Wszyscy będziemy uchodźcami

Skrajna ksenofobia i równie naiwna, bo nie poparta faktami, ksenofilia stanęły po dwóch stronach barykady na swoich umocnionych pozycjach i nie chcą ustąpić. A przecież wszyscy będziemy… przepraszam, byliśmy uchodźcami.

 

Ilustracjami są fenomenalne obrazy Jacoba Lawrence’a, afro-amerykańskiego malarza zmarłego w 2000 roku. Lawrence zdobył sławę już jako młody malarz w latach 40tych, gdy przedstawił obrazy dotyczące wielkich migracji amerykańskich.  

W średniowieczu i w renesansie ominął nas wieli exodus, który opanował Europę Zachodnią podczas wypraw krzyżowych i bezpośrednio po nich.  Najwcześniej na podbój innych krajów wyruszyli Normanowie, znani bardziej jako Wikingowie. Już w X wieku zajęli Normandię, a zwycięstwo pod Hastings, w 1066 roku, odniesione przez normańskiego księcia Wilhelma utorowało im drogę do Anglii i Irlandii. Po nich nastąpił długoletni podbój Sycylii, a w międzyczasie opanowali znaczną część bliskowschodnich wybrzeży.

Polacy nie kwapili się do udziału w zbrojnym odzyskaniu Ziemi Świętej, choć jak powiada jeden z kronikarzy, przyczyną owej niechęci był… brak piwa w tamtejszym gorącym klimacie. Jedynym polskim uczestnikiem krucjat był mało znaczący książę sandomierski Henryk, który wspomógł monarchów Francji i Niemiec Ludwika VII i Konrada III, choć udał się do Ziemi Świętej już po zakończeniu głównych walk w 1054 roku. Efektem jego militarnych starań było sprowadzenie do Polski pierwszego zakonu rycerskiego, joannitów, na kilkadziesiąt lat przed tragicznym w skutkach krokiem Konrada I, księcia mazowieckiego i kujawskiego, który postawił na krzyżaków.

Sam zresztą nie cieszył się długo urokami życia – poległ około 1066 podczas wyprawy Bolesława IV Kędzierzawego przeciwko Prusom.

Wesprzyj #Medium

Późniejsze doniesienia wymieniają Benedykta Polaka, franciszkanina, który miał uczestniczyć w papieskim poselstwie Innocentego IV Giacoma da Piano del Carpina (1245-47) do Karakorum, ówczesnej stolicy Mongołów. A ponieważ owocem jego podróży była relacja znana jako Minoras ad Tartaros, lub Historia Mongolarum quos nos Tartaros appellamus, został ochrzczony mianem pierwszego polskiego podróżnika.

Natomiast Jana z Kolna (znanego jako Scolvus Johannes), legendarnego polskiego żeglarza w służbie duńskiej, który jakoby w 1476, a więc 16 lat przed Kolumbem miał dotrzeć do Ameryki, nie należy traktować poważnie, gdyż brak jest na to jakichkolwiek dowodów.

Kolejna barwna postać to Mikołaj Krzysztof Radziwiłł, zwany Sierotką, który w latach 1582-84 udał się do Ziemi Świętej. I on pozostawił po sobie barwną opowieść, Peregrynacja abo pielgrzymowanie do Ziemi Świętej (1607), która do początków XIX wieku była podstawowym źródłem wiedzy o Palestynie, Syrii i Egipcie, wchodzących wówczas w skład Imperium Otomańskiego.

Jacob Lawrence:  "One of the largest race riots occurred in East St. Louis."
Jacob Lawrence:
„One of the largest race riots occurred in East St. Louis.”

Pierwsi polscy Amerykanie

W tym samym czasie, gdy dziełko Sierotki ukazało się na rynku, w Polsce gościł anielski kapitan, John Smith, w celu zwerbowania niezbędnych rzemieślników dla brytyjskiej kolonii Jamestown, na terytorium dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. 1 października 1608 roku, po długim rejsie przez „wielką wodę” na statku „Mary and Margaret” zjawili się pierwsi polscy osadnicy na amerykańskiej ziemi. Byli to Michał Łowicki, Jan Mata, Zbigniew Stefański, Jan Bogdan i Stanisław Sadowski. Jak wynika z miejscowych zapisków, byli biegłymi mistrzami w produkcji „potażu, mydła i szkła”. Dość szybko otworzyli hutę szkła oraz manufaktury produkujące dziegieć i liny okrętowe. Smith wychodził ze słusznego założenia, że kolonia nie może wszystkiego importować.

Nie wszystko układało się dobrze pomiędzy miejscowymi władzami, a nowoprzybyłymi. W 1619 roku miejscowy gubernator ograniczył prawo wyborcze do dorosłych mężczyzn pochodzących z Anglii. Wywołało to gwałtowny sprzeciw Polaków i pierwszy strajk w dziejach Ameryki Północnej. Polscy rzemieślnicy wyszli z niego zwycięsko i uzyskali pełnię praw politycznych kolonii.

Krzysztof Arciszewski

Przez kolejne dziesięciolecia nie słychać o masowym napływie Polaków do Nowego Świata. Chlubnym wyjątkiem był żołnierz i poeta Krzysztof Arciszewski, który w 1629 roku pojawił się w… Brazylii jako uczestnik holenderskiej ekspedycji mającej na celu wyparcie Portugalczyków i Hiszpanów z jej obszaru. Za swoje zasługi otrzymał godność admirała i generała artylerii.

Trzeba w tym miejscu wspomnieć o ruchach migracyjnych w Europie. Wiek XVII to okres wojen religijnych i kontrreformacji. W Polsce, słynącej z tolerancji, również doszło do prześladowań religijnych czego przykładem było wygnanie arian w 1658 na mocy dekretu sejmowego i zamknięcie ich akademii w Pińczowie. Większość z nich udała się do Holandii i Siedmiogrodu, a część odpłynęła na statkach do Ameryki.

Wielcy zdrajcy

To także czas wojen i wielkich „zdrajców”, którzy korzystając z ogromnych majątków także chętnie chronili się za granicą.  Do najbardziej „zasłużonych” należeli podkanclerzy koronny Hieronim Radziejowski, który w obawie przed królem Janem Kazimierzem schronił się w Szwecji (ciążył na nim wyrok infamii) i w czasie „potopu” triumfalnie wkroczył do Polski u boku wojsk szwedzkich i Bogusław Radziwiłł, znany z pertraktacji z księciem Siedmiogrodu Jerzym Rakoczym w sprawie rozbioru Polski. Jednak ich wygnanie nie trwało długo i obaj w latach 50. XVII wieku uzyskali pełną amnestię i odzyskali… utracone pozycje. Pierwszy z nich został dyplomatą i ambasadorem Rzeczypospolitej w Turcji, gdzie wkrótce zmarł, drugi zaś stał się „wolnomyślicielem” i obrońcą kalwinizmu, co nie przeszkadzało mu korzystać z protekcji swego wuja… elektora brandenburskiego Fryderyka Wilhelma.

W gronie znanych XVII- wiecznych emigrantów znalazł się również król polski   Jan Kazimierz, ostatni przedstawiciel szwedzkiej dynastii Wazów, który wolał francuskie opactwo aniżeli użeranie się ze szlachtą oraz jeden z najwybitniejszych poetów polskiego baroku Jan Andrzej Morsztyn, oskarżony w 1683 o zdradę stanu. On również wybrał Francję.

W XVIII stuleciu polscy królowie dość chętnie udawali się na zagraniczne wojaże, choć nie zawsze z własnej woli. Pierwszą połowę wieku Oświecenia zdominowała rywalizacja rosyjsko-szwedzka na terytorium Polski i wymiana Augusta II Mocnego ze Stanisławem Leszczyńskim. Pierwszy dysponował ogromną siłą fizyczną i w naturalny sposób znalazł wspólny język z carem Piotrem I Wielkim. Drugi to prawdziwy intelektualista, autor licznych rozpraw i prekursor zjednoczonej Europy, choć w kontekście antyrosyjskiej koalicji. Obu zaś łączyło umiłowanie uciech łoża i stołu.

Według niektórych szacunków August II miał z licznymi kochankami aż 600 potomków! Jego konkurent do tronu nie mógł poszczycić się takim wynikiem, ale jeszcze w dziewiątej dekadzie życia utrzymywał o 40 lat młodsze kochanki! A zmarł bardzo prozaicznie. Będąc prawie 90- letnim starcem zaprószył ogień i zginął od poparzeń.

I wreszcie ostatni, tragiczny polski monarcha Stanisław August, który również hołdował zasadzie carpe diem. Według opisu dość złośliwego kronikarza epoki księdza Jędrzeja Kitowicza, artystów cenił i wspierał, liczne artystki „dłutem przyrodzonym sztychował”, a skończył marnie zmuszony do opuszczenia Polski przez Katarzynę II. Zmarł na obczyźnie, w Sankt Petersburgu i przez lata wywoływał spory o to, czy jest godzien by spocząć na Wawelu. A działo się to już po pierwszej fali politycznego uchodźstwa, żałosnych konfederatów barskich…

Imigranci

Spóźnione średniowiecze w Polsce, które na dobre zagościło w XI wieku oraz liczne wojny ze wszystkimi sąsiadami sprawiły, że ziemie polskie były słabo zaludnione, ale za to atrakcyjne dla przeludnionej w owym czasie Europy Zachodniej. Trzeba bowiem pamiętać, że ówczesne rolnictwo dawało prawie trzykrotnie niższe plony, niż obecnie.

Pierwsi pojawili się koloniści niemieccy. Najpierw jako osadnicy na ziemiach Słowian zachodnich, którzy wydarli im ziemie podczas „krucjat” Albrechta Niedźwiedzia i Henryka Lwa. Ale już w XIII wieku, w okresie rozbicia dzielnicowego, niemieccy migranci byli mile widziani, a ich prawo lokacyjne (osadnicze) zostało oparte na prawie magdeburskim, skodyfikowanym w 1188 roku. Nie czas tu wchodzić w jego szczegóły. Ważne, że już w 1211, został oparty a nim ustrój Złotoryi, a do końca stulecia większości miast i miasteczek śląskich, wielkopolskich i małopolskich z Wrocławiem włącznie. Magdeburg stał się instancją odwoławczą dla orzeczeń miejskich i dopiero Kazimierz Wielki powołał do życia Sąd Wyższy Prawa Niemieckiego w Krakowie w połowie XIV wieku.  Pomiędzy dwoma nacjami, polską i niemiecką, istniały jednak antagonizmy, czego kulminacją był bunt niemieckiego patrycjatu pod wodzą wójta Krakowa Alberta, wspieranego przez równie zniemczonego miejscowego biskupa Jana Muskatę.

Jacob Lawrence:  "Another of the social causes of the migrants' leaving was that at times they did not feel safe, or it was not the best thing to be found on the streets late at night. They were arrested on the slightest provocation."
Jacob Lawrence:
„Another of the social causes of the migrants’ leaving was that at times they did not feel safe, or it was not the best thing to be found on the streets late at night. They were arrested on the slightest provocation.”

Hanza

Ujawnił się przy tym dość powszechny antagonizm wielu polskich miast. Zamożniejsza ludność stanowiąca ich elitę była głównie pochodzenia niemieckiego, stąd rady miejskie, a nawet ławy (jakby niższe ogniwo samorządu) faworyzowały obcy interes. Sytuację komplikował fakt, że większość dużych polskich miast należała do ogromnej korporacji handlowej Hanzy, której macki obejmowały obszar całego Bałtyku i Morza Północnego. W jej zasięgu znalazły się m.in. Gdańsk, Toruń, Koszalin i Kraków. A jej centrum mieściło się w Lubece i to jej prawo regulowało stosunki gospodarcze w Polsce. Ostatni zjazd Hanzy odbył się w1669 roku. Jej rozpad był efektem wojen religijnych i sprzecznych interesów w jej łonie, choć nigdy nie została formalnie rozwiązana. Dalekim echem jej dawnej świetności są… dzisiejsze rejestracje samochodów niemieckich z dawnych miast hanzeatyckich, które na pamiątkę jako pierwszą literę rejestracji mają „H”. Zresztą w 1980 została powołana do życia Nowa Hanza, której celem jest zacieśnianie współpracy gospodarczej i kulturalnej miast regionu.

Wiek XVI, ostre konflikty religijne, polowanie na czarownice i mentalne przebudzenie spowodowały napływ na nasze ziemie osadników z Niderlandów, którzy doświadczyli prześladowań w swoim kraju przez kolejnych habsburskich władców Karola I i Filipa II. W następnym stuleciu pokłosiem wojny trzydziestoletniej były kolejne pokolenia Olendrów, jak ich nazywano, chętnie osiedlających się na północno-zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej. To dzięki nim żyzne Żuławy Wiślane stały się wydajnym ośrodkiem produkcji rolnej, gdyż w odróżnieniu od miejscowej ludności doskonale radzili sobie z zalewami. W późniejszym okresie Olędrami nazywano także Szkotów, Niemców i innych obcokrajowców, którzy wciąż korzystali z przywilejów „gości” jak wolność osobista czy długoletnia, bądź wieczysta dzierżawa…

Nie można również w tym miejscu zapomnieć o Kresach Wschodnich. Wraz z ekspansją Kazimierza Wielkiego ku Morzu Czarnemu, a potem kolejnym uniom polsko-litewskim w wielu miastach tego obszaru masowo osiedlali się Żydzi, Ormianie, wszelkiej maści nacje wschodnie, również Tatarzy. Odrębną kwestię stanowili Kozacy programowo podporządkowywani spolszczonym ruskim kniaziom, z których wywodzili się np. Wiśniowieccy. W końcu jeden z nich Michał Korybut został nawet królem Polski…

Okres rozbiorów zbiegł się z wielkimi falami emigracji. Jednocześnie nie zahamował napływu imigrantów, dzięki którym w Królestwie Polskim rozwinął się przemysł, głównie włókiennictwo (wtedy właśnie powstał m.in. Żyrardów, a prawa miejskie otrzymały Katowice), górnictwo i hutnictwo.

Niestety, nieudane powstania i represje zaborców zahamowały rozwój Kongresówki, którą zaborcy zaczęli pogardliwie nazywać Przywiślańskim Krajem, a carowie zrezygnowali z koronacji w Warszawie. Ale właśnie wówczas został ukształtowany zarys państwa wielonarodowościowego, w którym po zakończeniu I wojny światowej zamieszkiwało jedynie 65 % Polaków. Resztę stanowili Ukraińcy (ok. 14 %), Żydzi (ok. 10 %), Niemcy, Białorusini, Litwini (którzy już wówczas stanowili większość w Sejnach i okolicy, choć w Wilnie dominował żywioł polski), biali Rosjanie, Tatarzy, a nawet niewielka wspólnota chińska, która w Gdyni miała swoją dzielnicę. Wprawdzie nie brakowało uprzedzeń, a nawet ostrych działań antysemickich czy szykan wobec niepolskiej ludności na Kresach, obowiązywała zgodnie z Konstytucją 3 Maja, zasada równości i nawet w wojsku, obok katolickich kapelanów, byli duchowni innych wyznań, a nawet naczelny rabin WP.

Polska zresztą musiała podczas konferencji wersalskiej ratyfikować układ o mniejszościach narodowych i tolerować posłów niemieckich w sejmie, podczas gdy zasada ta nie dotyczyła Niemiec.

Wielkie fale uchodźstwa

Pierwsi „masowi” emigranci polityczni wyjechali z Polski po klęsce konfederacji barskiej. Celowo używam tego terminu w cudzysłowie, gdyż trudno kilkusetosobową grupę uchodźców określać tym przymiotnikiem, ale faktem jest, iż od tego czasu możemy mówić o czymś więcej niż o zarobkowej czy politycznej „turystyce” jednostek czy niewielkich grup.

W walce o narodziny Stanów Zjednoczonych najbardziej znani są Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski (zginął w 1779 pod Savannah), którzy dosłużyli się generalskich stopni w „rebelianckiej” armii amerykańskiej. Ale w spisach oficerów i żołnierzy tego okresu figuruje prawie parę setek Polaków, który także poświęcili się sprawie walki o niepodległość. Część z nich była konfederatami a część szukała przygód, część zaś uciekła w obawie przed carskimi represjami.

Do ciekawych postaci tego okresu należał Feliks Miklaszewski, który od 1783, a więc już po formalnym zakończeniu wojny pomiędzy 13 stanami, a Wielką Brytanią kontynuował podjazdową wojnę morską i atakował brytyjskie okręty swoim uzbrojonym w 12 dział statkiem „Książę Radziwiłł”. Wiele zasług miał inny oficer Jan Kwiryn Mieszkowski, który pod komendą generała Rochambeau dosłużył się szarży kapitana. Obok nich walczyli ramię w ramię Francuzi (m.in. markiz Marie Joseph La Fayette) i Niemcy pod wodzą Friedricha Wilhelma von Steubena. Klęska Napoleona I i upadek Wielkiego Księstwa Warszawskiego również zapoczątkowały kolejną falę emigracji, ale Konstytucja Królestwa Polskiego wydawała się na tyle liberalna, iż dawni spiskowcy nie czuli się zagrożeni. Miała tego dowodzić nominacja dawnego jakobina polskiego i napoleońskiego generała Józefa Zajączka na stanowisko carskiego namiestnika. To, że rządy w rzeczywistości sprawował wielki książę Konstanty i w praktyce stosunki z carem Aleksandrem I układały się różnie, to już zupełnie inna spawa…

Powstanie listopadowe, wojna rosyjsko-polska, nieudany zryw Wiosny Ludów i klęska powstania styczniowego, zaowocowały emigracją na wielką skalę. W tym czasie jednak miała ona nie tylko charakter polityczny, ale i ekonomiczny.

Jak zwykle dała znać o sobie „choroba sarmacka”, która podzieliła nasze uchodźstwo na lewicę i prawicę, „prawdziwych Polaków” i „zdrajców”. Pierwsi skupili się wokół Gromad Ludu Polskiego, drudzy nawiązali współpracę z Hotelem Lambert, kierowanym przez długie lata przez księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. Nie miejsce tu na omawianie wszystkich podziałów w łonie polskiej emigracji. Było ich wiele. Podobnie jak wiele prób odbudowy wojska polskiego, które już od końca XVIII wieku tradycyjnie było określane mianem legionów. Warto również przypomnieć, iż część powstańców zasiliła oddziały francuskiej Legii Cudzoziemskiej, którą w celu zabezpieczenia swych „afrykańskich interesów” powołał Ludwik Filip I w 1831 roku. Inni walczyli w obronie Teksasu i mieli udział w oderwaniu połowy Meksyku w latach 1848-49 (m.in. późniejszych stanów Kalifornia, Arizona, Nowy Meksyk i Kolorado), a kolejna grupa z Ludwikiem Mierosławskim na czele wzięła aktywny udział w zjednoczeniu Włoch.

Warto jednak zauważyć, że wiek XIX to przede wszystkim okres masowych wyjazdów polskich uczonych i artystów do krajów ościennych i za ocean. W podróż na Bliski Wschód wybrał się nawet schorowany Juliusz Słowacki, Adam Mickiewicz dokonał żywota w Turcji usiłując pod auspicjami tego muzułmańskiego kraju zorganizować legion polski. Na wychodźstwie zmarli Zygmunt Krasiński i Cyprian Kamil Norwid, który jako pierwszy z wielkich poetów odwiedził Stany Zjednoczone.

Niemal wszyscy znani XIX-wieczni malarze okresowo udawali się na Zachód. Aleksander Kucharski, Anna Rajecka, Antoni Brodowski, Piotr Michałowski, Henryk Rodakowski, Henryk Siemiradzki, Jan Matejko, Artur Grottger i wielu innych odwiedzali Paryż, Wiedeń, Monachium, Rzym i inne miasta europejskie, aby lepiej poznać ich kulturę i warsztat zachodnich mistrzów. Niektórzy nigdy nie wrócili do ojczyzny.

Jacob Lawrence:  "Another cause was lynching. It was found that where there had been a lynching, the people who were reluctant to leave at first left immediately after this."
Jacob Lawrence:
„Another cause was lynching. It was found that where there had been a lynching, the people who were reluctant to leave at first left immediately after this.”

Podobnie rzecz wyglądała z kompozytorami. Fryderyk Chopin zmarł we Francji, a Michał Kleofas Ogiński, twórca słynnego poloneza Pożegnanie ojczyzny we Florencji.

Polscy zesłańcy Benedykt Dybowski, Jan Czerski i Aleksander Czekanowski badali niedostępne zakątki Syberii, Paweł Edmund Strzelecki niezbadane zakątki Australii, a Ignacy Domeyko i Ernest Malinowski przepaściste Andy. Ten ostatni wybudował najwyżej położoną klej na świecie łączącą w Callao z La Oroya na wysokości ponad 4 700 metrów! Dzięki wojażom i wymianie kulturowej Polacy stali się immanentną częścią wielkiej rodziny narodów europejskich.

Ale najważniejsza była emigracja zarobkowa, bowiem dotyczyła setek tysięcy anonimowych wychodźców. To wtedy pojawiło się określenie „saksy” dla szukających zajęcia bezrolnych i małorolnych chłopów z różnych regionów Polski w Saksonii czy Szlezwik-Holsztynie. Rzesze ubogich Polaków udawały się do USA, gdzie symbolem bram do lepszego życia stał się punkt imigracyjny na Ellis Island (Nowy Jork). Polacy pojawili się również w Kanadzie, a nieco później w Brazylii i Australii. Świadczą o tym choćby nazwy miejscowości – w tym kilkadziesiąt Warszaw, wiele Częstochow czy Panny Marii.

Zarobkowa, mniej polityczna…

Po pierwszej wojnie światowej ciężar wychodźstwa przesunął się wyraźnie w stronę ekonomiczną. Bezrolni lub ubodzy chłopi, drobni źle opłacani urzędnicy czy inteligenci bez widoków na przyszłość i „szklane domy” porzucali swe chaty i czynszówki i udawali się do ziemi obiecanej za oceanem. Często bez znajomości języka czy podstawowych środków do życia, co stało się powodem wielu tragedii. Niektórym, jak Helenie Modrzejewskiej, Lodzie Halamie czy Janowi Kiepurze udawało się wspiąć na szczyty. Inni jak Jadwiga Smosarska po latach tułaczki wracali do zniewolonego przez komunistów kraju, w którym nie czekało ich nic dobrego.

Polacy asymilowali się stosunkowo dobrze, przynajmniej tam, gdzie nie tworzyli dużych skupisk polonijnych i nie zamykali się w gettach. Takie zjawisko można zaobserwować i dzisiaj w Chicago (drugim co do wielkości „polskim mieście” po Warszawie; ok. 1,3 miliona osób przyznających się do polskich korzeni) czy Nowym Jorku. Do anegdot przeszło już zdanie wypowiedziane przez jednego mieszkańców Chicago, który nie opanował angielskiego, a jednocześnie zapomniał … polski. „Cara stoi na kornerze”, co miało oznaczać „samochód stoi na rogu”.

Po II wojnie światowej emigracja polityczna przybierała różne formy. W końcu lat 40. udało się wyjechać części ocalałych Żydów, którzy stanęli do walki o wolny Izrael (proklamowany w 1948). Później tylko nielicznym udawało się uzyskać paszport i dopiero odwilż 1956 nieco uchyliła „żelazną kurtynę”. W latach 60. , w ramach akcji łączenia rodzin kilkaset tysięcy rodzin wyemigrowało do Niemiec i USA, a w 1968, po wydarzeniach marcowych, miał miejsce kolejny exodus Polaków żydowskiego pochodzenia w związku z antysemicką nagonką prowadzoną przez MSW i jej szefa, „narodowego komunistę” Mieczysława Moczara.

Nieco większe otwarcie granic za czasów Edwarda Gierka w latach 70. umożliwiło znacznie większej grupie Polaków udać się na „saksy” i po powrocie zasilić Skarb Państwa i Pewex-y dewizami. Nawiązano kontakty z Polonią, głównie amerykańską, a widok wzruszonego turysty, który po latach odwiedzał stary kraj nikogo nie dziwił. Gierek, sam wieloletni emigrant, przyjaznym okiem przyglądał się ty kontaktom, dzięki którym dolary i marki napływały wartkim strumieniem, co umożliwiło choćby odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie.

Katastrofalna sytuacja gospodarcza kraju, podwyżki, nieznośne stosunki w miejscach pracy wywołały falę strajków w 1980 i zryw niepodległościowy, któremu na imię było „Solidarność”. Przez chwilę władze rozluźniły politykę paszportową i przez krótki okres czasu można było bez przeszkód udać się do Austrii i Niemiec. Podobnie, jak w 1968, na Dworcu Gdańskim zaroiło się od tłumu pasażerów do pospiesznego Szopena, który miał ich zawieść do Wiednia…

Jeśli ktoś znał jakiś jeżyk zachodni i miał fach mógł po półrocznym oczekiwaniu w obozie dla uchodźców ruszyć dalej do Ameryki lub Australii. Polityczni również mogli cieszyć się opieką władz niemieckich i jeśli mieli nieco oleju w głowie nie musieli cierpieć głodu. Część zajęła się twórczością pisarską i raczyła rodaków w kraju łzawymi wspomnieniami z konspiry, pobierając „zasiłek” z Radia Wolna Europa czy od sędziwego Jerzego Giedroycia z paryskiej „Kultury”.   Wiem, że moje słowa brzmią złośliwie, ale już wtedy, moim zdaniem ukształtował się podział na „lepszych, bardziej zaradnych” i tych „gorszych, czytaj: uczciwych”. Ten podział jest doskonale widoczny dzisiaj. Rządzą cwaniacy, wypinający pierś po ordery, młode wilki bezdusznego kapitalizmu i ci, którzy kupczą Polską dla własnej prywaty. A uczciwi jak Wojtek Bogaczyk, internowany w stanie wojennym w trzech miejscach, jeden z szefów podziemnego NZS-u czy Wojtek Olszewski, niezłomny drukarz, kilkumiesięczny „gość w pensjonacie przy Rakowieckiej” nigdy nie zrobili polityczne kariery. Pierwszy pozostał skromnym nauczycielem historii, drugi pracownikiem uniwersyteckiej biblioteki. No, ale dość osobistych wynurzeń.

Jak już wspomniałem polska diaspora szacowana jest na 20-21 milionów ludzi (w Polsce zaś żyje ok. 38,5, z czego tylko niewielki procent stanowią mniejszości). Jest niejednorodna, ale zapewne największa na świecie. W stosunku do liczby ludności przewyższa ją jedynie żydowska, gdyż w samym państwie Izrael żyje ich ok. 6 milionów (trzeba pamiętać, że w kraju tym mieszkają również Arabowie i kilka innych mniejszości), a ogólna liczba przedstawicieli tej narodowości waha się od 15- 17.

Polacy zamieszkują wszystkie kontynenty, choć najwięcej w obu Amerykach (ok. 10 milionów w USA, ok. 1 miliona w Kanadzie, prawie milion w Brazylii i ponad sto kilkadziesiąt tysięcy w Argentynie). W Europie największe skupiska polskie znajdują się w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji i nie do końca oszacowana liczba w Rosji. Ale spotkać ich można wszędzie. Podczas swoich licznych wojaży natknąłem się na polskiego marynarza w Peru, który prowadził dobrze prosperujący hotel w Limie, polskiego archeologa ożenionego z miejscową pięknością oraz pracowników biura podróży na Cyprze. To też nasi, tyle, że wtopieni w miejscowy krajobraz kulturowy. Choć mówią po polsku, nie czuję wielkiego sentymentu do starego kraju. Na Kresach, z których wywodzili się moi rodzice, żyją jeszcze jacyś moi dalecy krewni, ale kontaktu nie utrzymujemy. A zresztą moja rodzona siostra przed wielu laty osiadła w USA ,posiada tamtejsze obywatelstwo i coraz rzadziej tu przyjeżdża. Takie są nasze polskie drogi…

Ostatni emigranci, już z „wolnej Polski” czują nierzadko żal, że ojczyzna się z nimi tak obeszła. Bo na Zachodzie im się powiodło. Tam państwo o nich zadbało, a oni dowiedli swoimi umiejętnościami, że warto było ich przyjąć. I wielu z nich już nigdy nie wróci.

Drenaż mózgów

Niebezpieczeństwem „wędrówki ludów” jest drenaż mózgów, czyli przechwytywanie najbardziej uzdolnionych jednostek, uczonych, artystów o światowej renomie czy utalentowanych sportowców. Najczęściej otrzymują szybką pomoc i nie muszą długo czkać na prawo pobytu czy obywatelstwo.

Stosuje je większość państw na świecie, ale rekord w tej materii należy do pragmatycznych Amerykanów. Po obu wojnach światowych USA dzięki „umiejętnej opiece” nad uczonymi z innych krajów wyrosły na najsilniejsze mocarstwo świata, nie roztrząsając zbytnio moralnych aspektów takiego postępowania.

Dzięki takiemu podejściu w tym szacownym gronie znalazł się Edward Teller, twórca bomby wodorowej, który opuścił Austro- Węgry jeszcze w okresie raczkującego antysemityzmu. W USA odnalazł ukojenie Albert Einstein czy Tomasz Mann, a w Londynie sędziwy twórca psychoanalizy Zygmunt Freud, którzy nie chcieli wpaść w ręce nazistów.

Po II wojnie w Stanach błyskotliwą karierę zrobił Werner von Braun, konstruktor pocisków rakietowych V-1 i V-2, który skutecznie rozwinął program Apollo i jego kolega Bernard Tessmann oraz zbrodniczy lekarz SS Hubertius Stunghold, autor przerażających eksperymentach na więźniach, poddawanych zmianom ciśnienia, kończących się śmiercią.

Z amerykańskiego nadania szefem zachodnioniemieckiego wywiadu został Reinhard Gehlen, który wcześniej był szefem podobnej formacji tylko, że… w Niemczech, pod koniec istnienia III Rzeszy. Amerykanie nie cofnęli się nawet przed współpracą z szefem lyońskiego Gestapo Klausem Barbim, który z lubością torturował kobiety…

Polska również prowadzi podobną politykę tyle, że na znacznie mniejszą skalę. Mamy już kilku egzotycznych piłkarzy i mistrzów sportu zza wschodniej granicy.

Piszę o tym dlatego, że specjalny status wybranych zaniża obraz uchodźców postrzeganych często, choć niesłusznie, za masę zdolną jedynie do nieróbstwa, agresji i niepohamowanego rozrodu. A często także działań terrorystycznych na terenie państwa, które udzieliło jej gościny. Takie podejście zamazuje obraz przerażonych ludzi, uciekających w popłochu z własnych krajów, w których po obaleniu rodzimych, ale w jakiś sposób gwarantujących stabilizację dyktatur, rozpanoszył się straszliwy terror. Nie czas i miejsce tutaj, aby rozważać na ile USA i Zachód ponoszą odpowiedzialność za tę sytuację. Ale faktem jest, że ponoszą.

Problemy asymilacji

Wychodźstwo i asymilacja od zawsze stanowiły duży problem. W starożytności podbite ludy trwały przy swych wierzeniach i zwyczajach za co były często w okrutny sposób karane. Monoteistyczni Żydzi dość długo cieszyli się tolerancją w Imperium Romanum, ale po zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej popadli w niełaskę i już nie mogli odmawiać czci boskiej cesarzom. Rozproszeni po świecie musieli się asymilować, gdyż było to warunkiem ich przetrwania.

Chrystianizacja także odbywała się „ogniem i mieczem”. Cesarz Konstantyn Wielki doskonale rozumiał jak potężnym narzędziem nacisku jest sprawnie zorganizowany Kościół katolicki. W podobnym duchu szły zarządzenia Teodozjusza, który uczynił z katolicyzmu jedyną religię dozwoloną w państwie, choć od samego początku napotykało to napór.

W „apostołowaniu na siłę” wszelkie rekordy bili hiszpańscy i portugalscy konkwistadorzy, którzy dość skutecznie zniszczyli kultury Inków, Majów i Azteków i zaszczepili nową wiarę wśród Indian, najczęściej uciekając się do rzezi i gwałtów. Emocje jednak nie wygasły nawet dzisiaj. Kiedy Watykan usiłował wprowadzić obchody 500- lecia chrystianizacji Ameryki Łacińskiej protesty były tak silne, że jubileusz zamieniono na rocznicę „spotkania dwóch światów”.

Swego czasów odwiedziłem pięć krajów islamskich. Zarówno w liberalnej Turcji czy Tunezji, ortodoksyjnym Egipcie czy Jordanii oraz w Autonomii Palestyńskiej spotykałem rozmaite postawy. Głęboka przepaść dzieli wielkie miasta i prowincje, w których można spotkać kobiet spowite w hidżab czy czador, zasłonięte tak bardzo, że nawet oczy mają przesłonięte siatką. Z kolei na ulicach Ammanu czy Kairu spotykałem kobiety z odkrytymi twarzami.

Nietolerancja i ksenofobia jest obecna w każdej kulturze. W Izraelu swego czasu spotkałem się z wrogością młodych Izraelczyków, którzy holokaust i antysemickie pogromy znają jedynie podręczników, często dość jednostronnych. Natomiast starsi Żydzi, pamiętający traumę shoah czy rok 68’ dość chętnie z nami rozmawiali pamiętając o sprawiedliwych wśród narodów świata.

To samo zjawisko ma miejsce w społecznościach muzułmańskich w zachodniej Europie. Nie jest może powszechne, ale znaczące. Dlaczego tak się dzieje?

Być może odpowiedź tkwi w braku tolerancji, izolacji i oferty dla młodzieży najczęściej urodzonej już na Zachodzie, kończącej tam szkoły, studia i prowadzącej zdawałoby się normalne życie. Trudno zrozumieć, aby młody, wykształcony człowiek mógł ulec fascynacji Państwa Islamskiego z jego wojującą ideologią i ponurymi praktykami. A jednak wielu ulega i nawet ich rodzice nie mogą tego pojąć i piętnują publicznie własne dzieci. A może to sprzeciw wobec zakłamania, hipokryzji czy wyświechtanego pojęcia demokracji, w które już nikt nie wierzy?

Jacob Lawrence:  A series of 60 paintings by Jacob Lawrence captures the journeys of millions of African-Americans who left the Jim Crow South in search of better lives elsewhere.
Jacob Lawrence:
A series of 60 paintings by Jacob Lawrence captures the journeys of millions of African-Americans who left the Jim Crow South in search of better lives elsewhere.

Mity, obawy, urojenia…

Ksenofobia to nic innego jak irracjonalny strach przed obcymi. Jest naturalnym odruchem lęku przed nieznanym. Ale strach jest to uczucie bardzo destrukcyjne, jeśli wyolbrzymiamy jego źródło, lub zgoła fałszywie je interpretujemy.

We współczesnym świecie nasze wyobrażenia o nim często kształtują media. W nich niejednokrotnie kryją się świadome i podświadome treści mające nas kształtować. To one dostarczają codziennej porcji przemocy, agresji, cynizmu ogniskując nasze umysły na tym co złe, groźne czy tajemnicze. Przemoc okazuje się doskonałym towarem, który chętnie kupujemy, bo wpasowuje się w nasz obraz okropnej rzeczywistości. Bo dzięki niej łatwiej nam zidentyfikować się z tym światem i zaakceptować swój strach i zagubienie.

Obraz islamisty terrorysty, bezwzględnego fundamentalisty, który morduje wrogów i gwałci kobiety pozwala nam myśleć, że całe zło jest przez „onych”, a my nie możemy nic na nie poradzić.

Karmieni propagandą demokracji i walki „zawsze w słusznej sprawie” rezygnujemy z refleksji o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. A może przerażający sen Orwella ma się dopiero ziścić w szaleńczych wizjach decydentów korporacji, którzy niczym okrutni demiurgowie będą kształtować nas i nasze życie na podobieństwo swoich wyuzdanych wizji?

To także doskonały anestetyk na nasze sumienia. Bo gdy „oni” są tacy straszni to my wcale nie jesteśmy tacy źli. „Pierwsze kłamstwo, niby nic…” jak śpiewał Bułat Okudżawa. Pierwsze świństwo, pierwszy zły dotyk, jakoś to będzie… i tak każda chora ideologia może odnosić sukcesy.

Quo vadis Europo?

Nie ulega wątpliwości, że odrzucanie uchodźców i drastyczny zakaz ich przyjmowania jest drogą donikąd. Bo gdzie mają się podziać dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy zdesperowanych, głodnych i przerażonych ludzi?

Już Rzymianie rozumieli, że koczowników nie da się powstrzymać i kanalizowali ich ruchy poprzez celowe, niewielkie wyłomy w limesie (systemie granicznych umocnień). A nomadzi w takim wypadku chętnie korzystali z tych furtek zamiast forsować   wały i fortyfikacje w dowolnych miejscach.

Tak więc, moim skromnym zdaniem, należy stworzyć podobne kanały w dzisiejszym systemie granic. Sprawnie kontrolowane, ale o dużej przepustowości. Rzecz jasna w ramach ogólnego europejskiego systemu. Obozy powinny zapewniać opiekę medyczną i żywność, a nie stawać się miejscem hańby, w których uchodźcy poddawani są wyrafinowanemu poniżaniu, a kobiety często gwałcone przez „nowych panów”. Niestety, na razie panuje chaos i przetarg o to kto, ilu i za ile. A chaos oznacza jeszcze większą nienawiść między „nami”, a „onymi” i w pewnym momencie wszystko wymknie się spod kontroli. Tylko kto na tym skorzysta?