Batman? Jaki kur… Batman?

Joker, którego pan stworzył w nowym filmie, kiedyś spotka wreszcie Batmana. Jak pan sądzi, pyta Joaquina Phoenixa bulwarowy dziennikarz, jak Joker na niego zareaguje?

Phoenix siedzi i mruga oczami. Przez chwilę zdaje się zastanawiać, kim w ogóle jest Batman. Jaki kurwa Batman? Tam miał być jeszcze Batman?

Ha! Patrzyłem na konsternację Phoenixa i pojąłem, że w tej konsternacji zawarta jest bardzo ciekawa myśl na temat nowego Jokera, że niezbyt rozgarnięty dziennikarz plotkarski trafił w sedno. Tam nie ma żadnego Batmana. Jaki Batman?

Kiedy już Phoenix wymrugał się oczami, rzekł, że nie wie, że nigdy się nad tym nie zastanawiał, że chciałby mieć na wszystko mądrą odpowiedź, ale nie ma.

No właśnie, oglądając nowego Jokera, nikt nie zastanawia się nad Batmanem. Bo kim niby miałby być Batman w tej sytuacji? Policjantem stojącym na straży systemu opresji i status quo bogatych? Strażnikiem plantacji, na której pracują niewolnicy? Kogo miałby bronić? Bogaczy? I przed kim? Przed takimi jak my?

Nie będę pisał, jakim zajebistym filmem jest Joker, bo w zasadzie wszystko już napisano. Odsyłam do tekstu Małgorzaty Halber na przykład. Ja też, tak jak ona, zostałem wgnieciony w fotel i długo nad tym myślałem. Ale już piano nad tym, jak pięknie jest sfotografowany, jak genialnie zagrany, jak trafnie zaobserwowany więc nie będę się powtarzał. Ja chciałem tylko przekazać takie dwie obserwacje. Po pierwsze, że pomimo swojego rozmachu jest niesamowicie oszczędny i bardzo precyzyjny, oraz po drugie właśnie, że stwarza Batmana dla dorosłych. Tym Batmanem dla dorosłych jest Joker. Tamten Batman, ten o którym Phoenix nawet nie pamięta, jest bohaterem dla naiwnych dzieci, które kupują jeszcze system tak, jak go im sprzedają rodzice.

Czy porównywano już Jokera do Chrystusa? Tak, nie? Nie wiem. Joker – zbawca mas pracujących? Bohater zwykłych śmiertelników, kanałowych szczurów, pognębionych i wkurwionych. Jeśli prawdą jest, że 1% ludzkości trzyma w garści 99% zasobów, reszta – a to oznacza nas wszystkich – jest niewolnikami. Oto ziszczenie snu Balcerowicza: kapitalizm. My wszyscy, którzy na co dzień patrzymy na siebie wilkiem, pokrzykujemy na siebie w autobusach i pchamy się do kas w Biedronkach, mamy tak samo przejebane i jedziemy na jednym wózku. Zostaliśmy napędzeni na siebie nawzajem by walczyć o okruchy ze stołu bogaczy. I wszyscy jesteśmy tak samo wkurwieni, tak samo zmęczeni, tak samo sparanoizowani, tak samo uwięzieni. Nas nie stać na miłość, gdyż miłość wymaga czasu i przestrzeni, wymaga zasobów. Stać nas jedynie na rozpacz pełną wzajemnych oskarżeń i pretensji. Możemy się tylko nawzajem krzywdzić. Skakać sobie do gardeł, wzajemnie na siebie napadać. Jednak nasza złość, a co za tym idzie przemoc jest nieukierunkowana, chaotyczna, kąsa przypadkowo i na odlew. Co chwilę ktoś wysiada z auta z bejsbolem w ręku by spuścić wpierdol staruszce, która jechała zbyt koślawo. To jego moment chwały, to jego złudzenie mocy. Ale to nie na nią w gruncie rzeczy jest zły. To nie na niej chciałby się zemścić. Ale mści się na niej, gdyż prawdziwy obiekt jego nienawiści jest poza zasięgiem – nie tylko zasłonięty murem systemu, ale usunięty z pola wyobraźni. Bogaty został mu przedstawiony jako fundament, na którym trzyma się jego nędzna egzystencja, jako gałąź na której on sam siedzi, a władza Bogatego jako kardynalna zasada rzeczywistości, nienaruszalna jak prawa fizyki. Tak po prostu musi być – buntować się przeciwko temu to jak gniewać się, że świeci słońce. Nikt rozsądny tego nie zrobi. Do tego trzeba idioty. Prawdziwego idioty, który nie rozumie, że nic nie wskóra, że jest w tym śmieszny. 

I trzeba zapalnika, który pomoże innym idiotom zrozumieć, jacy są śmieszni i kto się z nich śmieje. A że prowadzi nas zwyczajny debil? Tym lepiej! Kto bardziej niż skrajny idiota zasługuje, by stać się naszym wodzem? Kto lepiej nas poprowadzi niż ktoś, kto nie chce nas nawet prowadzić, kogo jedyną motywacją jest tylko wkurwienie? No kto? Kto jak nie Joker?

Batman? Jaki kurwa Batman? A tam miał być jeszcze Batman?