. Resztę znalazłam w węgrowskim rozdziale książki Dalej jest noc. Jan Grabowski, autor tekstu, który przekopał się przez to wszystko, uważa, że w Węgrowie poziom niechęci do Żydów był duży. I to chyba zostało.

Rodzina Agnieszki Holland
Rodzina Hollandów. Od góry i od lewej: Izak, Mendel – ojciec Lilki, Wiktor – ojciec Henryka i Marii, nieznajoma, Berek, w rzędzie poniżej: Gienia – mama Lilki, ciotka Róża, Babka, ciotka Sala. Dzieci to: Chaimek i Symcha – bracia Lilki, Fela – córka Sali, Henryk.

Przed wojna mieszkańcy tego miasta współżyli mniej więcej normalnie. Mendel był bardzo szanowany, na jego urodziny odwiedzał go burmistrz, chyba nawet ksiądz. Wojenny burmistrz Węgrowa, Okulus, był przyzwoitym człowiekiem, wstrząśniętym tym, co się działo. Coś się stało, że tam akurat zło wybuchło z większą siłą niż w okolicznych miasteczkach. I do dziś ludzie są tym zatruci. Jakaś terapia, której nikt – poza aktywistami jak pan – nie robił, mogłaby może pomoc,  a teraz jest już za późno. PiS dał tym wszystkim nienawistnikom poczucie sprawczej mocy i prawdy. To oni są patriotami i skrzywdzonym bohaterskim ludem i bronią szańców polskości (oraz stanu posiadania zajętych lub zagrabionych dóbr żydowskich) przed kłamstwem i zachłannością „parchów”.

Mój dziadek, Wiktor, osiadł w Warszawie, do rodziny w Węgrowie jeździli na święta. Mam zdjęcie, gdzie wokół prababci siedzą jej dwie córki, synowe, stoi czterech synów, a niżej czwórka wnuków, w tym mój sześcioletni ojciec. Tylko on (znalazł się w Związku Radzieckim) i jeden z braci dziadka, który wyemigrował do Argentyny przeżyli z obecnych na tym zdjęciu. Mój dziadek został zabity w warszawskim getcie.

– Mam nadzieję, że nas tam nie zajebią, bracie – mówi Dawid, gdy zmierzamy na węgrowski rynek – To jest jak ćwiczenie siły woli… wszystko mi mówi, żeby spierdalać, a ja lezę z tobą jak baran. 

Ale na rynku jest bezpiecznie. Policja ściągnęła posiłki z Siedlec i Warszawy. Są umundurowani funkcjonariusze, są agenci ze specjalnej jednostki zapobiegania konfliktom, są gliniarze w cywilu. 

– Tyle policji to Węgrów jeszcze nie widział! – powie mi potem jedna z Węgrowianek. Ciekawe, ilu gliniarzy może ściągnąć do miasta jeden Żyd i jeden katolik…

 

Powiem szczerze, że za każdym razem, gdy wybieram się gdzieś z tym napisem, mam nadzieję, że czekać będą na mnie sami uśmiechnięci ludzie, a miasto przywita nas chlebem i solą. Ochotnicy wesoło chwycą za pędzle i w pozytywnym nastroju namalujemy wspólnie ten napis. Koślawo, czy nie, ale od serca. W zasadzie, dlaczego nie miałoby tak być? Co stoi na przeszkodzie? Tak było kiedyś w Łodzi na Off Piotrkowska. Ściana była zagruntowana, a uczestnicy w miłej atmosferze, z piwkiem w dłoniach malowali napis. W Węgrowie zapowiada się jednak inaczej. Dlaczego? O co chodzi w tym mieście?

„Tu nikt za Żydami nie tęskni!” – dowiaduję się na Facebooku. „Wypierdalaj z tym projektem do Izraela, pachołku żydowski!” – piszą do mnie ludzie, przedstawiający się jako patrioci. Polscy i lokalni. „Czy do żydowskich oprawców z UB też tęsknisz?”. „To jest zwykły wandalizm”. „Czy władze się na to zgodziły”, „Widać, że to dla pieniędzy i poklasku, ale w Węgrowie poklasku nie znajdziesz”. I jeszcze cała lista obelg, od pajaca przez agenta do zdrajcy. Oraz jeden dominujący refren: „My w Węgrowie upamiętniamy już swoich Żydów, więc wynocha!”

Ten refren przewija się przez wszystkie wypowiedzi. Od zwyczajnych Węgrowian po butmistrza Pawła Marchelę, który wyjawia mi w rozmowie bezpośredniej następnego dnia po akcji, że jest historykiem i uczył w lokalnej szkole. Wolałby, żebym raczej zajął się spokojną edukacją, a pędzel odstawił. Burmistrz wolałby, żebym uczył w węgrowskiej szkole. To samo stwierdza dyrektorka Ośrodka Kultury, Katarzyna Zabadała, gdy odmawia mi pomocy. 

„Dzień Dobry, pragnę poinformować, że mieszkańcy Węgrowa pamiętają o tragicznych wydarzeniach w historii miasta. Rokrocznie w rocznicę likwidacji węgrowskiego getta organizowane są uroczystości upamiętniające historię Żydów mieszkających w Węgrowie. Nauczyciele na lekcjach historii oraz godzinach wychowawczych prowadzą pogadanki i wykłady. Uczniowie naszych szkół czynnie uczestniczą w uroczystościach organizowanych na terenie lapidarium składając hołd wymordowanym Żydom. Miasto i jego mieszkańcy przykładają dbałość  o pamięć Żydów i tragicznej historii Węgrowa.”

To samo pisze właściciel ściany, Gminnej Spółdzielni w Węgrowie, dorzucając zabawny styl.

„Dzień dobry, w odpowiedzi na Pana maila informujemy, że Zarząd Gminnej Spółdzielni w Węgrowie nie wyraża zgody na jakiekolwiek napisy na murze, który jest objęty przez konserwatora zabytków. Udostępnienie jednego napisu wywoła fale różnego typu greźmołom, grafikom co spowoduje zniszczenie zabytkowej cegły i wyżej wymienionej ściany. Jednocześnie informujemy, że jeśli wykona to pan bez naszej zgody powiadomimy odpowiednie organy i wystąpimy na drogę sądową. Wiadome nam jest, że Urząd Miasta Węgrowa organizuje różnego rodzaju imprezy upamiętniające byłych mieszkańców miasta Węgrowa pochodzenia żydowskiego, a mieszkańcy przy różnych okazjach oddają hołd współmieszkańcom.”

Inaczej mówiąc: spadaj, Betlejewski, ze swoimi greźmołami.

Ja jednak czegoś nie rozumiem, skoro Węgrów tak dobrze upamiętnia swoich Żydów, to w czym jest problem, by upamiętnić jeszcze raz?

Grupa widzów podczas spektaklu w Węgrowie. Z telefonem lokalny historyk i działacz PiS, Andrzej Brzezik.

– Po upadku PRL-u ludzie, wygłodniali wspomnień, chętnie mówili. Dzisiaj gorzej. Na ulicach widać mur milczenia, którym Węgrów odciął się od swojej historii – mówiła w 2012 roku Marcinowi Kąckiemu Małgorzata Wasiewicz. Wygląda na to, że dziś ten „mur milczenia” stał się już zabytkowy. Podlega speclanej ochronie. W dodatku wybory samorządowe w Węgrowie wygrał PiS, więc nastroje są mocno narodowe. W wypowiedziach narodowców pobrzmiewają wszystkie znane antysemickie przesądy od opiewania wspaniałej postawy Polakow w ratowaniu Żydów, przez niewdzięczność Żydów i ich uczestnictwo w aparacie siłowym PRL. O Żydach mówi się jako o oprawcach, katach Polaków. Historia odwrócona o 180 stopni. 

„Jeśli Polska to dupa antysemityzmu, Węgrów to odbyt” – pisze mi ktoś na Facebooku. Rozśmiesza mnie to, ale i przeraża. Czy to prawda?

Kiedy 10 lat temu zabierałem się za malowanie napisów „Tęsknię za Tobą, Żydzie”, robiłem to z nadzieją, że ta tęsknota może w nas Polakach zaistnieć.

Kiedy w 2011 r. symbolicznie spaliłem w stodole samego siebie, jako „polskiego ignoranta”, miałem nadzieję, że wychodzimy z pomroków rasistowskich urojeń i idziemy w kierunku ozdrowienia. Myliłem się. Dziś jest sto razy gorzej. Dziś jest YouTube. Polscy antysemici uzyskali dostęp do setek tysięcy uszu, w które sączą jad starych przesądów, przekłamań, półprawd i otwartych oszczerstw, dając tlen prawdziwemu antysemickiemu zapałowi. Wystarczy przywołać takie nazwiska jak Stanisław Michalkiewicz, prowadzący dodatkowo antysemickie pismo Bibuła, Marcin Rola, autor wrealu24, Grzegorz Braun, Krzysztof Karoń, Wojciech Cejrowski, Ewa Kruk i wiele innych. Neo-faszystowska partia pod nazwą Konfederacja, która otwarcie głosi poglądy antysemickie zdobywa 5% poparcia w wyborach do Europy! Gdy w zeszłym roku umieściłem w sieci film przedstawiający mój protest przeciwko antysemityzmowi dostałem setki, albo tysiące wiadomości z życzeniami śmierci oraz żebym wyp…ł. Dziś niczym niezwykłym w internecie jest opinia, że „Żydzi sami spalili się w stodole w Jedwabnem, gdyż wstydzili się swojej współpracy z Sowietami, dlatego teraz blokują ekshumacje w Jedwabnem”. Dziś youtubowi „patrioci” prześcigają się w tropieniu „żydowskich kłamstw i roszczeń wobec Polski” oraz jawnie i bez obaw rozpowszechniają kłamstwa oświęcimskie, czyli nieprawdę na temat Holocaustu bez jakichkolwiek obaw o następstwa prawne, choć kłamstwo oświęcimskie jest w Polsce przestępstwem. Nikt jeszcze w Polsce nie spotkał się z karą za te przestępstwa, a gdy youtube w wyjątkowych przypadkach zamknie jakiś kanał lub zdejmie jakieś rasistowskie oszczerstwa z emisji, podnoszą się lamenty o „wolność słowa”. Tak! Dziś polscy kłamcy oświęcimscy uważają, że ich kłamstwa powinny być chronione prawnie w ramach ochrony wolności słowa.

Krzysztof Karoń i Michalkiewicz – kłamcy oświęcimscy, zawiadomienie do prokuratury

 

Dziś ta akcja jest bardziej potrzebna, niż kiedykolwiek. Dziś manifestowanie czułej pamięci wymaga prawdziwej odwagi. Dlatego pomimo wrogości Węgrowa, Betlejewski z kolegą Żydem stają pod węgrowską ścianą na lekko miękkich nogach, by na historycznym targowisku miejskim, na tyłach domu Mendla Hollanda, malować napis, jakby zupełnie nie zrozumieli, co Węgrów im komunikuje. „Żadnego napisu nie damy zrobić, słyszysz, Betlejewski?” Słyszę, doskonale słyszę. A jednak wyciągamy graty z samochodu, rozstawiamy sprzęt nagłaśniający i mamy zamiar podjąć dialog. Wokół nas zbiera się grupa widzów. Nadciągają nagle, w sporej ilości jakby znikąd. Stają w bramie jak czop, blokując wejście innym. Zachęcam, by się zbliżyli, ale nie chcą podejść. Stoją nieufni w asyście policji, jakby bojąc się wzbudzić podejrzenia, że mogą chcieć o pomóc. „Komu!? Temu pożal się boże celebrycie?” „Kogo on pytał, z kim to uzgadniał? Przyjechał tu nas szkalować!” „Nie dajcie się sprowokować!” „Może samochód sobie pomaluj, a nie naszą ścianę!” „W domu se nabazgraj, pajacu!” „Po co żeś przyjechał? Żeby skłócić? Żeby jątrzyć?”, „Zabieraj se swoje prowokacje gdzie indziej”. „My tu żyjemy spokojnie”. 

My tu żyjemy spokojnie, czyli wszystko ma być jak jest, nikt nie powinien tego naruszać. To także lajtmotiv krytyki jaką słyszę później na Facebooku. Jestem wichrzycielem, który przyjechał nieproszony. Usłyszę to później także w rozmowach prywatnych z Węgrowianami, ale niekoniecznie jako opis zalet Węgrowa. „Tu każdy, kto się wychyli, kto ma odrębne zdanie, zostanie od razu zajechany” – mówi mi dziewczyna prowadząca własny mały biznes. „Każdy, kto ma trochę indywidualności, to stąd ucieka. Pierdniesz tu, to na drugim końcu miasta powiedzą, że się zesrałeś”. A więc ten spokój jest pozorny, wymuszony przemocą i wcale nie taki miły. Dziś jednak wrze. Wrze oburzenie na Betlejewskiego, że miał czelność przyjść nieproszony i upamiętniać nie swoją pamięć. Tęsknić nie swoją tęsknotę, narzucać swoje emocje na lokalne odczucia. „Po co? skoro jest pomnik? Gdyby Węgrów chciał, to sam by sobie ten napis napisał i lepiej! Pewnie przysłany przez Żydów.” W wypowiedziach dominuje strach, że za mną przyjdą następni, którzy mają roszczenia i chcą odszkodowań. Będą zabierać domy, okradać i grabić. Miasto przyszło się tu bronić. 

Mówię do mikrofonu, że jesteśmy tu we dwóch, ja polski katolik, chrzczony, bierzmowany i nawet z maturą z religii, i Żyd z Łodzi, który rodzinę miał w Siedlcach. Mówię, że przyszliśmy w pokojowych intencjach, z pozytywnym przekazem, że miasto ma dziś szansę pokazać miłą przyjazną stronę, że na nikogo nie wskazujemy palcem, nikogo nie oskarżamy. Dziękuję za przyjście i zapraszam ludzi do współudziału. 

– Ta akcja ma być pozytywnym sygnałem serdecznej pamięci o ludziach, którzy tu kiedyś mieszkali, a którzy zostali wymordowani w najokrutniejszy sposób. 

– Łżesz, Betlejewski, żeś miał maturę z religii – słyszę nagle. Jakiś mężczyzna krzyczy do mnie ekspresyjnie i wymachuje rękami. Krzyczy, że kłamię. Kłamię, że miałem maturę, kłamię, że jestem katolikiem, chcę zełgać, że to jest żydowska ściana. Później się dowiem, że to Andrzej Brzezik, lokalny historyk. Podczas całej akcji co chwilę będzie relacjonował komuś przebieg zdarzeń przez telefon i odbierał instrukcje. 

A więc kłamię. Kłamię bo tu jestem. W mniemaniu Brzezika kłamię bo reprezentuję Żydów. Kłamstwo to jeden z głównych przesądów dotyczących Żydów w polskim imaginarium. Sądząc po opiniach w internecie, przeciętny Polak jest przekonany, że Żyd słowa prawdy nie powie. Żyd kłamie, a w ślad za żydem kłamią wszystkie opanowane przez Żydów instytucje światowe, od ONZ, przez WHO po Unię Europejską. W Polsce będą to „łże-elity”, czyli przesiąknięte Żydami media, lewacy, inteligencja itd. Kłamie rzecz jasna Centrum Badań nad Zagładą Żydów, kłamie Jan Tomasz Gross, kłamie Barbara Engelking i w zasadzie wszyscy historycy, którzy zajmują się Zagładą. Najgorsze i najpodlejsze jest jednak to, że według „polskich patriotów” kłamią też ofiary Holocaustu. Kłamią Żydzi, ocaleńcy z Zagłady. Kłamią co do swojej oceny Polaków i ich roli w Zagładzie. W Węgrowie istnieje przekonanie, że kłamie Szraga Fajwel Bielawski w swojej książce „Ostatni Żyd z Węgrowa”. Jest to opinia, którą wygłaszają lokalni historycy, jak Radosław Jóźwiak, oraz pochodzący z regionu politycy, jak wicemarszałek Senatu Maria Koc. To samo stanowisko zajmuje prezes IPN Mateusz Szpytma, co już stanowi szczególny horror. Oto instytucja państwowa zostaje uwikłana w zakłamywanie Holocaustu i dyskredytowanie świadectwa ocalonych. 

Jestem jak najdalej od polityki, ale trudno nie zauważyć, że Brzezik to lokalny działacz PiS. Tak jak i Witkowski. To oni najaktywniej nas obrażają. Jeden na żywo, drugi na Facebooku. Powiem szczerze, że nie rozumiem, jak można zachowywać się w ten sposób reprezentując partię rządzącą. Czy nie ci ludzie nie mają żadnego szacunku dla majestatu państwa i dla swojej partii. Na FB obaj fotografują się z marszałkinią Senatu, Koc. Czy ona jest z nich dumna? A może ich wysłała? Plakaty wyborcze Marii Koc wiszą jeszcze wszędzie w okolicy. Pani Koc jest szarą eminencją tych stron. Czy takiego Węgrowa chce?

– Ile ci za to płacą, Betlejewski! – słyszę kolejny antysemicki refren. Oczywiście, skoro tu jestem, to znaczy, że ktoś mi zapłacił. Ktoś, czyli Żydzi. Wiadomo, że za wszystko i wszystkim płaci Georg Soros. Gdy myślę o tym refrenie zaczynam podejrzewać, że pobrzmiewa w nim stara „mądrość” wiejska, że na Żydzie można zarobić, czy to bezkarnie rabując jego dobytek, czy to chowając go za drakońskie opłaty. Ze wspomnień Bielawskiego wynika, że nawet zakup świni do gospodarstwa wzbudzał w sąsiadach plotki, że „pewno żyda trzyma”. Ten przesąd można wyrazić tak: Polak dla Żyda za darmo nie zrobi nic. Nie ma głupich! Ten przesąd wraca też jako oskarżenie pod adresem Żydów. Polacy są przekonani, że pieniądze to jedyna napędzająca Żydów motywacja. Teraz Żydzi od Polski chcą wyłudzić znaczne odszkodowania, albo jak to wyraził Krzysztof Karoń na YT: „dziś żydowscy bandyci chcą nas obrabować”. Polacy jednak nie są naiwni i przejrzeli tę grę na wylot.

– Czemu nie napiszesz tu o polskich bohaterach, tylko chcesz o Żydach pisać? – pada pytanie, w którym odbija się kolejny mit, tym razem mit na nasz własny, polski temat. Otóż Polakom się wydaje, że Polacy to nieskazitelni bohaterowie II Wojny Światowej, że Polska i Polacy nigdy nie kolaborowali z Niemcami, nigdy nie dali się złamać, zawsze walczyli po właściwej stronie, aktywnie włączyli się w pomoc Żydom, a wiele osób zostało za to zabitych. Co i rusz słychać głos, że w czasie  Wojny „byliśmy narodem, który zachował się najlepiej ze wszystkich narodów w Europie”. Dowodami na to mają być Karski, Pilecki i AK, które zastępują niejako całe polskie społeczeństwo. Urojenie polega na tym, że osiągnięcia nielicznych przypisujemy wszystkim. Polska to Pilecki, Karski i AK. Niezależnie od tego, gdzie wskazać palcem na wojenną mapę, zawsze pojawią się te nazwiska, jakby oni byli wszędzie.

Prawda jednak jest w tym względzie dość uboga w heroizm: w aktywnym ruchu oporu, w konspiracji i w oporze zbrojnym uczestniczyła garstka śmiałków – to były beztlenowe Himalaje dla większości z nas. Większość próbowała żyć w nizinach, chcąc po prostu jakoś przeżyć, kładąc uszy po sobie, co zresztą było najmądrzejszym możliwym wyborem. Postawa znakomitej większości Polaków nie ma nic wspólnego z pomnikowymi nazwiskami ani komiksowym bohaterstwem. Przez lata okupacji wielu Polaków nie widziało Niemca na oczy, prowadząc swoje gospodarstwa daleko od szosy. Sołtys nadal był sołtysem, a sprawę załatwiało się w gminie, do której trzeba było się udać. Nie jest tak, jak myśli wielu z nas, że Hitlerowiec siedział każdemu na karku i patrzył na ręce. Po prostu zmieniła się władza gdzieś tam, w mieście. Problemem bardziej realnym raczej był bandytyzm i różnego rodzaju partyzantka, która mogła ogołocić spichlerz. W takim Węgrowie i okolicach, oprócz Zagłady Żydów która była realnym kataklizmem, wojna właściwie nie zniszczyła nic. Domy jak stały tak stały. Pola jak rosły tak rosły, a na targ jeździło się jak zwykle we wtorki i piątki. Jak się jeździ i dziś. Oczywiście nasilił się strach i niepewność jutra, co doskonale opisuje Zaremba w Wielkiej Trwodze, można było dostać bilet na przymusowe roboty, a wiele osób poszło na tułaczkę, ale dla większości wojna okazała się życiem w wymuszonej ciszy.

Nawet odważnie szacunki dotyczące ilości Polaków, którzy zginęli z rąk hitlerowców za pomoc Żydom określają tę liczbę na około 1000. Przy ogólnych stratach polskiej ludności cywilnej w czasie okupacji to jest liczba znikoma. I nie chcę przy tym umniejszać tego wysiłku i heroizmu tych ludzi. Chodzi mi o skalę. Dodatkową sprawą jest to, że osoby te zazwyczaj doznały represji, gdyż wydał ich ktoś z polskich sąsiadów.

Większość ocaleńców z Holocaustu wspomina Polaków jak najgorzej, jako największe bezpośrednie zagrożenie dla swojego przeżycia. Można tu zacytować samego Jana Karskiego, który w 1940 roku raportował, że: „Stosunek Polaków do Żydów jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny”.

No i w końcu prawda jest taka, jeśli mówimy o kolaboracji, że donosicielstwo wśród Polaków na siebie nawzajem było olbrzymie, o czym świadczą ostatnio opublikowane archiwa Gestapo, Polacy uczestniczyli w administracji niemieckiej, tworzyli oddziały granatowej policji, wstępowali do Wermachtu, podpisywali listę folksdojczów, na której znalazło się ponoć 3,5 miliona naszych rodaków. Co groteskowe, wielu z tych ludzi wykorzystało później ten fakt, by się na niego powołać przy ucieczce z komunistycznej Polski do RFN.

Pan Bogdan ze spisem Żydów

I wtedy z tłumu wychodzi starszy pan, który groźnie macha laską w naszą stronę i wykrzykuje, że ściana, na której chcemy malować, wcale nie jest żydowska i niech pan nie opowiada! Ta ściana akurat należała do polskiego hrabiego Łubińskiego i on to wie, bo ma dziewięćdziesiąt lat. Podchodzę do niego z mikrofonem i pytam, czy pamięta Żydów. A on na to, że i owszem, bardzo dobrze pamięta i wyciąga z kieszeni kartkę, na której ma zapisaną listę żydowskich nazwisk, swoich żydowskich sąsiadów. Podstawiam panu mikrofon pod usta, a on zaczyna wspominać. Mówi, kto był piekarzem, kto miał sklep z tkaninami i gdzie kto mieszkał. Benek Nissman był dentystą, a Kwiatek był fryzjerem tam na rogu. Bielacki miał czapki i kapelusze, Symha Zima miał sklep ze smarami. Estera Zielony Las miała lodziarnię. Kreda miał farbiarnię na Gdańskiej. Zaczyna nawet opowiadać anegdoty i są to miłe wspomnienia. Jego twarz się rozpogadza i nawet pojawia się uśmiech. A więc ta pamięć nie musi być zła… Później dowiem się, że ów pan, o imieniu Bogdan, pojawia się na większości takich miejskich wspominek, a kartka była w użyciu już wiele razy. 

– A Bielawskiego pan pamięta? – pytam. Chodzi mi o Fajwla, autora książki. 

– Pewnie! Bielawski sprzedawał koszule, miał tu dom po lewej stronie.

– Wie pan, że on napisał książkę? 

– Wiem! – twarz pana Bogdana się zmienia. Według niego coś tam Fajwel nie tak napisał. – Fajwel pisał, że Żydów wywozili ciężarówkami, a oni szli na piechotę!

Ach tak, czyli Fajwel kłamie, bo Żydzi do Treblinki poszli, a nie pojechali. Tu jest to fajwelowskie kłamstwo, które odnajduję potem wytknięte przez historyka Jóźwiaka. To Jóźwiak spisał listę „kłamstw Fajwla” i dał miastu argumenty. Rozumiem co prawda, że czy na piechotę, czy samochodami, to efekt dla Żydów był ten sam? Odzywam się do Węgrowian w kilku słowach opisując książkę Fajwla. Mam nadzieję, że ktoś ją przeczyta. Mówię nawet, że mają wyjątkowe szczęście, że taka książka w ich mieście powstała, że mają tak cenny dokument, że powinni być za to wdzięczni losowi. Na to włącza się pan Bogdan:

– Ale cała rodzina Bielawskiego się uratowała i to dzięki Polakom! Bielawski powinien być wdzięczy Polakom. Wdzięczny do końca życia! 

Wracamy więc do antysemickich refrenów. Pan Bogdan pamięta Żydów sprzed wojny, ale Zagłady już nie pamięta. O tym lepiej nie mówić. Bielawski przeżył i ma być wdzięczny, a że reszta nie przeżyła, to już ich sprawa.

– Ale Bielawski był wdzięczny – mówię – i pisze o tym w swojej książce. Wdzięczny do końca życia.

A za swoje przetrwanie zapłacił złotem, które zaczął chomikować w puszkach zakopywanych w ogrodzie, na taką właśnie okazję. Tak, Bielawski zachował wdzięczność do Polaków. Ale nie tylko. Zachował jeszcze pamięć. A ta pamięć jest dla Polaków bezlitosna. Ale tego już nie mówię przez mikrofon na targu w Węgrowie. Po co zadrażniać. I tak jest gęsto.

– A czemu tu nie ma polskiej telewizji! – wykrzykuje nagle Andrzej Brzezik, ten historyk – ja chcę, żeby tu była polska telewizja! Czemu pan holenderską sprowadził? Niech pan jedzie do Holandii i tam pyta ilu Żydów wybili! – No cóż, na coś takiego nie wiadomo, co powiedzieć. Nacjonalista chce polskiej telewizji. Może powinien ją sobie załatwić, ja nie wiem… Ja kontaktów w polskiej telewizji nie mam.

Teraz Dawid przejmuje mikrofon i zaczyna opowiadać o sobie, o byciu Żydem i Polakiem, o wspólnej pamięci i wspólnej odpowiedzialności za tę pamięć. Jestem Żydem i Polakiem, mówi. Jestem z tego dumny. Po czym odśpiewuje po hebrajsku modlitwę. Fajnie, że ludzie mają okazję jej posłuchać. Tu w Węgrowie.  

A ludzi zbiera się coraz więcej. Biorę mikrofon i wspominam tę, za którą przyjechałem tu zatęsknić. Rachelę. Znam Rachelę, gdyż przetrwała w pamięci swojego kochanka Fajwla, jako kwiat na pustyni okrucieństwa, jako najlepsza i najpiękniejsza istota pod słońcem, którą Fajwel zaledwie raz pocałował. Tulili się do siebie przez tydzień w małym schronie, po czym los ich rozdzielił. Już na zawsze. Rachela została zastrzelona na cmentarzu Węgrowskim i wrzucona do dołu. Przez Polaka. Takich rzeczy się nie zapomina. Takich rzeczy się nie wybacza. Takie rzeczy zostają do śmierci. Czy za to też Fajwel miał być wdzięczny? 

– Maluj już ten napis! – podnoszą się głosy. – Co tak stoisz? Boisz się?

– Ja tu przyjechałem po to, byśmy zrobili to razem. Czy znajdę wśród Was pomocników? – pytam.

– Nie będzie żadnej pomocy! – krzyczą do mnie kpiące głosy. 

– Żadnej pomocy? – pytam. 

– Żadnej!

Idę więc w publiczność i pytam indywidualnie, już nie przez mikrofon. Czy ktoś się przyłączy?

– E, my nie umiemy malować… – śmieją się jakieś panie. 

– Nikt się nie nabierze na tę prowokację! – mówi jakiś pan. 

– Spierdalaj – mówi mi inny pan. Rzeczowo.

– Jedź sobie do Tel Awiwu!

– Ma pan pozwolenie? Nie? No to panu już podziękujemy. 

– Pomocników pan nie znajdzie, tu nie ma idiotów!

– Niech pan wyjeżdża z tego miasta. 

ITD. ITD. 

W Węgrowie nie było ani jednego idioty.  

– Wymordowano połowę Waszych sąsiadów – odzywa się przez mikrofon Dawid. – A wśród was nie znajdzie się jeden odważny, który pokaże, że o nich pamięta?

Nie. Nie znajdzie się.

Co tu się dzieje, zastanawiałem się. Jak to możliwe? Na czym polega ten upór, ta dynamika wrogości. Skąd ta niechęć? I wtedy dostrzegam mężczyznę w marynarce, który podchodzi do grupy krzykaczy i wydaje im dość ostentacyjne instrukcje, by się trzymać z daleka, by się nie włączać, nie dać się sprowokować. Na koniec mówi jeszcze tak, by wszyscy słyszeli: „ich porażka będzie naszym zwycięstwem”. A więc ktoś tu wydaje polecenia i instrukcje. A więc to jest zmobilizowana grupa, która wykazuje zdyscyplinowanie. Mamy do czynienia z bojówką, która narzuca reszcie swoją wolę. I wrogość. Oni chcą naszej porażki. To są te kategorie. 

Wyglądało na to, że zostaliśmy sami. Cały czas trudno mi w to uwierzyć, ale tak to wyglądało. Nie byłem pewien, co robić dalej, przecież nie chodzi o to, żebym sam to pisał. To bez sensu.

– Co robimy, Dawid?

– Nie wiem…

Pomyślałem, że skoro ściana jest niedostępna, to będę taki sprytny, że namaluję napis na chodniku. W końcu komu może przeszkadzać napis na zbitej kostce bauma, która leży na targowisku miejskim? Ale nie, i ona okazała się zbyt cenna dla Węgrowian, by po niej bazgrolić jakieś napisy o Żydach. Policjant powstrzymał mnie po zrobieniu jednej kreski. Wylegitymowano mnie, zagrożono sądem. Policjant zapowiedział konsekwencje. 

– Weź to teraz wyczyść! – wrzasnął ktoś, kogo później zidentyfikowałem na zdjęciach jako Stasio. Bardzo aktywny hejter na Facebooku. – Swoją koszulką to wyczyść, frajerze!

Teraz już wrogość pomiędzy nami a tłumem stała się oczywista. Widzowie nie ukrywali już niechęci, wykrzykując pod naszym adresem wyzwiska i kpiny. Czar prysł. Dalsza komunikacja stała się niemożliwa. I bezcelowa.

– Naprawdę dajecie sobą rządzić takiej grupce idiotów? Jak ci tam! – powiedziałem do mikrofonu wskazując na bojówkarzy. – Tak patrzę na Węgrów i się zastanawiam, czy naprawdę jesteście sterroryzowani przez tych facetów?

Po tych słowach podniosły się okrzyki oburzenia. W komentarzach na feju i w relacjach „lokalnych mediów” powtarzano później, że Betlejewski obrażał mieszkańców Węgrowa. Ale nie wszystkich. Tylko kilku i wszyscy wiedzą których.

Na tym etapie nie byłem pewien, czy robić ten napis, czy dalsze działanie w ogóle ma sens. Skoro nikt nie chce się włączyć. Skoro wyzywają nas od pajaców. Tu jednak wsparł mnie Dawid.

– Musimy to dokończyć, bracie. Teraz już nie możemy się wycofać.

Popatrzyłem na niego i uśmiechnąłem się. Miał rację.

– Masz rację, Żydzie! – powiedziałem. Przybiliśmy sobie piątkę, wzięliśmy wałek i czerwoną farbę, i zrobiliśmy ten napis na płótnie, które mieliśmy przygotowane na taką okoliczność. Nasza rozmowa z ludźmi sprowadziła się już do pytań, gdzie można wieczorem pójść w Węgrowie, co się dzieje itd.  Usłyszeliśmy, że do bazyliki można pójść.

– Betlejewski, a w kościele dziś byłeś?

Malowaliśmy ten napis jakieś 20 minut, ale żaden „głupi” się nie pojawił, by nam pomóc. Nikt.

– Wiesz – powiedział mi potem Dawid – że nikt nawet nie podszedł do mnie, by zagadać. Przez cały ten czas. Nikt mi nie podał ręki. Jakbym był niewidoczny.

To smutne. Smutne i ciekawe. Jakby Żyda tam nie było. Później na fejsie także Żyd nie będzie właściwie wspominany. Żyda nie było. Żyd wpadł w tę samą otchłań, w której znajdują się wszyscy węgrowscy Żydzi. To dół pod hurtownią.

Gdy napis był skończony przenieśliśmy nasz banner na rynek główny, gdzie zabito rabina, i powiesiliśmy go opodal bazyliki między drzewami. Całe miasto było świadkiem, że Żyd symbolicznie powrócił. Węgrów zobaczył napis Tęsknię za Tobą, Żydzie choć na chwilę. Zobaczył też dwóch facetów, którzy na przekór wszystkim pokazali, że o Żydach można i trzeba rozmawiać, że temat Żydów nie zniknie, że można i trzeba o nim mówić wprost. Pokazaliśmy, że ten temat można wziąć „na warsztat” indywidualnie. Że nie trzeba do tego władz i burmistrza, że wystarczy rzucić pomysł, mieć wałek i mikrofon i można na dwie godziny wstrzymać miasto. I to zostaje. To działa. To kiełkuje w umysłach wielu osób, którzy podczas całego przedstawienia zachowali ciszę i stali z boku. Nie wszyscy przecież byli nastawieni wrogo, nie wszyscy patrzyli na nas z niechęcią. Wiem o tym, gdyż mi potem o tym mówiono. Mówiono z zażenowaniem i zawstydzeniem, że miasto zareagowało w taki sposób. Wiem więc, że wśród widzów byli ludzie, ktrym ten projekt dał do myślenia, którzy będą musieli się zastanowić, o co w zasadzie chodziło tym dwum dziwakom, dlaczego przyjechali do ich miasta. Dlaczego chcieli napisać Tęsknię za Tobą, Żydzie, a nie o bohaterze Pileckim i nie o papieżu Janie Pawle. I co to właściwie znaczy „tęsknić za Żydami”? Jestem pewien, że byli tam ludzie, którzy poszli do domu i w internecie odszukali książkę Bielawskiego, by ją  przeczytać. A ten głos brzmi najdonioślej. W ten sposób buduje się zmiana. Od zasianego ziarna. 

– Wstyd nam za Węgrów i za zachowanie tych facetów – wyznał mi potem jeden z mieszkańców Węgrowa, który woli pozostać anonimowy – Wiesz, ja tu zostanę. Nie wszyscy byli tacy jak oni, ale reszta się po prostu bała. Tu nikt się nie wychyli, bo się obawia konsekwencji, rozumiesz? – Rozumiem. Rozumiem i współczuję.

Węgrów jest przekonany o tym, że pamięta i czci.

Ja jednak nie podzielam tego optymizmu. Nasza wizyta w Węgrowie pokazała, że miasto, „które pamięta i czci, oraz ma pomnik” nie jest gotowe znieść napisu „Tęsknię…”, nie jest w stanie strawić słowa „Żyd”, nie umie z nim obcować bez wrogości i strachu. Węgrowska pamięć została włożona w bezpieczny pojemnik „oficjalnych obchodów” i wsadzona do zamrażalnika, w którym nikt jej nie rusza, by się nie okazało, że śmierdzi. Nasza wizyta w Węgrowie pokazała Węgrowianom, co w nich tak naprawdę siedzi. Jakie emocje się w nich wyzwalają, gdy temat zostanie podniesiony „z zaskoczenia”. I Węgrów może się teraz przejrzeć we własnym lustrze i dostrzec swoją prawdziwą twarz. Twarz, która pewnie nie jest dla nikogo aż takim zaskoczeniem, gdyż Węgrowianie widzą tę twarz na co dzień, nawet jeśli udają, że jej nie dostrzegają. Czyż to nie zabawna metafora to lustro? W mieście, które za swój najważniejszy obiekt historyczny uważa „lustro Twardowskiego”, w którym można ujrzeć twarz diabła… 

Gdy wracaliśmy do Warszawy zapytałem Dawida, jak się czuje. Powiedział mi, że jest w szoku, że ma mieszane uczucia, że z jednej strony się cieszy, że żyjemy, że nic nam się nie stało, że zrobiliśmy ten napis, ale z drugiej strony, że najadł się strachu i wstydu. Wstydu za Polaków, za te kpiny i obelgi, za to, że nikt nam nie pomógł. 

– Wiesz, jak stałem tam na przeciw tego wrogiego tłumu, ja, Żyd, czułem się tak, jak musieli się czuć Żydzi wtedy… 

– Wtedy?

– Tak, podczas Zagłady. Gdy byli sami, opuszczeni, nikt nie chciał im pomóc. Gdy zamiast pomocy była obelga i kpina. 

I Dawid patrzył w okno na pola i łąki, nabrzmiałe nowym doświadczeniem. Ja zaś patrzyłem przed siebie i przełykałem gorycz. Mi także było wstyd za Węgrów, za Polskę, w której taki Węgrów jest możliwy. W której na Facebooku i Youtubie wylewa się morze antysemickiej pogardy. Myślałem z podziwem o Dawidzie, który potrafił się z tym zmierzyć. Wiem, że będzie musiał się z tym zmierzyć jeszcze nie raz.

Stawiam więc pytanie: czemu? Czemu musiało to tak wyglądać. Dlaczego nie mogło to przebiegać tak, jak w moim marzeniu, na wesoło i w grupie? Czemu Węgrów nie mógł się w to zwyczajnie włączyć? Dlaczego to jest niemożliwe? Gdybyśmy wykonali ten napis wspólnie w świat poszedłby wspaniały sygnał z Węgrowa: Węgrów pokonał swoje strachy i dziś jest miastem przyjaznym.  

– Zastanawiam się, wiesz – mówię do Dawida – czy my się w ogóle zmieniliśmy. Czy przez te siedemdziesiąt lat coś się w Polakach zmieniło? 

Myślę chwilę nad tym pytaniem i nie wiem. Ja sam urodziłem się w roku 1969, mój ojciec w ’42 – a więc już w tamtych czasach. Dzielą nas od tamtych wydarzeń zaledwie dwa pokolenia. Może trzy. Czy w tym czasie wykonaliśmy pracę, która dawałaby gwarancję, że rozumiemy co się stało, że jesteśmy w innym miejscu jako społeczeństwo?

Niestety nie. Nasza wizyta w Węgrowie pokazała to jak pod mikroskopem. Jest z nami źle, bardzo źle i może być jeszcze gorzej. Z takim nastawieniem, jakie zaprezentował Węgrów idziemy w stronę ciemności. 

Dziś Holocaust nie tylko NIE jest częścią polskiej historii martyrologicznej, ale został zmarginalizowany jako żydowski spisek propagandowy. W polskim internecie mówi się o „przemyśle Zagłady”, który ma być wymierzony w Polskę i nasze dobre imię. W ten sposób najważniejsze wydarzenie w nowożytnej historii świata, a może nawet kamień węgielny współczesności, jakim jest Holocaust, zmienia się dla nas w groteskę.

Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że nikt w tym kraju nie czyta. Księgarnie uginają się od książek tłumaczących w detalach zarówno morfologię polskiego antysemityzmu, jak i przebieg Zagłady. Można znaleźć wypowiedzi historyków, przedruki ze świata, głos ofiar, naocznych światków historii. Mamy pod ręką cały chór wspaniałych nauczycieli historii, a jednak nikt z nich nie korzysta. Do nikogo to nie dociera.  Z pewnością nie do dziarskich chłopaków, którzy pokrzykiwali na nas w Węgrowie. Do nich dociera tylko głos „proroków prawdy” spod znaku Michalkiewicza, Ziemkiewicza i Ewy Kruk, którzy w prostych słowach im mówią, jak są robieni w bambuko, jak się na nich Żydy uwzięły i jak chcą z nich wypompować miliardy przy współudziale skorumpowanych polskich elit, lewaków i pedałów. Ludzie typu Karonia tłumaczą im, że marksizm i komunizm powraca pod przebraniem LGBT i Unii Europejskiej, by zrobić z nich niewolników. Księża typu Rydzyk i Oko wykładają, że polska wspólnota katolicka stoi solą w oku zboczeńcom z Europy, którzy chcą nas zmienić w tanią siłę roboczą. Prawicowe media dostarczają paliwa otwarcie kompromitując naukowe instytuty i ich pracowników „obalając ich szkodliwe teorie i ośmieszając ich osobiście”. Dziś wystarczy użyć w publicznej wypowiedzi nazwiska Gross, by zostać uznanym za skompromitowanego. Nie ma granicy dla werbalnej przemocy. Nie ma epitetu, który nie może zostać użyty.

W rezultacie ciągle stoimy tyłem do samych siebie i swojej historii, zatopieni w diabelskim śnie. Skrajnie rozdrażnieni. Wystarczy słowo lub gest kwestionujący dogmatyczną wizję POLAKA, by wywołać skrajne emocje i radykalną złość. Przestrzeń do rozmowy jest żadna. Zadaj pytanie o polski udział zw Zagładzie, a usłyszysz, że powinieneś pytać o polskich bohaterów, a w ogóle to kto ci płaci i wypierdalaj do Izraela. Polska „normalność” powraca dziś pod postacią rycerza zwalczającego potwora Amalgamata, złożonego z komuchów, nazistów, marksistów, ubeków, Wałęsów, Sorosów, masonów, agentów, Ruskich, pedałów, lesbijek, rowerzystów i wegetarian. Tym ludziom naprawdę wydaje się, że są patriotami, którzy bronią swojej ojczyzny. 

Ze strachu i poczucia winy nie chcemy zagłębić się w ponure odmęty własnej podświadomości, zmierzyć się z ciężarem pamięci i odpowiedzialności, nie chcemy dojrzewać. Dzisiejsza polskość jest infantylną celebrą pognębienia i chwały, wymuszonej dumy i papierowej siły w oderwaniu od tego, co w nas jest najbardziej prawdziwe. Żyjemy w aktywnym zapomnieniu, skazując się na to, że potwory przeszłości nieustannie gryzą nas i zatruwają jadem naszą współczesność. Niczym Zombie poruszani impulsami czarownika, co i rusz podrygujemy szaleńczo na kolejne doniesienie z zagranicy o jakiejś próbie upamiętnienia polskich Żydów, lub jakieś czyjeś przejęzyczenie. Dla nas to nie są przejęzyczenia, to śmiertelne obrazy. Dla nas to nie są upamiętniena, dla nas to kleszcze spisku, nieuchronny topór żydowskiej zemsty. Zamiast prawdy kujemy mit, a przez to żyjemy w niepojęciu kim jesteśmy. Andrzej Leder nazywa to snem. Snem uporczywym, dusznym i męczącym. To maligna.

W tym śnie nie tylko nie ma miejsca na jakąkolwiek polską odpowiedzialność, w tym śnie nie ma nawet pojęcia antysemityzm. Nikt go nie rozumie, a każdy odrzuca. Przeciętny Polak jest przekonany, że w Polsce nie ma antysemityzmu, że to tylko kolejne oszczerstwo rzucane na Polskę i Polaków, żeby wyłudzić srebrniki. Oczywiście przez Żydow. Antysemityzm to pałka na krytyków żydowskiego spisku. „Powiesz coś zlego na żyda to już jesteś antysemita”. Jako dowód podaje się, że Żyd przejdzie bezpiecznie każdą ulicą polskiego miasta i nic mu się nie stanie (co nota bene jest prawdą). Antysemityzm jest wszędzie w Europie, ale nie w Polsce. Antysemita, jak faszysta to w Polsce obelga. Niezależnie od tego, czy uzasadniona. „Jak nie ma argumentów, to się łatkę antysemity przypnie” – mówią.

Polacy nie rozumieją, że antysemityzm kryje się w powszechnych poglądach i lękach, że składa się z fałszywych generalizujących przekonań i uprzedzeń, że wystarczy je powtarzać, by dołączyć do grona antysemitów. Nikt w szkole tego nie uczy. Antysemityzm jest niemiecki, nazistowski, antysemityzm to bicie Żyda. A Polacy nie biją Żydów, więc nie są antysemitami. Polacy tylko walczą o swoje. Antysemickie uprzedzenia zostały przedstawione jako zwyczajna zdroworozsądkowa krytyka.

Natomiast na świecie istnieje antypolonizm. To być może najbardziej kuriozalne złudzenie ze wszystkich polskich złudzeń, gdyż w zasadzie kompletnie wyssane z palca. A jednak powtarzane na każdym kroku. Zgodnie z tym przeświadczeniem, gdybym spróbował napisać w Izraelu na ścianie „Tęsknię za Tobą, Polaku” zostałbym ukamienowany. Ten mit wydaje mi się niezwykle perwersyjny, gdyż jest dokładnym lustrzanym odbiciem żydowskiego przekonania o powszechnym antysemityzmie, lecz tak jak Żydzi mają na to dowody w postaci olbrzymiej literatury naukowej, 2000 lat pogromów i Holocaustu, tak Polacy nie mają na to nic. Gdzie, ja się pytam, jest jakaś sensowna książka etnograficzna na ten temat? Nie ma. Czy ktoś słyszał o tym, by figura POLAKA służyła gdzieś do straszenia dzieci? Zresztą, wystarczy wyjechać gdziekolwiek, by się przekonać, że Polacy nie tylko są raczej lubiani, tak jak inni turyści, to jeszcze najczęściej są myleni z Holendrami. Poland Holand. Większość ludzi w ogóle nie wie, gdzie jest Polska, nie mówiąc o tym, że ma żywić wobec Polaków jakieś uprzedzenia. Antypolonizm ma być przede wszystkim obecny w Izraelu, oraz – o dziwo – wśród polskich skorumpowanych „łże-elit”. Oba te twierdzenia są fałszywe.

A jednak można by się było nad tym zastanowić. Nie nad „antypolonizmem”, który jest mitem, ale nad realną niechęcią wielu Żydów do Polski i Polaków. Widziałem tę niechęć, była mi komunikowana. Istnieje głęboki żal do Polski i polskich sąsiadów ze strony Żydów, którzy zostali przez tych sąsiadów zdradzeni. Istnieje olbrzymia niechęć i żal do Polski i Polaków ze strony ludzi, którzy zostali stąd wygnani w 45 i 46 roku, kiedy próbowali odbudować się gdzieś na gruzach poprzedniego życia, którym ukradziono wszystko, co mieli, łącznie z rodzinami i pamięcią. Sądzę, że istnieje wielkie rozgoryczenie i niechęć do Polaków ze strony Żydów, których dotknęła antysemicka nagonka w 1968 roku i którzy zmuszeni byli porzucić swoją ojczyznę na rzecz tułaczki i emigracji. Tak wielka, jak zauważa Tomasz Żukowski z UW, że ci ludzie nie chcą nawet z nami rozmawiać. Tak, żydowska nienawiść do Polaków jest faktem. Nienawiść do Polaków ze strony Żydów, których rodziny zostały w masowych i bezimiennych grobach z winy ich polskich sąsiadów, którzy pamiętają obelgi, szpiclowanie, poniżenie i wykluczenie ze strony ludzi, którzy powinni byli ich ratować. Ta nienawiść została zabrana przez ocalonych we wszystkie strony świata i wyrażona w niezliczonych wojennych wspomnieniach. Gorący nieutulony żal i niedowierzające rozgoryczenie.

Ale ta żydowska nienawiść to nasz problem i nasze zadanie! Żydowska nienawiść do Polski i Polaków to jest wielki nierozwiązany problem Polski i Polaków. Problem, który dodatkowo pogłębia paranoiczna polityka polskiego rządu i gruboskórny, okrutny antysemityzm polskiego społeczeństwa. Rozszerzające się i gruntujące kłamstwo oświęcimskie, bezduszna próba zdyskredytowania ofiar i osób, które chcą głosić opowieść ofiar.

Dziś lokalny historyk Radosław Jóźwiak pisze krytyczną recenzję książki Szragi Fajwla Bielawskiego pt. „Zagłada społeczności żydowskiej Węgrowa we wspomnieniach Szragi Fajwla Bielawskiego. Studium jednostkowego antypolonizmu”.  

Dla niego świadectwo ocalonego to „studium antypolonizmu”.

Następnego dnia po akcji odwiedzam burmistrza Marchelę, który siedzi w fotelu okupacyjnego burmistrza Okulusa.

– Wie pan – mówię burmistrzowi – zaczepiła mnie na ulicy pewna pani, która twierdzi, że jej przykro za to, co się stało.

– Widzi pan, a mi ludzie mówią, że się cieszą, że ten napis nie powstał… – odpowiada burmistrz i sam nie wiem, czy on jest dumny dziś z Węgrowian?

Niech pan ich nie słucha, panie burmistrzu. Są też ludzie, którym przykro. Na których pan postawi? Wybór należy do pana.

Trzeba cisnąć tę akcję. Dziś bardziej niż kiedykolwiek. Trzeba walczyć z przesądami i dawać świadectwo prawdzie. Zapowiedziałem burmistrzowi Węgrowa, że będę się ten napis starał zrobić na 22 września, rocznicę likwidacji Getta. Proszę napisz swoją petycję do burmistrza Węgrowa o zgodę na ścianę: sekretariat@wegrow.com.pl

Rzeczywiście! Wsparcie się przyda i jest potrzebne! Nie wahaj się! Wesprzyj nas dziś! PayPal

Szalom!