Bond: nie jest tak źle. A nawet nieźle.

E, fajny ten nowy Bond! Może nie najlepszy, nie przełomowy, ale fajny. Trzeba pamiętać, że Bond to w zasadzie telewizyjna rozrywka, coś co po latach ogląda się z odgrzewania na TLC z piwkiem w ręku, jak akurat dzieci dały człowiekowi spokój. Przełomowego kina nie ma co oczekiwać. Ale jest entertainment i trochę humoru. Przede wszystkim jednak, Bond wraca do korzeni, co wielu fanów serii powinno ucieszyć. Mnie ucieszyło.

No ale ja jestem po czterdziestce i Bond stanowił krajobraz marzeń mojego dojrzewania. Samochody, laski, giwery, te sprawy. I podróże. Małolaty mogą jakoś inaczej na to patrzeć, szczególnie, że w sali obok grają Igrzyska Śmierci czy coś. Kosogłos. Tam wszystko się trzęsie i napierdala, więc w Bondzie mogą być dla nich dłużyzny. Moje córki (9 i 11) patrzyły trochę sceptycznie. Ale Craig – tak się składa – jest dokładnie w moim wieku, więc małolatów przepraszam, ale wapniaki potrafią jeszcze przebić butem ścianę.

No dobra ale po kolei.

Piękny jest ten Bond. To po pierwsze.

Piękna animowana czołówka w stylu najlepszych odcinków, piosenka daje radę – jeśli ktoś lubi brytyjskich gejów piszczących falsetem, a ja akurat, nie powiem, lubię – no i od razu totalna scena na otwarcie. Wiadomo, to znak rozpoznawczy Bonda, ta pierwsza scena. Pitu pim, ostatnie dźwięki tytułowej melodii i wchodzimy… tym razem w  nieprawdopodobnie wybujały festyn halloween w Mexico City. I to jest w Bondzie zajebiste – że można z nim popatrzeć na cudownie egzotyczny świat zawsze oglądany z luksusowego siedzenia. I z lotu ptaka (znaczy helikoptera). Czemu to jest zajebiste? Ano temu, że taki biedak jak ja, tylko dzięki Bondowi może sobie na ten świat popatrzeć, ale bez zazdrości! – bo Bond to pracownik budżetówki, który na specjalne wydatki musi mieć podpis księgowego z ministerstwa. Tak jak większość z nas. A Bond jest w tym świecie tylko dlatego, że nie brakuje mu bezczelu – czego i nam w sumie mogłoby nie brakować, gdybyśmy tylko mieli parabellum 9 mm i częściej na siłownię chodzili.

Co za ujęcia! Jezus Maria! Mexico City z perspektywy ryczącego nad dachami czopera, maski kościotrupów, eksplodujące budynki, totalne kobiety porzucane na łóżkach przypadkowych hoteli, faceci biegający po dachach w lakierkach… a za chwilę bura od M.

Wesprzyj #Medium

M to szef wywiadu, który też jest szefem Bonda i może go obsobaczyć, jak każdego z nas może jakiś szef. No dobra, mnie nie może, ale ja jestem wyjątkowy. Tak czy inaczej utożsamiam się z Bondem, bo moja mama też była pracownikiem budżetówki w Muzeum Narodowym.

Po drugie, Bond zaczął podróżować.

Daniel Craig, Lea Seydoux, Dave Bautista
Daniel Craig, Lea Seydoux, Dave Bautista

Nie będę zdradzać plotu, nie o to chodzi, ale chodzi o widoki. Jest na co popatrzeć. Tangier na przykład. Rzym – a w nim pościg samochodami. Pociąg jadący przez pustynię przy zachodzie słońca, a w pociągu dziewczyna ubrana w jedwabną sukienkę i martini z wódką. No i klasyczna scena walki wręcz w pociągu, nawiązująca do genialnej sceny z filmu From Russia With Love, gdzie Sean Connery nakopał do tyłka Donaldowi Grantowi, zabójcy powiązanemu z organizacją Spectre (w tej roli w 1963 roku wystąpił Robert Shaw) i zadusił go garotą. Patrzyła na to wszystko wtedy słodka Tatiana Romanova (Daniela Biancchi), z którą Bond odbył następnie solidny koitus. Zresztą w tym filmie też odbywa koitus, ale z doktor Madeleine Swann (Lea Saydoux), która jeszcze chwilę wcześniej odgrywała niedotykalską, ale po unieszkodliwieniu cichego olbrzyma – który nota bene w filmie nie wypowiada ani słowa – chętnie pozwala zdjąć z siebie jedwaną kieckę.

Co do kobiet… seksu mało w tym filmie, kobiety są trzy w tym jedna 50+, co Bondowi zupełnie nie przeszkadza, jak i pewnie nie przeszkadzało by większości mężczyzn na świecie. Chodzi o Monikę Bellucci, która występuje tu chyba tylko po to, by oprowadzić nas po wnętrzu cudownego szesnastowiecznego pałacu rzymskiego i dać Bondowi moment satysfakcji. Zresztą muszę stwierdzić, choć nie lubię siebie za to, że Monica nie pasuje już do Bonda i w sumie dobrze, że nie ma jej więcej. Bezlitosne to, wiem… ale tłum na hiszpańskich schodach w Rzymie wiecznie młody, jak mówi powiedzonko.

Lea Saydoux jako Madelene Swann
Lea Saydoux jako Madelene Swann

Jest i taka scena (uwaga, spoiler allert): doktor Swann śpi sobie na łóżku w seksownej halce, a Bond odesłany na fotel siedzi mężnie i przysypia w niewygodnej pozycji. (Rzecz się dzieje w Tangerze.) Nagle w pokoju pojawia się mysz. No taka zwyczajna szara mysz. Bond patrzy na nią w ciemności, wyciąga giwerę, celuje do niej i mówi: Kto cię tu przysłał? Dla kogo pracujesz? — I to jest bardzo śmieszna scena. Bardzo bondowska. Żałuję trochę, że takich scen nie ma w tym filmie więcej (choć są jeszcze ze dwie).

No właśnie, ale Spectre wraca do korzeni.

A te korzenie to akcja, intryga, gadżety i humor. Wszystko jest, aczkolwiek chciałoby się, żeby humoru było więcej. I tak jest więcej w porównaniu z poprzednimi odcinkami z udziałem Craiga, ale ciągle daleko temu do bondów w Connerym czy Moorem – a więc najlepszych w serii. Craig się już chyba nie wykaże, bo mają go zastąpić. Może to i dobrze? Nie wiem.

Acha, jest też w filmie Christoph Waltz, jako czarny charakter Oberhauser. Aktor odkryty dla światowego kina przez Tarantino w filmie Bękarty Wojny (2009). Zaledwie 6 lat temu, a jaka gwiazda! Tylko, że w Spectre nie udało się reżyserowi wykrzesać z Waltza nowej jakości. To niestety pomyje po Waltzu, którego znamy z wcześniejszych zachwycających kreacji.

Warto zauważyć polski akcent: operatorem kamery jest Łukasz Bielan, którego poznałem kiedyś w Wawie – świetny gość, na stałe mieszkający w Los Angeles. A operatorem obrazu jest Hoyte van Hoytema, który ukończył łódzką filmówkę, obijał się trochę po polskim świecie filmu i reklamy, gdzie kariery nie zrobił, ale poszło mu jakoś w Hollywoodzie.

No i to tyle na gorąco. Jeśli miałbym oceniać w skali od 1 do 10 dałbym mu siódemkę, co jest oceną naprawdę niezłą (oczywiście pamiętając cały czas, że mówimy o filmach mainstreamowych). Na randkę z dziewuchą idealny, choć ja już w wieku bondowskim jestem, więc chodzę z rodziną. Jeśli chodzi o słabsze strony to może trochę zbyt skomplikowana fabuła, słaba rola Waltza i za dużo mendzenia na temat wewnętrznej organizacji brytyjskich służb specjalnych.

bond spectre 3